Dobry materiał

„Po pierwszym tygodniu powstania Warszawa wygląda już niesamowicie. To nie to, co będzie za dwa tygodnie, zwłaszcza na Starówce. Ale ta piorunująca zmiana Warszawy z walczącej w konspiracji, gnębionej i prześladowanej – jednocześnie jednak zarabiającej i używającej życia – na miasto w rewolucji, to coś imponującego. Zamiast po ulicach chodzi się po podwórzach i piwnicach. Ulice przechodzi się nie na skrzyżowaniach, a tam, gdzie są barykady. Ludzie nauczyli się jeść zupę zamiast obiadu, chleb kartkowy uważany jest za szczyt przysmaku. (…) Ludzie potracili mieszkania, meble, rzeczy, zapasy, kontakt z bliskimi – jednym słowem wszystko, co czyni życie znośne. I to nie w procesie stopniowego ubożenia, ale dosłownie w kilka godzin” (Jan Rosner, redaktor pisma „Warszawianka”, rękopis oryginał IH PAN, w „Ludność cywilna w Powstaniu Warszawskim” pod red. Czesława Madajczyka, opracowanie not Władysław Bartoszewski, 1974).
„Z ukrycia wyszli Niemcy, zawracają ciekawych na plac, na jezdnię nie wolno zejść. Obstawili nas dookoła i obserwują z automatami w garści przed sobą. Na ulicy Grójeckiej widać już walki. W rynsztoku leży koń, z tylnej i przedniej łopatki mięso ze skórą wyrżnięte do kości. To, co leży, sczerniało, oblepione przez muchy z daleka czuć. Dalej leży pies, gruby prawie jak koń. Skręciliśmy w prawo w ulicę Kopińską. Przy drugim domu na lewym chodniku leży zabity mężczyzna, w bramie drugi. W sąsiedniej bramie leży chłopiec. Uszliśmy kilkanaście domów, za bramą w podwórzu leży kobieta, obok dziecko, dziewczynka. W głębi podwórza widać jeszcze dwa trupy. Co jest po drugiej stronie od nas, nie widać” (Józef Nalazek, kierowca samochodowy, maszynopis IH PAN, w „Ludność cywilna…”, jw.).
„Spokojny dotychczas ťMonterŤ nagle podnosi głos: – Wykonać rozkaz. Ma pan natychmiast rozpocząć wypad. – Rozkaz panie pułkowniku – odpowiada głucho ťJanuszŤ. Wspinam się znowu za ťChruścielemŤ po czymś, co było kiedyś klatką schodową i stajemy w wypalonym oknie. Przed nami o dwa piętra niżej studnia podwórka. Po lewej wypalone otwory okienne wychodzą na Hale Mirowskie czy może na plac Żelaznej Bramy. Podwórko pod nami zapełnia się powoli młodymi ludźmi. Rozpoznaję grupę dziewcząt. To pewnie patrol minerek, który wysadził dziurę w murze. Nagle dzieje się coś straszliwego. W ten tłum młodych na dole wpada jeden granat, za nim drugi i trzeci, eksplodując na podwórku. Za nimi wybuchają butelki z benzyną przeznaczone na niemieckie czołgi. Słyszę przejmujące krzyki bólu i przerażenia. Przeważnie głosy dziewczęce. Ruszający się kłąb rannych i palących się ludzi. (…) Wybuch granatów w tej ciżbie pokaleczył albo poobrywał nogi. Wynoszą żołnierzy rannych albo popalonych, dziewczęta z poobrywanymi stopami, a na końcu białego jak prześcieradło ťJanuszaŤ. Obie straszliwie krwawiące nogi trzymają się na strzępach ciała. Wpatruje się w pochylonego nad nim ťMonteraŤ: – Rozkaz wykonałem panie pułkowniku” (Jan Nowak-Jeziorański, „Kurier z Warszawy”, 1997).
„…Zabierano mnie także do ładowania amunicji na Dworzec Zachodni, dzięki temu nie mogłem widzieć wszystkich grup doprowadzanych na rozstrzelanie. Po rozstrzelaniu grup mężczyzn z Siekierek widziałem raz, jak doprowadzono grupę pięciu mężczyzn i jednej kobiety. Byli bardzo pobici, sądziliśmy, iż byli to powstańcy. Widziałem też jak inne grupy mężczyzn z ludności cywilnej doprowadzano na rozstrzelanie. Od strony ogródka jordanowskiego wyrzucano ubrania męskie, bieliznę i buty męskie. (…) Razem z ojcem rozpoznaliśmy ubrania Ródzkiego Antoniego, Rzadkiego Józefa jesionkę, Żuławiaka jasny garnitur, kożuch Janowskiego Józefa, wszyscy byli mieszkańcami Siekierek, zostali rozstrzelani w GISZ-u. Kożuch Janowskiego nosiłem, po wojnie rodzina Janowskiego zabrała mi ten kożuch i robiła przykrości (Józef Ratajczak, stolarz, oryginał AGKBZH, w „Ludność cywilna…” jw.).
„Atak na Pocztę Główną rozegrał się pod moimi drzwiami. Początkowo akcja wyglądała dość nikło: grupki cywilów, licho uzbrojonych, ukazują się na rogach Boduena i Przeskok i zaczynają strzelać w stronę placu Napoleona. Jeden z nich ginie w moich oczach, leżąc za słupem ogłoszeniowym i strzelając z kb. (…) W pewnej chwili jedzie towarowa riksza – młody chłopak pędzi Szpitalną, chce skręcić w Przeskok. Suchy strzał, chłopiec rozkłada ręce i zwala się na bruk. Riksza toczy się dalej pusta. Ulica pod silnym obstrzałem. Postrzelony upadł na wznak, krew z niego wypływa, cicho jęczy i usiłuje podnieść głowę. Stoimy bezradni, nikt się nie odważy pójść go ratować. Strach każe mi wmawiać w siebie, że ten biedak na pewno już nie żyje” (Jan Rosner, jw.).
„W nocy koło godziny pierwszej przyszło bardzo wiele już tylko kobiet z dziećmi i starców, którzy uciekli z domów Chłodna 68 i 66. Powstańcy opuszczają barykadę przy rogatkach pod wpływem ataków niemieckich, do których używają jako osłonę ludność cywilną i dzieci. Strzelają do powstańców, oparłszy broń na plecach pędzonych przed sobą ludzi. W ten sposób zginął wtedy dziesięcioletni syn naszych znajomych z ulicy Chłodnej (Władysław Stępień, robotnik, maszynopis Archiwum Biura Hist. CRZZ, w „Ludność cywilna…”, jw.).
„Generał robił wrażenie człowieka pełnego animuszu. Był w dobrym nastroju, zbliżający się koniec powstania najwidoczniej nie zdołał go złamać, a rozmowę rozpoczął od zapowiedzi: – Za kilka dni Warszawa klapnie. Jakby dla zilustrowania tego stwierdzenia klapnął się obu dłońmi po udach. Byłem zaszokowany tą beztroską formą, w jakiej gen. Okulicki zamknął potworną tragedię miasta i kraju” (Jan Nowak-Jeziorański, „Kurier z Warszawy”, jw.).
„Skierowania do szpitala (w obozie w Pruszkowie, przez który przechodziła ludność po kapitulacji Warszawy – przyp. KTT) wydawane były przeważnie na podstawie pobieżnych oględzin… Przypadki defloracji niejednokrotnie ośmio-, dziewięcio-, dziesięcioletnich dziewczynek. Najwięcej tych przypadków było, kiedy nadeszła Ochota, a z nią wszyscy, którzy mieli nieszczęście znaleźć się na tak zwanym Zieleniaku. Przypadków tych było przerażające mnóstwo” (Teresa Borkowska, gospodyni domowa, oryginał IH PAN, w „Ludność cywilna…”, jw.).
I tak dalej.
Takie mniej więcej było Powstanie Warszawskie, które pamiętam.
Jaka szkoda, że nie udało się tego zainscenizować jako ulicznego widowiska w ramach tegorocznych, wyjątkowo pomysłowych obchodów 62. rocznicy Powstania, pod wysokim protektoratem Pana Prezydenta. Albo przynajmniej zrobić z tego komiksu, jaki ktoś narysował już z okazji śmierci Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, poety. To jest przecież świetny materiał, a Powstanie, jak już wreszcie wiemy, było bardzo potrzebne, zwłaszcza młodzieży i ludności cywilnej.

 

Wydanie: 32-33/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy