Dziabnięcie, a nawet ukąszenie

Dziabnięcie, a nawet ukąszenie

Drugie dziabnięcie – wszyscy się chwalą zdjęciami, ja jestem niefotogeniczny, to sobie napiszę, a co: przyjąłem drugą dawkę, odczekałem stosowny kwadransik w oczekiwalni na niepożądane nagłe skutki uboczne, które nie nadeszły, pojechałem do domu, żyję. Nazajutrz wokół punktu dziabnięcia rozrosła się opuchlizna; no, może jednak powinienem się sfotografować, nigdy nie miałem takiego bicepsa, ciepło, więc wygrzebałem koszulkę bez rękawów i chodzę dumnie po mieście, oczywiście właściwym bokiem do świata, tym nieszczepionym do muru, no niechże kto znajomy się napatoczy. „Kuczi, aleś napakował, szacun”, co tam kultura, niech żyje kulturystyka, od biedy można to połączyć jak pisarz-syn-malarza Orbitowski. Ostatni raz mi tak coś spuchło, gdy na wakacjach w Połczynie osa nimfomanka rzuciła się na moje przyrodzenie, pielęgniarki przed podaniem surowicy spoglądały z niejakim podziwem na pożądliwie pożądlone miejsce, zdawało się, jakby chciały odwlec odczulanie.

No dobra, nachodziłem się, wracam, teraz superbicepsem w stronę witryn, napawam się, chwilo, trwaj, rozważam przyjęcie trzeciej dawki w drugie ramię dla symetrii, choć przecież wiem, że to estetyka głupców, wychodzi z mody, teraz nawet gimbaza nosi dwie różne skarpetki, och, wreszcie nie muszę się męczyć i furiacko przeklinać, wywalając zawartość szuflady w poszukiwaniu czegoś do pary. Starszy syn co prawda mi tłumaczy, że to tylko pozorne niedopasowanie, otóż skarpetki muszą się teraz łączyć tematycznie, a nawet narracyjnie, wyjaśnia mi to na zestawie kawowym: jeśli na lewej widnieją ziarna, na prawej muszą być np. filiżanki, czyli w tzw. międzystopiu doszło do sporządzenia naparu. Spoglądam na moje stopy, na jednej mam skarpetkę białą, na drugiej czarną, no to chyba jasne jak dzień i noc, wątków od groma, ale syn kręci nosem, że niezupełnie o to chodzi, ech, dajcie mi święty spokój.

W domu nagła słabocha, okazuje się, że nie mam siły, jakbym nocy nie przespał, a przecież chrapałem, były skargi poranne, czyli jest dowód, nawet przypominam sobie strzęp snu, oczywiście piłkarskiego, teraz są mistrzostwa i nadmiar oglądanych meczów rezonuje także w marzeniach sennych. Owóż śniło mi się, że przeciw polskiej reprezentacji wychodzi drużyna niewidomych i ogrywa nas niemiłosiernie, albowiem każdy niewidzący piłkarz ma swojego psa przewodnika, który groźnie warczy i szczerzy kły na naszych graczy, wskutek czego oni ze strachu wolą nie odbierać piłki rywalom.

Kładę się, pisać nie mam siły, więc może choć czytać, na pierwszą rocznicę śmierci Jurka Pilcha trwa wydawniczy festiwal jego twórczości, biorę do ręki biografię autorstwa Witolda Beresia, no ale to nie jest kategoria wagowa na dziś, kilogram bez mała, 800 stron prawie, nie dam rady tego utrzymać. Trochę już nadgryzłem, widzę, że książka powstała z miłości, wszyscy biografowie Pilcha byli w nim zakochani, tyle że w przypadku Katarzyny Kubisiowskiej była to miłość nieszczęśliwa, jej kilogram „Pilcha w sensie ścisłym” drążył słabości i małostki autora, odkrywał dokładnie to, co pisarz wolałby pozostawić zakryte; „Pilchu” Beresia jest śladem przyjaźni odwzajemnionej, biografią kumpelską, szczęśliwie nafaszerowaną ineditami, naznaczonymi iskrą bożą i frazą niepodrabialną, która po dziś dzień się odciska „pilchowskim ukąszeniem” na językach wielu jego bezwiednych epigonów. Odkładam Beresia, biorę lżejszą, lecz zarazem ważącą wiele więcej literacko „Autobiografię w sensie ścisłym, a nawet umownym”, która pod zwodnym tytułem obiecuje niejakie wspominki, jest zaś rewelacyjną, jedną z lepszych Pilchowskich próz – ani zbiorem felietonów, ani wariacją diarystyczną, lecz tęgą powieścią o nieco eksperymentalnej formule. Jakoś umknęły mi te publikowane w latach 2013-2015 w „Tygodniku Powszechnym” odcinki, byłem wtedy zaprzątnięty życiem, a nie twórczością, czytam więc teraz tę rzecz na świeżo, poruszony tak bardzo szwungiem i mistrzowską formą autora, że tradycyjnie chce mi się do niego napisać esemesa pochwalnego, na którego nie odpisze, tłumacząc, że oddzwania, „bo nie trafia już, k… w klawisze”. Postępy choroby Pilcha dały się we znaki jego formie literackiej, począwszy od „Zuzy…” ogłoszonej w 2015 r., tymczasem „Autobiografia…” powstawała jeszcze w trakcie ostatniej fali wzmożenia talentu, której zawdzięczamy „Wiele demonów” i „Drugi dziennik”. Najkrócej mówiąc, Pilch wraca do Wisły, tej, którą znamy z jego najlepszych powieści, i rozsnuwa historie luźno oparte na tzw. wydarzeniach z życia wziętych, przy czym niepomiernie raduje się faktem, że w spisywaniu wspomnień utkwił na porodówce. Daje tym samym wyraźny sygnał, że najważniejsze w tej „autobiografii” jest dokładne opisanie wszystkiego, czego… nie zapamiętał. Jerzy Pilch znakomicie rozpoczął pośmiertny etap swojej twórczości.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 26/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy