Życie na niby

Życie na niby

Czas matur sprawia, że chętniej odwołujemy się do własnych wspomnień szkolnych i bojów, jakie toczyliśmy, siedząc nad pustą kartką papieru. Na ogół są to miłe wspomnienia, bo w końcu zdecydowana większość jakoś te matury zdała. Nie znam jednak nikogo, kto by jeszcze raz chciał przeżyć i powtórzyć własną maturę. Ale też nie znam nikogo, kto by chciał następnym pokoleniom oszczędzić tego ogromnego stresu. Jak już się przeszło przez tę próbę, to i kolejni muszą. Nie bez powodu matura nazywana jest egzaminem dojrzałości. Po tych paru dniach niezwykłej presji i wielkiego strachu przed oblaniem egzaminu ze szkoły wychodzi już inny człowiek. Czy dojrzalszy? Z pewnością bogatszy o doświadczenie, że w życiu już łatwo nie będzie. Ale ciągle z głową wypełnioną planami i marzeniami. Tak było, tak jest i tak jeszcze długo będzie.

Tylko co się stanie z tymi marzeniami po latach? Ile zależy od młodego człowieka, a ile od otoczenia, warunków i łutu szczęścia? Ile od kraju, w którym przyszło mu żyć? Czy łatwiej o sukces i osobiste szczęście dziś, czy łatwiej było maturzystom przed 10, 20 czy 30 laty? Nie ma na to pytanie dobrej odpowiedzi. Różnice między absolwentami najbardziej elitarnych szkół średnich w Warszawie, Krakowie, Trójmieście czy Wrocławiu, a tymi, którzy kończą z trudem utrzymujące się małomiasteczkowe licea na ścianie wschodniej, są ogromne. I ciągle rosną. Mamy więcej szkół wyższych niż Chiny i najwięcej w Europie. Tylko co z tego? Bardzo wiele z nich prezentuje żałośnie niski poziom. Naciąga statystykę i pozwala się puszyć przed światem, jak to u nas przybywa studentów. Właścicielom tych niby-uczelni nabija kasę, kadrze daje dodatkowe zarobki, a studentom o niskich umiejętnościach i małych ambicjach dyplomy egzotycznych specjalności. Pracodawcy śmieją się z tych dyplomów w kułak i nie chcą nawet z ich posiadaczami rozmawiać. Ale fikcja uczelniana ma się ciągle nieźle. Tracą przecież tylko rodzice, i to ci biedniejsi, bo dzieci z zamożniejszych domów nie mają problemów z dostaniem się na dobre uczelnie. Pokończyły dobre ogólniaki, miały internet i korepetycje.
Pogłębia się zjawisko dziedziczenia biedy. I łatwo uzyskane, choć na rynku pracy mało wartościowe dyplomy tego nie zmienią. Tym bardziej że wiedza absolwentów tych przyspieszonych, bardzo uproszczonych, a często wręcz fikcyjnych zajęć jest niezwykle niska. Można by cytować odpowiedzi studentów na egzaminach, w które trudno nawet uwierzyć. A jeszcze trudniej uwierzyć, że ich autorzy te szkoły wyższe jednak pokończyli. I są dziś magistrami, a w najgorszym przypadku mają licencjaty. Wszystko zaś dzieje się w majestacie obowiązującego prawa. Widać, jako naród mamy wyjątkową skłonność do fikcji i samooszukiwania się.
Dawno przestaliśmy być wspólnotą. I dziś większości naszych rodaków chodzi wyłącznie o to, by za wszelką cenę ubić własny interesik. Bo tu przecież chodzi nie o wielkie biznesy, wielkie afery i wielkie oszustwa, ale o zwykłe szwindelki i małe interesiki. Każdy, no, może prawie każdy, na miarę posiadanych możliwości coś wykręci i mamy ogólny szary obraz. Pozrywane więzi między ludźmi. Brak solidarności z biedniejszymi i słabszymi. Pozawłaszczane przez grupy interesów instytucje. Jak bezczelni i bezwzględni mogą być reprezentanci polskich elit, pokazuje informacja, że zarządy 20 największych spółek giełdowych mimo spadku zysku firm o 18% zwiększyły w ubiegłym roku swoje zarobki o 13%. Do ludzi o takiej mentalności nie trafią żadne argumenty. Mamy więc niby-uczelnie i, jak piszemy w tym numerze, niby-policję. A niby-rząd nawet nie udaje, że chce coś z tymi problemami zrobić.

Wydanie: 19/2009

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy