Nieładnie

Nieładnie

Wałęsam się po księgarniach i udając, że przeglądam nowe tytuły, wącham książki. Zapach farby drukarskiej przenosi mnie do lat błogiego dzieciństwa – bardzo wcześnie nauczyłem się czytać, a rodzice nie skąpili mi lektur, nigdy później nie wzbudzałem takiego zachwytu. Ale prawdziwą magdalenką jest mi farba olejna, włóczę się po wystawach, szukając świeżych obrazów, na których jeszcze zachowałyby się resztki zapachu materiałów malarskich – ojciec wszakże wywijał nie tylko nahajem, nie demonizujmy, machał nade wszystko pędzlem, oprócz gruntowania cech męskich zajmowało go także gruntowanie płócien. Chełpił się tym, że potrafi namalować wszystko, póki matka nie nakazała mu sportretować mnie w wieku szczenięcym – wielokrotnie ponawiane sesje nie przyniosły skutku. Ojciec twierdził, że nie potrafię usiedzieć w miejscu, czemu akurat łatwo dać wiarę, bo pozowanie nie należy do ulubionych zabaw kilkulatka, poza tym ojcowskie spojrzenie napawało mnie trwogą – w rzeczy samej, czułem ból, kiedy wbijał we mnie wzrok. Dziś czuję, że sedno tego fiaska tkwiło być może gdzie indziej: byłem dla ojca nieprzedstawialny. Żeby mnie namalować, był zmuszony przyjrzeć mi się z uwagą, to on się wiercił, przekrzywiał głowę, mrużył oczy, przestawiał lampy albo w ciągu dnia mnie z krzesłem przestawiał, żeby rozświetlić postać. Na nic te wysiłki: obraz nie zgadzał się z wyobrażeniem, ojciec był gotów mnie formować, ale odwzorować nie zdołał. Szkice do portretu miały wadę zasadniczą – nie byłem do siebie podobny, co nie uszło uwagi matki, kontrolującej postępy prac; ojcu trudno było podważyć tę krytykę, więc zaniechał kontynuacji. Portret niedokończony się nie zachował, zamalował mnie ze złością, wcisnął ten nieobraz gdzieś między inne, potem być może naniósł na to jakiś landszaft, posadził na mnie drzewa, postawił skały i polukrował mokrym fałatowskim śniegiem. Już się nie przechwalał, że umie wszystko namalować, wybierał inne definicje swojego mistrzostwa – np. twierdził, że amatorom farba ścieka po płótnie, a jemu nie.

Przypomniałem to sobie na wystawie Wilhelma Sasnala w Polin, gdzie poszliśmy z Żoną schować się przed upałem. Ojcu by się nie spodobało: nie dość, że landszafty ponure, to jeszcze wszędzie zacieki, ładnie to tak? „Ładnie” już było, na samym starcie, potem Sasnal zobaczył „Shoah” Lanzmanna, przeczytał „Mausa” Spiegelmana, „Sąsiadów” Grossa i rozejrzał się wokół z uwagą, odkrywając, że żyje na cmentarzysku. Pejzaż stracił niewinność, sam artysta mówi wprost, że polski pejzaż został skażony. Sasnal patrzy na Polskę oczyma ofiar jako na miejsce przeklęte, mapę Zagłady, tak też ustawia spojrzenie widza: sterta kapuścianych głów wygląda jak stos czaszek, długie budynki chlewni do złudzenia przypominają baraki lagru, nawet statystyczny wykres zagęszczenia ludności wygląda jak plamy krwi. Kiedy w ramach kadru wyznaczonych przez okna wagonu artysta spotyka wzrok chłopa wypalającego trawy, nie sposób odeprzeć myśli, że tak samo przyglądał się inny chłop innemu wagonowi przed 80 laty.

Nie tylko krajobraz, lecz i sam język utracił niewinność: wagon, stos, barak, komin – to pojęcia podstawowe, po Holokauście zostały przygniecione znaczeniami. Sasnal inteligentnie przesuwa pola semantyczne, można by rzec, że zmyślnie parafrazuje Brechta – u niego rozmowa o drzewach nie jest zbrodnią, bo jest rozmową o Zbrodni. Jak na obrazie złamanego drzewa, uszkodzonym w transporcie, do którego Sasnal dokleił sznur. Wszystko jest śladem, niemym świadectwem zła. Artysta unika nietaktu reprezentacji, a zatem i banalizacji Shoah – bo Zagłada jest u niego obecna poza ramami obrazu, poza kadrem, w przestrzeni domysłu. Portret Hitlera jest tu możliwy, bo został zamalowany i dodatkowo przekreślony ukośnie listwą. Także ikony polskości zostają tu poddane malarskiej dekonstrukcji, niepokojąco zniekształcone, jak bocian pozbawiony dziobu i nóg, jak „przemalowane” płótna klasyka – portret konny z Michałowskiego – co prawda, koń jest biały, ale jeździec jakiś trupio-niewyraźny, jak sarmata w stanie rozkładu. Polacy uczcili 80. rocznicę mordu w Jedwabnem, dumnie prężąc transparenty z hasłami potępiającymi „kłamstwo jedwabieńskie”, władze ją zignorowały. „Taki pejzaż” jest wystawą o kiedyś niewypowiedzianej, wypartej, a dziś zacieranej i wymazywanej winie. Bardzo bolesna lekcja historii, weźcie na nią swoje dzieci, bo Czarnek szkół tam na pewno nie wyśle.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 30/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy