Zaćmienie

KUCHNIA POLSKA

Władze oświatowe sprowadziły do Polski amerykańskiego pastora, Josha McDowella – autora książki “Mity edukacji seksualnej”, którą hojnie rozprowadzono wśród pedagogów – aby nauczył naszych nauczycieli, jak ci z kolei mają wprowadzać swoich uczniów w tajniki wychowania seksualnego.
Ameryka jest kolosalnym, pluralistycznym krajem i można z niej sprowadzić wszystko – pastora, który zna dokładną datę końca świata, duchownego, który uważa seks za drogę do zbawienia, albo kapłana, który obliczył, że Bóg umarł, ale nie należy się tym zbytnio przejmować. Można więc też sprowadzić pastora McDowella, który – sądząc z relacji telewizyjnej – wywarł kolosalne wrażenie na naszych nauczycielach do tego stopnia, że pewną, nie najmłodszą już, nauczycielkę zaznajomił z właściwościami prezerwatywy, o czym wstrząśnięta opowiedziała telewidzom.

Jednakże wzmianka o prezerwatywie musiała się wyrwać pastorowi mimochodem, ponieważ podstawą jego nauczania jest założenie, że “jeśli nauczyciel uważa, że uczeń nie może zapanować nad popędem seksualnym i nie może poczekać z inicjacją seksualną do ślubu, to powinien zastanowić się, czy może wychowywać”. Co do mnie, sądzę, że mniej ważne jest, co uważa na ten temat nauczyciel, natomiast ważniejsze, co sądzi o tym uczeń. A uczeń, jak wiemy, coraz rzadziej odkłada inicjację seksualną do dnia ślubu, podejmując – być może zresztą słusznie – odpowiednie eksperymenty znacznie wcześniej. I w tym zakresie właśnie przydatna mu być może pewna edukacja szkolna, przygotowująca go na wiele zaskoczeń, zarówno fizycznych, jak i psychicznych, jakie napotkać może na swojej drodze. Pastor McDowell jednak jest temu przeciwny, a dotychczasowe praktyki nauczania seksualnego uważa za “mity”. Mitem według niego jest między innymi przekonanie, że współżycie seksualne dwojga osób jest ich prywatną sprawą i twierdzi, że “młodzi ludzie w noc poślubną idą do łóżka ze wszystkimi wcześniejszymi partnerami współmałżonków i z partnerami ich partnerów”, a więc rzeczywiście owa noc poślubna zamienia się w większą imprezę towarzyską, o charakterze społecznym. (Oczywiście, chodzi tu o tych młodych ludzi, którzy nie zastosowali się do zalecanych przez McDowella przedmałżeńskich ślubów czystości).
Myślę, że nie ma sensu zastanawiać się dalej nad poglądami pastora McDowella, rację w tym względzie ma pan Zbigniew Izdebski, prezes Towarzystwa Rozwoju Rodziny, który twierdzi, że “książka McDowella służy zastraszaniu nauczycieli, aby nie podejmowali na lekcjach tematyki związanej z edukacją seksualną”. Zastanawiające jest jednak tempo, w jakim postępuje w naszym kraju proces uwsteczniania poglądów i zapatrywań w coraz to nowych dziedzinach – oświaty, wychowania, obyczaju, nauki, a także, niestety, historii.
Z tym ostatnim mieliśmy ostatnio do czynienia podczas sesji sejmowej poświęconej rezolucji, oddającej hołd WiN-owi. Zdaję sobie sprawę, że poruszając ten temat, wchodzę na pole minowe, na którym podczas debaty parlamentarnej wyleciał w powietrze poseł Longin Pastusiak, przypominając zgodnie z prawdą, że WiN, biorąc udział w bratobójczej walce, ma na swoim koncie śmierć kilkunastu tysięcy Polaków, w tym chłopów, którzy wzięli ziemię w ramach reformy rolnej, nauczycieli ludowych czy terenowych działaczy, starających się rekonstruować po wojnie polską administrację.
Ale prawda niewielkie ma w takich wypadkach znaczenie. W naszych debatach publicznych przeważa pewien rodzaj terroru psychicznego, któremu trudno się oprzeć. Nie oparł się mu nawet Adam Michnik, historyk przecież, pisząc w komentarzu do tej debaty, że WiN starał się “rozładować lasy”, a więc wyciągnąć młodzież z beznadziejnej walki zbrojnej na płaszczyznę pokojowej opozycji, czy też sprzeciwu. Wiadomo, że jest to nieprawdą. Jedynym w latach tuż powojennych miejscem pokojowego sprzeciwu wobec władzy komunistycznej był początkowo PSL Mikołajczyka, a potem już tylko kierowany przez kardynała Wyszyńskiego Kościół katolicki. A “rozładowywaniem lasów”, jeśli już o tym mówimy, trudniło się adresowane do AK-owskiej młodzieży, lecz sponsorowane przez władze PRL-u pismo “Pokolenie”, redagowane przez takich byłych AK-owców, jak Roman Bratny, późniejszy autor “Kolumbów”, Witold Zalewski, Zbigniew Stolarek i inni, a w którym pisywała również Wisława Szymborska, późniejsza noblistka i Tadeusz Różewicz.
Historia, dzięki Bogu, jest bardziej skomplikowana i przez to ciekawsza niż wyciągany obecnie jej kikut, służący do walenia się po łbach.
Nie mam nic przeciwko temu, że Sejm złożył hołd tym członkom WiN-u, którzy motywowani argumentem wierności i złożonej przez nich przysięgi nie złożyli broni również po zakończeniu wojny. Był to ich ludzki, rozdzierający dramat. Pomnik temu dramatowi wystawił Jerzy Andrzejewski w swojej wydanej w PRL-u książce “Popiół i diament”, według której Andrzej Wajda nakręcił w latach 60. swój najlepszy bodaj film.
Zadziwiające jest jednak to, że Sejm nie przyjrzał się także politycznym, a nie tylko emocjonalnym aspektom tej tragedii.
Cóż bowiem mogło stanowić polityczną szansę WiN-u w sytuacji, kiedy układ sił w powojennej Europie postanowiony został na długie lata przez Wielkie Mocarstwa w Teheranie i Jałcie. Otóż tą szansą mogła być tylko trzecia wojna światowa, a więc stawka wręcz niewyobrażalna w sytuacji, kiedy nad Hiroszimą wybuchła już bomba atomowa. Można współczuć, można nawet zrozumieć emocje ludzi WiN-u, choć nie wszystkie czyny podjęte w stanie tych emocji można usprawiedliwić nawet tym, że przecież władze PRL-u, a także działające w Polsce organa NKWD nie odnosiły się do ludzi AK ze szczególną łagodnością. Ale nie można stawiać dzisiaj przed oczyma społeczeństwa WiN-u jako wzoru patriotycznej mądrości. Zrozumiał to ostatni komendant tej organizacji, pułkownik Rzepecki oddając się w ręce władz – co być może stanowi jedyne rzeczywiste działanie WiN-u na rzecz “rozładowania lasów”.
Sejm nie jest miejscem do rozpatrywania dramatów narodowych i do szczegółowych historycznych analiz. Ale powinien być miejscem, w którym ceni się polityczny rozsądek i historyczną wyobraźnię, której Sejm powinien uczyć naród. W przeciwnym razie grozi mu wpisanie się na listę instytucji uwsteczniających naszą świadomość, na którą wpisał się już MEN z Joshem McDowellem.
KTT

Wydanie: 13/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy