Polska na sprzedaż

Polska na sprzedaż

Jeżdżąc po ziemi dolnośląskiej, widzę ostatnio wzdłuż dróg mnóstwo tablic informujących o tym, że rodacy chętnie coś sprzedadzą: grunty orne, działki budowlane, domy. Czyżby oszczędności się kończyły? Na Dolnym Śląsku sprzedaje się też pałace. Całkiem niedawno Agencja Nieruchomości Rolnych pozbyła się dwóch rezydencji z XIX w. – po kolejnych nieudanych przetargach ceny schodzą do poziomu niższego niż proponowany przez deweloperów sprzedających betonowe klatki w miastach. Pałac w Obiszowie wraz z terenem o powierzchni 1,5 ha sprzedano ostatnio za 132 tys. zł. Dobrze, że jest jeszcze co sprzedawać po minionych czasach.
Jednak nie jest z tym tak dobrze. Nie widać wielu kupujących, ponieważ, jak opisuje prof. Jacek Tittenbrun w monumentalnej pracy „Z deszczu pod rynnę”, która jest historią polskiej prywatyzacji, zagraniczni inwestorzy, wchodząc do Polski, przyjęli strategię „wydłubywania rodzynków”. Wybierali te zakłady pracy i gałęzie gospodarki, które mogły przynieść największe zyski i być dobrą lokatą kapitału. Tymczasem rodzynki i wisienki zostały już dawno wyjęte z tortu polskiej gospodarki. Po dużej części już nawet nie ma śladu – zostały przetrawione, a zyski wysłane poza Polskę, gdzie zasiliły globalne rynki.
W społeczeństwie rynkowym poza zakładami pracy sprzedaje się jednak wiele innych rzeczy. Ludzie sprzedają swoją pracę – w Polsce jest ona generalnie kiepsko wyceniana. Ci, którzy zarabiają nieco więcej niż niska średnia krajowa, w imię bardziej wyszukanej konsumpcji sprzedają swój wolny czas – wszystko jest poświęcane gromadzeniu pieniędzy.
Na tzw. wyższych uczelniach pod panowaniem minister Kudryckiej sprzedaje się dyplomy tzw. wyższego wykształcenia. Wraz ze zmniejszaniem się liczby chętnych na te coraz mniej wartościowe dokumenty równie szybko obniża się jakość oferowanego produktu. Na rynku uczelnianym zarówno klienci, jak i sprzedawcy są coraz mniej wymagający. Ale zgodnie z panującą doktryną nauka ma się sprzedawać na rynku i wchodzić we flirty z przedsiębiorcami. To obowiązujące ostatnio wytyczne ideologiczne. Nauka dla biznesu, biznes dla nauki.
Niektórzy wzięli sobie to zbyt mocno do serca. I sprzedają się, jak mogą. Na spotkaniach z biznesem, w telewizyjnych komentarzach, na konferencjach z panującą władzą. W ostatnim numerze „Przeglądu” prof. Czapiński zarzucił mi, że podważam wartość firmowanej przez niego Diagnozy Społecznej, którą finansuje Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej oraz kilka banków. Nie ukrywam, że zawsze brakowało mi entuzjazmu do wychwalania polskich trendów społecznych, które zazwyczaj z pełnym przekonaniem zachwala prof. Czapiński. Ale nie każdy musi być sprzedawcą dobrych newsów. Niemniej wierzę, że nawet pod panowaniem PiS wyniki Diagnozy będą optymistyczne – tylko że wówczas zamiast polepszającej się podobno sytuacji ekonomicznej będą wykazywały rosnącą świadomość narodową rodaków i rozlewający się po kraju patriotyzm. Grunt to dobry towar.
Młodzi ludzie wciąż wolą sprzedawać się za granicą niż w kraju. Jeśli w czasie studiów nie uda im się na Erasmusie – zwanym największą agencją matrymonialną – zarzucić kotwicy w jakimś bardziej cywilizowanym miejscu, to po skończeniu formalnej edukacji szukają szansy na sprzedaż własnego CV u pracodawcy za zachodnią granicą.
Rzucających się na polskie bogactwa narodowe też jakoś nie widać. Pod względem zysków z turystyki przegrywamy nie tylko z Hiszpanią czy Grecją, ale również z naszymi sąsiadami – Rosją i Niemcami. Bogaci Rosjanie wolą nabywać nieruchomości w Pradze czy Karlowych Warach niż w rusofobicznej Polsce. Niemcy z kolei, zamiast wykupywać Polskę, wolą kolonizować tereny po byłej NRD, gdzie ceny mieszkań są rekordowo niskie. Sprzedaż domów przenosi się na drugą stronę. Dwa żywioły utrzymują przy życiu przygraniczne niemieckie Görlitz: Polacy, których nie stać na mieszkanie we własnym kraju, oraz emeryci z zachodniej części Niemiec. Ci drudzy cenią sobie spokój i niższe ceny przy polskiej granicy.
Kapitalizm potrafi uczynić ze wszystkiego towar. Gorzej, kiedy ludzie sami siebie zaczynają traktować przedmiotowo i łudzą się, że na rynku osobowości i sprawnych ciał pokonają konkurentów. W takich warunkach relacje międzyludzkie przybierają charakter jedynie stosunków handlowych, a społeczeństwo staje się bezkształtną masą zużytych i łatwych w modelowaniu pustych pudeł kartonowych. Jednostki przypominają natomiast wyciśnięte do końca cytryny, które w każdej chwili rynek może wyrzucić na kompost. Po odpowiedniej fermentacji być może coś wartościowego na nich wyrośnie. I niekoniecznie na sprzedaż.

Wydanie: 31/2013

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy