Dwie miary

Dwie miary

Polski rząd pyszni się tym, że walczy o demokrację na Białorusi i chce obalić dyktatora Łukaszenkę. Gdy jednak dyktator Łukaszenka twierdzi, że polski rząd chce go obalić, wtedy w Warszawie protestują przeciw takim insynuacjom. W propagandzie nie obowiązuje logika. Przyjmuje się, że gdy dwóch twierdzi to samo, to nie zawsze jest to samo. Wprawdzie chcemy obalić Łukaszenkę, ale on nie ma prawa tak tego nazywać.
W swojej polityce wschodniej polskie rządy przysięgają na wierność poglądom Jerzego Giedroycia. Redaktor „Kultury” wyraźnie ostrzegał przed uruchamianiem na polskim terytorium rozgłośni radiowej w języku białoruskim, mogącej choćby na pozór mieć cele dywersyjne. Giedroyc był to taki człowiek, który miał rację w ogóle, w szczegółach jednakże się mylił. Realna polityka składa się ze szczegółów, więc polskie rządy muszą postępować odwrotnie, niż zalecał Giedroyc, skądinąd ich autorytet.
Polscy politycy od czasu do czasu pozwalają sobie na szczerość i oznajmiają, że Polska jest „dzikim krajem” i „dziadowskim państwem”. Mimo to uważają, że Białoruś powinna brać z Polski przykład, a jeśli – co widać – nie zrobi tego po dobroci, to my razem z Unią Europejską i Ameryką ją do tego przymusimy sankcjami. Zablokowalibyśmy konta Łukaszenki w zachodnich bankach, ale ten przebiegły tyran trzyma swoje pieniądze w banku białoruskim.
Nienawidzą Polaków zachodni Ukraińcy, nie cierpią Litwini – nie mówię, że nie mają powodów – jedynie Białorusini za wschodnią granicą nie są do nas źle usposobieni, ale rządy warszawskie robią, co mogą, żeby to się zmieniło. Chcą tam zrobić „społeczeństwo obywatelskie”, co konkretnie może polegać tylko na tym, że dość bierny politycznie ten naród dostanie się pod wpływy ugrupowań nacjonalistycznych. Białorusini są jedynym narodem, który ma z Polakami wspólnych bohaterów, co, do diabła, powinno coś znaczyć dla naszych „polityków historycznych”.
Nie twierdzę, że zasada suwerenności państw powinna być przestrzegana w sposób bezwzględny, niezależnie od tego, co państwa robią ze swoimi obywatelami. Gotów jestem podpisać apel do ONZ, aby „wspólnota międzynarodowa” wysłała do Korei Północnej wojsko wystarczająco potężne w celu jak najszybszego zmiecenia panującego tam totalitarnego reżimu, ale jakie istnieją powody do naruszania suwerenności Białorusi? Zdarza się tam, że ludzie giną bez wieści, podobnie jak w Polsce, ale nie tak często. Kilka czy kilkanaście dni aresztu za udział w zadymie ulicznej – czy to ma być dowód na panowanie terroru? Dziesięciu kandydatów startuje w wyborach prezydenckich, wygrać może tylko jeden. Jakie są reguły gry – nie ma co kryć, że nieuczciwe – z góry wiadomo. Po ogłoszeniu wyników przegrani negują legalność wyborów. Przystępując do tej gry, przyznali, że wybory są legalne, buntując się przeciw wynikowi, robią coś podobnego do zamachu stanu. Zamach stanu jest legalny wówczas, gdy się udaje. Szturmujący na gmach rządowy, jeśli zostaną odpędzeni, to przez partię opozycyjną będą uznani za prowokatorów tajnej policji, ale gdy gmach zdobędą, stają się w oczach tych samych ludzi bohaterami. Proszę porównać manifestację w Mińsku z tym, co się dzieje w tych dniach w Tunisie i Egipcie, a także z zamieszkami wybuchającymi od czasu do czasu w Berlinie czy Paryżu. Jednym zdaniem, nie widzę wystarczającego powodu, żeby okładać Białoruś jakimiś sankcjami w celu zaprowadzenia tam demokracji na polski wzór, to znaczy „dzikiej” i „dziadowskiej”.
Ciekawy jestem, jaką naukę dla siebie wyciągają polskie władze, z czwartą włącznie, z mieszania się do wyborów na Ukrainie w 2004 r. Przed drugą turą szanse obu kandydatów wydawały się wyrównane, ale fachowy i zasobny sztab „europejskich” doradców Juszczenki ogłaszał sondaże jemu dające znaczną przewagę. Wygrał Janukowycz. Mając podkładkę w manipulowanych sondażach, podniesiono wielki protest przeciw sfałszowaniu wyborów. Było bardzo prawdopodobne, że zwolennicy Janukowycza tu i ówdzie nieco fałszowali, ale nieprawdopodobne, aby więcej niż zwolennicy Juszczenki, tak że te fałszerstwa się znosiły i wynik był w sumie prawidłowy. Wybuchła wtedy sławna pomarańczowa rewolucja, w wyniku której wybory zostały unieważnione, a prezydentem został Juszczenko – w „trzeciej turze”, a więc bezprawnie, bo konstytucja nie przewidywała trzeciej tury. Był to zamach stanu udany, a więc sam przez siebie zalegalizowany. Polacy jak jeden mąż stanęli po stronie pomarańczowej rewolucji, Aleksander Kwaśniewski i nieproszony Lech Wałęsa przypisali sobie wielki wpływ na wybór Juszczenki. Dalej było tak, że zamiast prowadzić politykę wobec państwa ukraińskiego, polskie rządy weszły w strategiczny sojusz z partią pomarańczowych, wszystkie swoje nadzieje wiążąc z prezydentem Juszczenką i z tą Julią, której nazwisko wyleciało mi z pamięci. Teraz czytam w „Gazecie Wyborczej” artykuł Andrzeja M. Eliasza i dowiaduję się, że obecny prezydent Ukrainy nie zalicza Polski ani do strategicznych sojuszników, ani do krajów Unii Europejskiej, z którymi stosunki Ukraina będzie „wypełniać realną treścią” (Niemcy, Francja, Hiszpania, Włochy, Szwecja), ani do tych sąsiadów, z którymi zamierza rozwijać „intensywne stosunki partnerskie”, jak np. z Białorusią. W doktrynie bezpieczeństwa Ukrainy – pisze Andrzej M. Eliasz – „nie jesteśmy przewodnikiem w drodze do NATO, staliśmy się natomiast potencjalnym zagrożeniem”. Piękny rezultat strategicznego sojuszu z partią ukraińskich nacjonalistów. „Janukowycz i wspierająca go Partia Regionów nie zapomniały – cytuję Eliasza – o roli Polski podczas pomarańczowej rewolucji”. Jednakże sprzymierzanie się strategiczne jednego państwa z partią rządzącą w drugim państwie jest błędem, ale nie absurdem. Co pomyśleć o polityce państwa, które zwalcza władze drugiego państwa, a sprzymierza się z opozycją niemającą widoków na rządzenie?
Warszawskie rządy myślą w kategoriach międzynarodówek „demokratycznych”, nie nauczyły się jeszcze myśleć w kategoriach stosunków międzypaństwowych.
Władze Unii Europejskiej zastanawiają się, jakie sankcje zastosować przeciw Białorusi; nie mają takiego kłopotu z Kosowem, na czele którego stoi perfidny bandyta odpowiedzialny za handel organami ludzkimi, wycinanymi z serbskich więźniów, żywych lub zabijanych na części zamienne. Gangsterska Armia Wyzwolenia Kosowa, która popełniała te i inne zbrodnie, stanowi obecnie pod innymi nazwami trzon władzy w niepodległym państwie, które tyleż przez nią, co dla niej zostało utworzone. Niepodległe państwo Kosowo jest najważniejszym rezultatem wojny, jaką Stany Zjednoczone i NATO stoczyły z Serbią. Warto znowu sięgnąć do znakomitej książki profesora Marka Waldenberga „Rozbicie Jugosławii”, do jej drugiego, dwutomowego wydania. Ma ona podtytuł „Jugosłowiańskie lustro międzynarodowej polityki” i pokazuje więcej niż tylko rozpad Jugosławii.
Dopiero teraz, gdy znamy raport Dicka Marty’ego, potrafimy ocenić stopień zakłamania propagandy, jaka na całą Europę spłynęła z mediów podczas bombardowania Serbii i przygotowań do tego bombardowania. Jeden z czołowych publicystów polskich pisał: „To pierwsza wojna XXI wieku. To wojna o poszanowanie praw człowieka, to wojna, gdzie po raz pierwszy prawa człowieka są ważniejsze niż zasada suwerenności”.

Wydanie: 5/2011

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy