Fotyga – skarb prawicy

Fotyga – skarb prawicy

Ależ życie lubi płatać figle. Także w polityce i politykom. W ciągu paru dni Polacy dostali dwie informacje ze świata dyplomacji. I żeby było pikantniej, jedna dotyczy polityka lewicowego, a druga prawicowego. Włodzimierz Cimoszewicz i Anna Fotyga byli swego czasu ministrami spraw zagranicznych. Biegunowo tak różnymi jak dzień i noc. Przy czym pobyt Fotygi w MSZ to więcej niż noc. Na czarne czasy naszej dyplomacji Władysław Bartoszewski użył nawet określenia „dyplomatołki”.
Teraz oboje ubiegają się o nowe stanowiska i robią to każde w swoim stylu. Włodzimierza Cimoszewicza Komitet Ministrów Rady Europy, w tajnym głosowaniu, rekomendował wraz z byłym premierem Norwegii do finałowej rozgrywki o fotel sekretarza generalnego Rady Europy. Miło było posłuchać, jak zagraniczni dyplomaci chwalili jego walory osobiste, kompetencję, wszechstronność i wysokie kwalifikacje. Na takie oceny trzeba długo i ciężko pracować, ale satysfakcja tym większa. Także dla kraju, z którego pochodzi kandydat. Jakże odmienna jest sytuacja Anny Fotygi. Po katastrofie, jaką dla naszej dyplomacji było jej urzędowanie w alei Szucha, trafiła do Kancelarii Prezydenta i wydawało się, że da sobie spokój z dyplomacją, o której nie ma pojęcia. Ale nie z PiS te numery. Okazuje się, że Fotyga jest tak cenna dla kraju, że najpierw prezydent Kaczyński prosił rząd, by została ambasadorem Polski przy ONZ, a później tenże prezydent prosił Fotygę, by przyjęła nominację. Trzy razy czytałem tę informację i ciągle nie mogę uwierzyć, że może być prawdziwa. Bo jakże to? Zdarza się, choć bardzo rzadko, że takie prośby kieruje się do osób niezwykle czcigodnych, wielce zasłużonych i wybitnych mężów czy żon stanu. Wtedy honor płynący z ich wielkości spływa też na pełnioną funkcję i kraj, który ma tak wybitnego reprezentanta. Uznanie jednak, że taką ważną postacią jest Anna Fotyga, dowodzi aberracji i oderwania od rzeczywistości jej obozu politycznego.
Żadna nominacja i żaden dokument nigdy nie zrobią z niej sprawnego i kompetentnego ambasadora. A już z pewnością nie takiego, który może sobie poradzić w Nowym Jorku, w Organizacji Narodów Zjednoczonych. Bo wszystko, czym Fotyga dysponuje, to znakomite mniemanie o sobie i niezwykle emocjonalne poparcie prezydenta. Jej wystąpienie w czasie przesłuchań w Sejmie już przeszło do legendy. Jako jedno z najbardziej kuriozalnych i absurdalnych. Od czasów prawicowego posła Gabriela Janowskiego, który biegał w podskokach po sali sejmowej, nie widziałem czegoś równie żenującego. I smutnego. To, co i jak mówiła, przebiło kabaretowe występy posła Palikota. A fraza, którą Fotyga wygłosiła: „człowiek z moim życiorysem jest naprawdę głęboko poraniony przyglądaniem się temu, co się dzieje z polską polityką zagraniczną”, to dowód głębokiego cynizmu dużej części elit postsolidarnościowych, które z tytułu bycia w tym związku, od 20 lat uzurpują sobie prawo do nadzwyczajnych apanaży i specjalnego traktowania. Mam wrażenie, że Anna Fotyga nie rozumie ani tego, że jej życiorysowe zasługi dla kraju są mizerne, ani tego, że jej niekompetencja na zajmowanych z łaski polityków PiS kolejnych stanowiskach była tak wielka, że w żadnym liczącym się kraju nigdy nie zostałaby na nie powołana. Nie wiem, jaki będzie jej los. Pewno dla świętego spokoju rządu gdzieś pojedzie. A jedynym pożytkiem z tego incydentu będzie refleksja nad tym, jak długo jeszcze będziemy tolerowali dożywotnie synekury dla takich kombatantów jak Fotyga.
Historia ostatnich lat pokazuje, że każda formacja miała takiego szefa dyplomacji, na jakiego było ją stać. Lewica miała Cimoszewicza, a prawica Fotygę. No comments.

Wydanie: 17/2009

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy