Obszar beretu

Prasa pełna jest krytycznych doniesień o coraz to nowych, absurdalnych krokach lub zamiarach rządu i rządzącej partii.
O „genialnym”, jak twierdzą niektórzy, manewrowaniu przez premiera opinią publiczną coraz częściej można przeczytać, że są to gesty bez pokrycia, które już wkrótce okażą się wydmuszką. O wizerunku prezydenta słyszy się coraz częściej, że nie mamy już chyba „prezydenta wszystkich Polaków”, lecz tylko niektórych, tych mianowicie, którzy popierają jego brata. O niekompetencji ministrów nie ma co wspominać. Opinie te w dodatku czytać można nie tylko w prasie uchodzącej za lewicową i w mediach niekontrolowanych jeszcze przez rządzącą partię, ale także we „Wprost”, w „Rzeczpospolitej”, w „Newsweeku”, a nawet czasem słyszeć w TVP.
Nie ma więc co się dziwić, że władza szykuje rozmaite regulacje prawne mające poskromić samowolę pismaków, a premier jako jeden ze swoich perlistych żartów pokazał dziennikarzom TVN taśmę, którą zaklejać będzie gęby medialnych mądrali. Dziwić się natomiast trzeba temu, że mimo owej niemal jednomyślności mediów w ocenie działań, intencji i kwalifikacji rządzącej nami ekipy poparcie dla niej mierzone sondażami opinii bynajmniej nie spada, a nawet niekiedy rośnie.
Część wyjaśnienia tej dziwacznej sytuacji leży w tym, że efekty obecnego rządzenia nie dotarły jeszcze do świadomości powszechnej. Normalni ludzie, czytając i słuchając doniesień mediów, traktują to wszystko jako zwyczajną bijatykę na górze i uważają za mało istotne, zwłaszcza że i poprzednia ekipa nie zyskała sobie opinii rzetelnej i krystalicznie uczciwej. Część poparcia dla PiS bierze się też stąd, że są to ruchy wewnątrz słynnej „koalicji stabilizacyjnej”, a PiS – mimo całej rzekomej przebiegłości marszałka Leppera i krzykactwa posła Giertycha – zwasalizowało sobie ich formacje, których wyborcy, widząc, co się dzieje, wolą optować za panem niż za sługą.
Najistotniejszym jednak pytaniem jest to, jaki jest faktyczny obszar moherowego beretu.
Bo to, że obecna ekipa dyszy zachłannością na władzę i wpływy polityczne, gotowa jest też przemodelować prawo i konstytucję, byle tylko zaspokoić ten swój apetyt, jest oczywiste, ale i wtórne w końcu. Istotne zaś jest to, że w naszym kraju odbywa się autentyczne starcie polityczne, obyczajowe i kulturalne pomiędzy bardzo różnymi grupami związanymi tak lub inaczej z koncepcją demokracji, nowoczesności, pluralizmu i oświecenia z jednej strony, a obszarem moherowego beretu z drugiej.
Wyznaczniki tego obszaru są dosyć czytelne.
Jest nim dominacja wiary rzymsko-katolickiej nie tylko nad wszystkimi innymi wyznaniami, ale także nad wartościami obywatelskimi. Polak, który nie jest wierzącym i praktykującym katolikiem, jest tylko częściowym Polakiem, niebudzącym zaufania także w służbie publicznej. Jest nim jednoznaczna koncepcja patriotyzmu opartego na takiej wizji dziejów, w myśl której patriotą jest z pewnością Longinus Podbipięta, który modlił się do Matki Boskiej o ścięcie trzech pogańskich głów za jednym zamachem, ale nie jest nim zapewne Cezary Baryka na przykład. Jest nim uniformizacja norm obyczajowych, uznanie rodzinno-patriarchalnego stylu życia za jedynie właściwy i wrogość wobec odmieńców, feministek, homoseksualistów, przeciwników patriarchalnej rodziny, kosmopolitów, ateistów.
Wyznacznikiem obszaru beretu jest wreszcie kanon kulturalny.
Otóż o ile rozmaite manewry polityczne prawicy napotykają na mniej lub bardziej stanowczy opór lub kpinę mediów, o tyle obszar kulturalny uważa się za teren drugorzędny, na który można machnąć ręką. Dywaguje się na przykład spokojnie nad dopuszczalnymi granicami cenzury obyczajowej lub nad tzw. obrazą uczuć, czego pokaz mieliśmy ostatnio w obliczu okładki pisma „Machina”, któremu poprawne politycznie firmy, w tym TP SA, za „bluźnierczą” okładkę cofnęły reklamy. Nie mamy nic do podobizn „chrześcijańskich męczenników” rozlepianych w poznańskich tramwajach, nie widząc w tym dowodu, jak przestrzeń wyznaniowa, a więc prywatna, anektuje przestrzeń publiczną, a więc świecką. Uważa się po prostu, że są to drobiazgi, kurioza, dziwolągi niewarte zachodu, a tym bardziej konfliktu z aktualnym trendem politycznym.
Tymczasem każdy taki pozornie nieważny krok poszerza obszar moherowego beretu. Poszerza go także natrętna ofensywa moherowego gustu. Widownią tego jest teraz właśnie sprawa „pomnika warszawiaka”, który bp Głódź zalecił postawić na Pradze według projektu Andrzeja Renesa, a który przedstawia orkiestrę podwórkową (ponoć w brzuchach muzykantów umieszczona będzie aparatura grająca warszawskie kawałki).
Można zapytać, dlaczego biskup decyduje o pomnikach w Warszawie, można też zapytać, dlaczego tę rzeźbę ma robić pan Renes, ten sam, który już ozdobił stolicę nieznośnym pomnikiem Starzyńskiego na placu Bankowym, okropną rzeźbą księdza Skorupki przed kościołem św. Floriana i paroma innymi kiczami.
Ale trzeba zapytać, bo jest to pytanie ważne, dlaczego grono niewątpliwie inteligentnych ludzi, dyskutujących o tym pomniku w „Gazecie Wyborczej” – prof. Adam Myjak, mój ulubiony kolega ze studiów prof. Marek Kwiatkowski, prof. Gustaw Zemła i inni – zapytani o ten pomnik mówią „obok”. A więc kto to jest właściwie warszawiak? – pytają. Albo dlaczego zaraz kapela? A może by to to postawić na Chmielnej zamiast na Pradze?
Nie mówią zaś o tym, że moherowy gust zdobywa oto nowy przyczółek w Warszawie. Nie mówią, że w tym kraju żył Xawery Dunikowski, Hasior, Alina Szapocznikow, a na świecie żył kiedyś Henry Moore i ludzie ci stworzyli skalę, wobec której nie wolno już stawiać jako pomnika naturalistycznego dziwadła, w rodzaju nie tylko orkiestry Renesa, lecz także pociągu wywożącego krzyże z ul. Stawki czy nawet – przepraszam prof. Zemłę – Małego Powstańca na Starym Mieście.
To nie są drobiazgi. Koło tych rzeźb codziennie przechodzą i przechodzić będą ludzie, kształcąc na nich swój gust i wyobrażenie o sztuce. Dokładnie takie, które jak dobrze pójdzie, pozwoli im potem, jak owemu pobożnemu posłowi w Zachęcie, niszczyć rzeźby, wszczynać awantury arabskie o okładki czasopism czy jeździć tramwajem razem z męczennikami.
Dlaczego więc ludzie kultury, którzy przecież w głębi duszy wiedzą doskonale, jaki jest wpływ dzieła sztuki na mentalność ludzi i społeczeństw i że na tym między innymi polega rozpiętość, jaka dzieli nasze społeczeństwo od narodów wychowujących się w cieniu katedry Notre Dame, rzeźb Michała Anioła czy mauretańskich budowli Grenady, są zdania, że można to sobie dla świętego spokoju odpuścić, zejść z linii ognia otwartego przez biskupa-generała i oddać pole beretowi?
To pole będzie bardzo trudno odzyskać zarówno dla sztuki, jak i dla myślenia. Beret się rozrasta.
KTT

 

Wydanie: 10/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy