O Belzebubie

O Belzebubie

Ajulella! Urodził się nowy szatan. Rogaty, kulawy, z ogonem. Na imię mu Gender (nie mylić z Ryszardem Benderem). Tłumaczę od razu, iż „ajulella” to słowo czytane od tyłu, jak to praktykowały (o ile, z rzadka, były piśmienne) czarownice w XVI i XVII w., co z kolei nawiązuje do demonicznych Żydów czytających z prawa na lewo. Gender to po angielsku po prostu płeć, rodzaj, co Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, pełnomocnik rządu do spraw równego traktowania, chce tłumaczyć, nie rozumiem dlaczego, jako równouprawnienie. W ten sposób niechcący dorzuca drew na stos wznoszony przez Episkopat, głoszący, iż gender to ideologia, program, teoria, spisek feministek i homoseksualistów. Tymczasem nic z tego. Gender to refleksja naukowa nad dziejami płciowości i seksualności, ukazująca, że pozycja kobiety, mniejszości seksualnych, ale również związków najzupełniej hetero, znajdujących upodobanie na nieortodoksyjny sposób, poddana była czysto mitycznej, arbitralnej i ideologicznej ocenie, która później nie tylko wpływała na ich indywidualny los, ale również petryfikowała realne miejsce w hierarchii społecznej. Innymi słowy: wąż (wtedy jeszcze nie nazywał się Gender) skusił Ewę, ona z kolei Adama, ale wiemy przecież, jakie bywają kobietki, więc trudno mieć do niego pretensje. Toteż winna naszego upadku jest ona. W konsekwencji i w skrócie (nie miejsce tu na kulturowo-antropologiczny wykład) jej podobne stają się nieczyste, krew miesiączkowa nieczysta, stosunek seksualny nieczysty, nawet poród nieczysty. Bo cóż my obchodzimy 2 lutego każdego roku? Już słyszę: święto Matki Boskiej Gromnicznej. Ale to jest folklor. W liturgii chodzi o Oczyszczenie Najświętszej Maryi Panny. Jakiś badacz spod znaku gender mógłby zapytać, jak to się stało, że przez 40 dni była skalana, chociaż niepokalana. Ale właśnie, ku zdumieniu naszego Episkopatu, takiego pytania nie stawia. Gender nie walczy z teologią. Interesują go natomiast skutki społeczne faktu, że mitologia rzutuje irracjonalnie na stosunki społeczne, w konsekwencji na prawo i obyczaj.
Inny przykład. Na początku XIV w., żeby zapobiec dominacji angielskiej, bo podług istniejących dotychczas reguł król Anglii miałby prawo do tronu Francji, dwór paryski (Wersalu jeszcze nie było) ustala pośpiesznie, odwołujący się do rzekomego prawa salickiego, akt pozbawiający praw do panowania nie tylko kobiety, ale także urodzonych po kądzieli. Bratanek staje się kimś nieporównanie ważniejszym niż siostrzeniec, a tym bardziej siostrzenica. Jest to czysta sztuczka prawna. Na jej podstawie ustalona zostaje jednak zasada dziedziczenia. Spycha ona kobiety o jeszcze jedno piętro na dół. Owocuje bowiem z biegiem czasu obiegowym sądem, że kobiety z natury (sic!) nie nadają się do zajmowania wyższych stanowisk, powinny się trzymać z daleka od władzy, polityki, urzędów, a w konsekwencji i pieniędzy. Powoli staje się to oczywistością i ani Joanna d’Arc, ani Katarzyna Medycejska przekonania tego nie przekreślą. W Anglii czy Austrii mogą panować królowe, we Francji jest to nie do pomyślenia. Zwieńczeniem tej logiki będzie skrajnie mizoginiczny Kodeks Napoleoński.
Gender ukazuje, że niemająca żadnego związku z rzeczywistością społeczną, a tym bardziej z głoszonym przez Kościół „prawem naturalnym” średniowieczna, koniunkturalna spekulacja prawna przyczyniła się do dyskryminacji kobiet, i to w bardzo głębokim wymiarze. Skoro bowiem nie nadają się do urzędów, stratą czasu jest kształcenie ich na równym poziomie z mężczyznami. I tak dalej. Już za chwilę dojdziemy do ideału trzech K: Kinder, Küche, Kirche (dzieci, kuchnia, kościół). Tyle że tak właśnie postrzega Episkopat Polski rolę kobiety na naszym padole. Jeżeli więc gender udowadnia nicość podstaw takiej wizji świata, staje się automatycznie nieprzyjacielem, herezją, morową zarazą i diabłem.
Biskupi polscy nie chcą pamiętać, że jeszcze parę lat temu mieli innego wroga z takimi samymi rogami. Był to tzw. postmodernizm. Dokładnie tak jak w przypadku gender nie zadali sobie trudu, żeby zastanowić się choć przez chwilę, na czym rzecz polega. Do dęcia w surmy bojowe zrozumienie nie jest jednak konieczne. Potrzebny jest tylko szatan. W zależności od potrzeby: gender, postmodernizm (a może postimpresjonizm), ateizm, relatywizm, protestantyzm, judaizm, spirytyzm, feminizm, kosmopolityzm, wolnomularstwo… Przychodzi dojść do wniosku, co zresztą ks. Rydzyk na co dzień stara się udowodnić, iż Kościół polski nie może żyć bez wroga. Jest w tym zapewne jakimś odbiciem swoich wiernych. Toż pisał Norwid, że są Polacy wielkim narodem, kiedy stanąć przychodzi w „ostatniej potrzebie”, ale żadnym społeczeństwem, w którym z bliźnim spotykamy się na co dzień. Jedno już gender zdziałał. Chcącym myśleć pokazał, że hierarchia polskiego Kościoła jest być może katolicka. Czy rzymska, to już bardziej skomplikowane pytanie, gdy porównuje się postawę naszych purpuratów i papieża Franciszka. Natomiast chrześcijańska na pewno nie.

Wydanie: 4/2014

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy