Czy warto?

Czy warto?

Bez uprzedzeń

Niejeden z nas w chwilach wolnych od innych trosk zastanawia się, czy iść na wybory i w jakim celu. Partie zwalczają się z wielkim hałasem, ale różnice między nimi dotyczą przeważnie spraw nieważnych dla większości społeczeństwa. Zasadniczo wszystkie one chcą tego samego: jak najwięcej wysokopłatnych stanowisk dla swoich działaczy. Po każdych wyborach następuje dużo zmian personalnych i dużo krzyku z tego powodu. Ale w życiu większości ludzi wszystko pozostaje po staremu. Jeżeli zachodzą realne zmiany, to z powodu takiej lub innej koniunktury gospodarczej, na którą krajowi politycy mają minimalny wpływ.
Po nadchodzących wyborach będzie święto dla partii prawicowych, żałoba dla lewicowych, jeśli zaś chodzi o ludzi pracujących i bezrobotnych, to ich życie będzie takie jak do tej pory i takie, jakie by było, gdyby zwyciężyła lewica. Wybory są rytuałem legalizowania współzawodnictwa partii o najlepsze posady w państwie. Przy pomyślnym zbiegu okoliczności mogą one posłużyć społeczeństwu do wymuszenia pożądanych zmian o głębszym charakterze, jak to się stało niedawno na Ukrainie. W Polsce też jest możliwa „pomarańczowa rewolucja” i za kilka lat można jej się spodziewać albo obawiać.
Rząd prawicowy nie będzie lepszy od rządu Leszka Millera, ale będzie w lepszym położeniu. W roku 2001 dziwiłem się liderom SLD, że bez ociągania się przejmują rządy. Jakie oni posiadali środki, aby móc wprowadzać w życie swoje zamysły? Wszystkie media, prawie całą klasę dziennikarską mieli przeciw sobie. A to jest przecież połowa realnej władzy w państwie demokratycznym. Cokolwiek rząd Millera robił, spotykało się ze zmasowanym atakiem gazet i telewizji, z państwową włącznie. A przecież nie robił nic oryginalnego, nic nadzwyczajnego. Właściwością formacji tzw. postkomunistycznej było i jest naśladowanie poglądów obozu przeciwnego, zwłaszcza głoszonych przez „Gazetę Wyborczą”. Zwalczano zajadle SLD nie za to, co robił w polityce, lecz za to, że jego ludzie (do których zaliczano wszystkich „nie naszych”) zajmowali niektóre wysokopłatne posady. Nazywano to „zawłaszczaniem państwa”. Rząd prawicowy będzie miał media po swojej stronie. Będzie krytykowany uszczypliwie, ale nie tak bezwzględnie i niemal jednogłośnie jak rząd Millera.
W porównaniu do tego, co może obecny rząd, następny będzie miał dużo więcej władzy. I wcale nie potrzebuje innowacji konstytucyjnych. Wystarczy poparcie mediów, życzliwość Kościoła oraz fantazja i pewność siebie liderów prawicy. Każda z partii przygotowujących się do rządzenia po wyborach ma swój sztab przygotowujący program. Ciekawe, że ani liderzy, ani członkowie tych partii szczegółami tych programów się nie interesują, choć diabeł podobno tkwi w szczegółach. I słusznie. Treść tych programów może tylko utrudnić partiom zawarcie koalicji rządowej, skłócić je już na samym początku i wystawić na niebezpieczeństwo przedwczesnych wyborów. Trzeba więc przyjąć do wiadomości, że Platforma, PiS i LPR zredukują swoje programy, o czym już pisano, do programu drugiej dekomunizacji, walki z PRL-em i z tajnymi współpracownikami od piętnastu lat nieistniejącej SB i od pięćdziesięciu lat nieistniejącego UB. Może się to wydawać dziwne, ale – jak pisał Chesterton – nie ma nic dziwniejszego niż fakty. Trzeba tu jeszcze wziąć pod uwagę pewien czynnik z wymiaru nadprzyrodzonego. Gdyby, co nie daj Boże, zmarł papież, w Polsce dopiero zaczęłoby się inferno „antykomunistyczne”! Naród musiałby na jakiś czas wszystko rzucić i żyć rozległym śledztwem wykrywającym udział polskich służb specjalnych w zamachu na papieża w roku 1981. Byłby to najlepszy czas dla prawicy, aby przeprowadzić reprywatyzację i wypłacić w imieniu narodu polskiego te kilkadziesiąt miliardów dolarów, które źli komuniści pozabierali różnym Polakom i cudzoziemcom. Ostrzegam, że jeśli naród polski wyrwie się spod wpływu świętego antykomunizmu, przeprowadzenie tej akcji sprawiedliwości dziejowej może napotkać niejakie wątpliwości, a może nawet czynne przeszkody. Bez antykomunizmu nie ma reprywatyzacji, to jego istotna treść.
Co zrobią partie po objęciu rządów, nie da się wywnioskować z ich programów. Domyślać się można z ich namiętności i obsesji, którymi żyją na co dzień już teraz. Obsesje Platformy, PiS, LPR są dobrze znane, natomiast głosowanie na lewicę jest kupowaniem kota w worku. Nie wiadomo, co w niej tkwi poza chęcią ucieczki z pola obstrzału, według taktyki: każdy ucieka w inną stronę, przynamniej niektórzy się uratują.
Ani lewicowe, ani prawicowe partie nie przejmują się potrzebą polepszania położenia Polski pod względem ekonomicznym i technologicznym. Żadna nie ma obsesji na tym punkcie, że Polska jest najbiedniejszym krajem w Unii Europejskiej. Żadna nie przejmuje się bezrobociem, które w tych rozmiarach już jest klęską i prowadzi do jeszcze większej klęski.
Innowacje ustrojowe, jakie chcą po wyborach wprowadzić partie postsolidarnościowe, można określić mało naukowym, ale ścisłym terminem zamordyzmu. Czy im się uda spełnić te groźby, a jeśli się uda, kto będzie największym beneficjentem tego nowatorstwa, ani one same, ani wyborcy nie mogą z góry wiedzieć. Czy warto zatem iść na wybory?

 

Wydanie: 14/2005

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy