Dylemat Belki

KUCHNIA POLSKA

A więc stało się.
Nie chodzi mi o zdymisjonowanie ministra Bauca. Jest to gest teatralny, zważywszy, co może zdziałać nowa minister finansów w ciągu trzech tygodni do wyborów. Poprzestawiać rubryki w budżecie?
Natomiast grupa niezależnych ekspertów potwierdziła obliczenia ministra Bauca, według których deficyt budżetu na rok 2002 wynosić będzie 88, a w porywach może i 93 miliardy złotych. Bauc nie blagował więc, najwyżej – jak twierdzą eksperci – odrobinę panikował. Każdy by panikował na jego miejscu, gdyby miał do przekazania społeczeństwu takie sprawozdanie ze swojej pracy.
Aliści mamy też do czynienia z dosyć dziwaczną i rzadko spotykaną sytuacją. Otóż zazwyczaj w trakcie wszystkich kryzysów społeczeństwo pierwsze wie i czuje na własnej skórze, że znajduje się w kryzysie gospodarczym, natomiast rządy udają, że nic się nie stało i póki mogą, zachowują roześmianą gębę. Tymczasem teraz rząd już wie, że wdepnął w grzęzawisko, jego eksperci potwierdzają to z ołówkiem w ręku, natomiast społeczeństwo zdaje się nie przyjmować tego do wiadomości. Ludzie sprawiają wrażenie rozbawionych urlopowo, snują jakieś plany, zaciągają nawet kredyty, liczą, że kiedy pozbędą się w wyborach Buzka i jego kompanii, ich życie się polepszy.
Jest to widok tyleż osobliwy, co złowróżbny. Nie ukrywa tego w swoim artykule w „Polityce” (nr 34) prof. Marek Belka, prezydencki ekspert gospodarczy, pisząc otwarcie, że nie wie, co można z tym zrobić. Dodaje też, że w tej sytuacji nie reflektuje raczej na posadę ministra finansów, o czym mówiło się na mieście.
Jest w tym jakaś nowość. W myśl bowiem naszej tradycji – utrwalonej nawet w hymnie – „dla Ojczyzny ratowania” należy „rzucić się przez morze” bez względu na umiejętność pływania. A profesor mówi otwarcie, że nie umie pływać, nie widzi więc powodu, dla którego miałby się utopić.
Warto się nad tym zastanowić. Niedawno prof. Grzegorz Kołodko, wybitny ekonomista, a także minister finansów w krótkim okresie polskiego sukcesu gospodarczego w latach 1994-1997, wydał książkę pt. „Globalizacja a perspektywy rozwoju krajów posocjalistycznych”. Pisze w niej, że kraje postsocjalistyczne mają w procesie globalizacji szansę, aby dołączyć do społeczeństw rozwiniętych i zasobnych, mogą też zostać zepchnięte do poziomu Trzeciego Świata. I że zależy to przede wszystkim od jakości uprawianej przez nie świadomej polityki. Kołodko dowodzi m.in., że procesy transformacji gospodarczej przebiegają pomyślnie wówczas, kiedy demontaż instytucji gospodarki socjalistycznej postępuje proporcjonalnie do tworzenia się struktur kapitalistycznych, nie jest zaś celem samym w sobie jako akt szaleńczego odwetu. Dokładnie to samo napisał niedawno profesor Tadeusz Kowalik w „Gazecie Wyborczej”, twierdząc ponadto, że plan takiej właśnie transformacji opracowywany był w Polsce w roku 1989, ale na polecenie Sachsa, autora naszej transformacji, ekipa prof. Balcerowicza wyrzuciła go do kosza. Ekonomiści wiedzą już więc, gdzie biją polityczne źródła naszych porażek, ale co z tego, kiedy na odwrócenie tych politycznych decyzji jest już za późno?
Pozostaje więc dylemat Belki: „rzucać się przez morze” czy też raczej ratować. No właśnie, co właściwie? Bo przecież powiedzenie o „własnej głowie” jest oczywistym uproszczeniem. Polityk, w tym także polityk gospodarczy, może, a nawet powinien ryzykować głową. Ale tylko wówczas i tylko za to, co robi z własnego przekonania, co wynika z jego wiedzy i poglądów, z jego decyzji i przekonań. Otóż paradoks obecnej sytuacji polega na tym, że zwycięską zapewne w wyborach lewicę zmuszać się będzie do robienia rzeczy, których robić nie powinna, ponieważ są one niezgodne z jej celami. Namawiać, aby ugodziła w sferę budżetową i służby publiczne. Aby oszczędzała na nauce, edukacji i kulturze oraz ukróciła pomoc socjalną dla najsłabszych. W rozmaitych pogawędkach politycznych zarzuca się wręcz posłom SLD, że głosowali za rozmaitymi świadczeniami społecznymi, które dzisiaj obciążają budżet państwa i tworzą jego „dziurę”. Ale co właściwie mieli robić posłowie lewicy – być przeciw polityce socjalnej, która stanowi istotę ich programu? Ich błędem było jedynie to, że uwierzyli, iż mają do czynienia z rządem serio, nie zaś z manipulantami, ukrywającymi prawdziwy stan finansów państwa aż do momentu, gdy sprawa się rypła.
Profesor Marek Belka, mówiąc, że nie chce być ministrem, ma zapewne na myśli nie tyle przebieg swojej kariery urzędniczej, ile własny autorytet naukowy i polityczny, który zostanie zmarnowany decyzjami, jakie musiałby podejmować. Sprawa jest jednak szersza. Opozycja, jeśli wygra wybory, też ma co nieco do stracenia, choćby opinię, że jest formacją prospołeczną, wrażliwą na wartości niemieszczące się jedynie w prostej kalkulacji rynkowej. Staje więc w całości przed dylematem Belki, tyle że o wiele bardziej skomplikowanym. Składa się on bowiem – rozumując logicznie i cokolwiek abstrakcyjnie – z trzech możliwości.
Pierwszą jest umycie rąk i zostawienie naprawiania zegarka tym, którzy go popsuli. Rozwiązanie takie jest jednak niemożliwe w sytuacji wygranych wyborów, a także byłoby rozwiązaniem katastrofalnym, pozostawiającym los kraju w rękach ludzi nieodpowiedzialnych i skompromitowanych.
Drugim rozwiązaniem jest przejęcie na siebie nie tylko odium czterolecia AWS-UW, ale także pozostawionej przez nich receptury, którą zawierać będzie budżet na rok 2002, fundamentalnie niezgodny z nadziejami, jakie w lewicy pokłada społeczeństwo. Nawet jeśli tą metodą uda się „zatkać dziurę”, oznaczać to może techniczny sukces rządu lewicy i koniec lewicy jako opcji społecznej, zwłaszcza w roku 2005, na co już dzisiaj cieszy się Platforma Obywatelska.
Trzecim więc wyjściem jest istotnie „rzucenie się przez morze”. Ale z własnymi poglądami i własnym projektem, którego profesor Belka nie widzi. Może jednak ktoś go zobaczy, zanim społeczeństwo spostrzeże, że wszystko to dzieje się naprawdę. Bo wtedy już będzie za późno.

Wydanie: 36/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy