Pochwała związków zawodowych

Pochwała związków zawodowych

Styczeń 1982 r. Kolejny miesiąc stanu wojennego. Niechętnie wspominam ten czas. Chętniej okres wcześniejszy, tzw. karnawał Solidarności. Wstąpiłem do związku w listopadzie 1980 r., zaraz po rozpoczęciu pierwszej pracy po studiach. Prezes mojej firmy (regionalnego związku spółdzielni) był wściekły, tego dnia trzech nowych pracowników z wyższym wykształceniem zapisało się do Solidarności. Byliśmy młodzi i pełni entuzjazmu. Wszystko miało się zmienić. Z zapałem zaangażowaliśmy się w działalność Solidarności, z satysfakcją pełniąc m.in. funkcję straży związkowej w czasie któregoś ze strajków. Nigdy nie zapomnę tego uczucia bycia razem, tej codziennej solidarności przez małe s, jakiej wtedy doświadczaliśmy. To mnie ukształtowało na lata.

Z tego też okresu pochodzi moje uznanie i szacunek dla związków zawodowych. Dziś poparte także znajomością historii walki pracowników najemnych o swoje prawa. Pokazuje ona wyraźnie, że nie ma innej drogi do poprawy ich losu. A także to, jak była ona trudna i bolesna. Od XIX-wiecznego zakazu ich tworzenia do XX-wiecznego rozkwitu. To związkom zawodowym pracownicy najemni zawdzięczają w dużej mierze bardzo dobry dla nich okres lat 1945-1973, w którym istniała względna równowaga między kapitałem a pracą, nierówności były umiarkowane, a pracownicy systematycznie poprawiali swoją pozycję ekonomiczną i społeczną. Nawet w kraju, którego dziś w żaden sposób nie kojarzymy z silnym ruchem związkowym, jakim są Stany Zjednoczone. A swoją drogą, czy kojarzą państwo Kalifornię z ruchem spółdzielczym? Aż do II wojny światowej była jego bastionem! To w USA od czasu Wielkiego Kryzysu i Nowego Ładu, będącego nań odpowiedzią, związki zawodowe odnosiły wiele sukcesów w walce o prawa pracownicze. Co bardzo charakterystyczne, nie było to bez związku z polityką państwa, która od czasu sławnego przemówienia Franklina Delano Roosevelta grożącego sankcjami tym firmom, które będą utrudniały zakładanie związków zawodowych, było im przyjazne i stało na straży wolności związkowych.

Zmieniło się to radykalnie wraz z nastaniem rządów Ronalda Reagana. Były one znakiem początku ery neoliberalizmu, orientacji ekonomicznej, społecznej i politycznej z definicji wrogiej związkom zawodowym. Dlatego im bardziej dane państwo pogrążało się w neoliberalnym bagnie, tym coraz słabsza stawała się pozycja związków zawodowych. Dobrym przykładem jest Polska, gdzie od początku transformacji sterowanej neoliberalnymi założeniami mamy do czynienia z antyzwiązkową polityką wszystkich sił i orientacji politycznych. Gdzie – jeśli pracodawca sobie tego nie życzy (a z reguły sobie nie życzy) – związków zawodowych nie ma. Gdzie związkowców zwalnia się z pracy pod byle pretekstem, a państwo temu się przygląda i nie reaguje (z falą takich zwolnień mamy obecnie do czynienia, co dokumentuje rozmowa ze zwolnionymi związkowcami przeprowadzona w TOK FM przez niezawodnego Grzegorza Sroczyńskiego w ramach jego programu „Świat się chwieje”). W kraju, w którym powstała Solidarność!

Potwierdza to jedynie po raz kolejny diagnozę losów Polski zawartą w słynnej książce Davida Osta „Klęska Solidarności”. Nasze całkowite odwrócenie się plecami do bodaj najlepszej tradycji, jaką dysponujemy. Będące także udziałem tych, którzy z Solidarności wyrośli i dzięki niej sprawowali rządy po 1989 r. Rzecz to niebywała w skali świata, zwrot o 180 stopni. Prócz polityków na jego „sukces” dzielnie pracowali także dziennikarze różnych maści, którzy z lubością oskarżali związkowców o cwaniactwo, hołdowanie jedynie swoim prywatnym interesom, nieodpowiedzialność i brak zrozumienia realiów ekonomicznych kraju. W ten sposób z kraju, który zbudował swoją chwałę na istnieniu związku zawodowego, zamieniliśmy się w kraj, który powrócił do XIX w. w sposobie traktowania zrzeszania się ludzi pracy. Możemy sobie pogratulować.

Tymczasem państwa takie jak Szwecja czy Niemcy, choć nie pozostały nieczułe na urok neoliberalnych zaklęć, jednak potrafiły zachować potęgę swoich związków zawodowych z korzyścią dla wszystkich. I gdy dzisiaj nasz poziom uzwiązkowienia (ok. 12%) jest jednym z najniższych w krajach rozwiniętych, to w Szwecji wciąż wynosi ponad 60%. Nie muszę przypominać, że Szwecja wraz z innymi krajami nordyckimi stanowi czołówkę miejsc o najwyższym poziomie zadowolenia z życia i najwyższej jego jakości (liderzy neoliberalnej kontrrewolucji, jak USA i Wielka Brytania, zajmują zawsze miejsca dalsze, USA najczęściej w drugiej dziesiątce). W tej sytuacji czekam na pierwszy rząd od 1989 r., który przyjąłby wyraźnie prozwiązkowy kurs, wzmocnił Państwową Inspekcję Pracy (rozpocząłbym od podniesienia płac inspektorom o 100%) i zaczął wreszcie prawdziwą politykę propracowniczą. Przede wszystkim reagował zdecydowanie na wszelkie próby uniemożliwiania powstawania związków zawodowych w zakładach pracy, a także na blokowanie ich szefom wywiązywania się ze swoich zadań kontrolnych. Może się doczekam.

Wydanie: 5/2022

Kategorie: Andrzej Szahaj, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy