Zakorzenienie

Zakorzenienie

Powiadają, że władza odmroziła muzea i galerie, bo jej się skojarzyło z tymi handlowymi. A może dlatego, że rządzący sami są żywą skamieliną PRL, skansenem politycznym – zresztą motywacje nieistotne, nawet jeśli „otworzyli” sztukę przez pomyłkę (co wielce jest prawdopodobne – im wszystko się udaje przez pomyłkę, to rząd pomyleńców i nieudaczników, wierzę, że niebawem i przez omyłkę stracą władzę), stało się dobrze.

Od razu cud przy Alejach Jerozolimskich – w biały dzień kolejka do Muzeum Narodowego niczym podczas Nocy Muzeów – to nie tylko za sprawą rozmrożenia, ale i otwarcia po latach odnowionej Galerii Sztuki Starożytnej, znużone zdalnością dzieciaki wyciągnęły rodziców „na mumie”. Mnie chodzenie po lesie może odrobinkę się przejadło, zwłaszcza że teraz wszyscy do lasu, dukty zatłoczone jak Marszałkowska, przecinki przeludnione, psy wszech ras rozbiegane po gąszczach, ludzkości za rozrywkę służą już tylko wałęsania leśne i niespodzianie saneczkarstwo miejskie, po latach zim bezśnieżnych. Wygłodniały pobiegłem więc do Zachęty na wystawę i znowu trafiłem do lasu. A ściślej – pod las. Joanna Rajkowska, ta od Palmy, czyli najsłynniejszego w Polsce dzieła sztuki site-specific, z niejaką pomocą Urszuli Zajączkowskiej, tej od „Patyków, badyli”, przebojowego tomu esejów botanicznych, posadziła, nie, zaraz, powiesiła w galerii las.

Rajkowska w galeriach gości rzadko, jej specjalnością są interwencje w otwartej przestrzeni, tym bardziej niezwykłe jest jej „miasto korzenne”. Projekt „Rhizopolis” polegał na przeniesieniu do galerii karczowiska, ale cała jego zmyślność tkwi w pomyśle na to, byśmy oglądali karpy od spodu. Efekt jest piorunujący: sala przypomina organiczną jaskinię z martwymi korzeniami zwisającymi jak stalaktyty, olbrzymia instalacja tonie w półmroku, więc bardziej przeczuwamy, niż widzimy materiał, po którym stąpamy – korę, próchno, wszystko to, co się osypało z podwieszonych karczów. Rajkowska wysnuwa dystopijną opowieść o podziemnym schronieniu na czas ekoapokalipsy, ale i bez autorskich komentarzy recepcja instalacji jest bardzo silna i jednoznacznie ekologiczna. Truizm o powrocie do łona ziemi nabiera tu nowego wymiaru dzięki zmianie antropocentrycznej perspektywy na – by tak rzec – telluryczną, patrzymy spod ziemi, spod korzeni, oczyma tych wszystkich robaczków, dla których powierzchnia ziemi jest dachem nad głową. W życia wędrówce, na połowie czasu, zaiste w głębi lasu ciemnego się znalazłem, za co Rajkowskiej serdeczności ślę najszczersze. I choć artystka myślała o tej przestrzeni jak o refugium, mnie się skojarzyło zgoła grobowo – ale też całkiem przytulnie; jeśli kto czuje irracjonalny lęk przed własnym pochówkiem, powinien się udać do „Rhizopolis”, będzie tam mógł bezpiecznie „powąchać kwiatki od dołu”, zakorzenić się w myśli o życiodajnym rozkładzie.

Dobrze jest wejść do „Rhizopolis” po obejrzeniu wystawy „Rzeźba w poszukiwaniu miejsca”, instalacja Rajkowskiej to idealne pendant. Kuratorka Anna Maria Leśniewska obmyśliła retrospektywę współczesnej rzeźby polskiej wedle tytułowego ruchu – w istocie rzeźby w salach Zachęty intensywnie szukają dla siebie przestrzeni, wiercą się, wyrywają na zewnątrz, chcą być w ruchu, chcą być wszystkim, byle nie bryłą. Zdarza im się przebijać przez ściany, jak w „In Homage to Bruce Lee” – człekokształtnej dziurze Oskara Dawickiego, który jest jedną z najjaśniej na tej wystawie świecących gwiazd. To negatyw rzeźby, artysta przebił sztuczną ścianę w miejscu wyjętych drzwi; Koji Kamoji chciał zrobić dziurę prawdziwą – on już tak ma (ileż było hałasu, gdy wykopał prawdziwą studnię w legnickiej galerii) – nie pozwolono mu, więc zrobił „dziurę w powietrzu”, otwór w przezroczystej płachcie dociążony metaforycznie kamieniem brukowym leżącym u jego stóp. Mamy tu też rzeźby kinetyczne – w ścisłym ruchu, jest olbrzymi abakan, jest pomnik przyrody nieożywionej – mistrz falsyfikatów Robert Kuśmirowski wyrzeźbił sztuczną skałę przypominającą kształtem wielkie prawidło, są rzeźby trujące (znowu Dawicki – inicjały OD usypane z trutki na szczury), są fotografie „rzeźb” ze splotów dłoni, interdyscyplinarne prace łączące wideo-art i instalację, nie brakuje kanonicznych mistrzów (Kobro, Szapocznikow, Hasior), a nawet średniowiecznych świątków i masek afrykańskich. Ale narracja wystawy jest logiczna i spójna, spuentowana zaś wspomnianym „Rhizopolis” stanowi nader pożywne danie po pandemicznej głodówce.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 7/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy