Zaświaty, czyli wędrowanie

Przypomniało mi się, jak kiedyś Grochowiak opowiadał treść pewnego dramatu, którego tytułu i autora podać nie umiał. Rzecz mnie zaciekawiła tak dalece, że sam próbowałem ten tekst znaleźć, ale bez skutku. Mógł zresztą całkiem nie istnieć. Otóż po katastrofie statku zaczyna się sąd. Wygląda to tak, że np. pijak zostaje osadzony w bogatym barze, ale na całą wieczność – sam. A kochająca się para zamieszka w idyllicznym domku, tyle że za jakąś zdradę odbierają pani kobiecość. Niby raj, ale w istocie piekło. Otóż obrazy wszelakich piekieł przepełniają religię, literaturę i sztukę, i to na grubo przed Dantem. Chyba od Gilgamesza poczynając.
Z niebem, obrazami szczęśliwości wiekuistej jest nierównie gorzej. Jakieś mgliste Pola Elizejskie, Walhalla, gdzie się można bezkarnie zabijać, raj Mahometa, gdzie się nie ma kaca i każda dziewczyna jest dziewicą (bardzo osobliwa przyjemność), i tak dalej. Po prostu przyjemności bez kłopotliwych konsekwencji. Jezus idzie zdecydowanie dalej – “ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało”, czyli coś wręcz nieziemsko wspaniałego. Tylko że literatura wobec takiego paradoksu jest kompletnie bezradna. Chrześcijanie na ogół wymieniają dwa elementy: bliskość Boga i światło. Ale to ogromnie niekompletne.
Pomyślałem o tym, przeczytawszy “Wydrążonego człowieka” Dana Simmonsa, o którego “Hyperionie” jakiś czas temu pisałem. To taki amerykański autor SF, który ociera się o metafizykę i to bardzo przemyślnie. W “Wydrążonym człowieku” niebo polega na odzyskaniu dziewczyny i kota, ale ten stan nie trwa długo, jest niebem pozornym. Prawdziwa metafizyka zaczyna się wraz z ostateczną śmiercią bohatera, ale o tym to już ani słowa. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że wszelki błogostan prędzej czy później robi się po prostu nudny. W każdym razie Sartre by tego nie zaakceptował, Goethe także nie. Zbawiony – pamiętamy z “Fausta” – może być ten, który zawsze dąży. No i co z tym zbawieniem, dążenie się skończy? Popchnie nas wzwyż “wieczna kobiecość”? No i co dalej? Odpowiedzi nie będzie, albo będzie trywialna, albo nijaka.
Inne wizje nieba są albo żartobliwe, albo wręcz szydercze. Jeśli się nie mylę, Kościół współcześnie stał się raczej wstrzemięźliwy we wszystkich wizjach eschatologicznych, może poza czyśćcem. Ale w czyśćcu właśnie coś się rzeczywiście dzieje, na coś się czeka, coś z tego ma wynikać. Znawcy przedmiotu twierdzą wprawdzie, że czyściec, jako koncepcja czysto katolicka, przeżywa właśnie kryzys, ale ja nie do końca rozumiem czemu. Co prawda, koncepcja wszelkich dodatkowych, pośmiertnych cierpień jest wręcz odrażająca i po prawdzie bluźniercza. Ale znów piekło i niebo są tak niewiarygodne…
Oczywiście, niebo i piekło mają zupełnie rzeczywiste uzasadnienia socjalne: mogą być źródłem pomiarkowania i nadziei. Ale nie o tym piszę. Reinkarnacja wydaje się jałowa, ale można sobie wyobrazić zaświaty, w których jednak coś się dzieje. Wizja okultystyczna, bynajmniej ani bluźniercza, ani haniebna wydaje się w miarę racjonalną formą eschatologii. Jest to kolejne wyzbywanie się powłok cielesnych, coraz subtelniejszych. Dlaczego właściwie chrześcijanom tak zależy na zaświatach, w których nic się nie dzieje? Można, oczywiście, odpocząć i przespać się, ale żeby aż “na wieki”? Jeśli istnieje jakikolwiek duch czy dusza, to ani koncepcja reinkarnacji, ani natychmiastowego wyroku nie mają sensu. Obie są nazbyt krańcowe, żadna nie wygląda na racjonalną, nie mówiąc już o sprawiedliwości, miłosierdziu itd. Jeśli coś jest, to raczej coś trzeciego.
Dawno, dawno temu czytałem “Pielgrzyma Kamanitę” Gjellerupa, którego bohater wędruje przez zaświaty. Co dziwne, nie wznowiono tej książki, mimo że to przecież czysty New Age. Bo życie, a nawet życie po życiu najprawdopodobniej jest właśnie wędrówką. Wiemy o tym intuicyjnie wszyscy, ale głośno mówić nie wypada…

Wydanie: 29/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy