Wieczna szkolna prowizorka

Wieczna szkolna prowizorka

Na wszelkie protesty środowisk nauczycielskich kolejne rządy pozostawały głuche przez 20 lat

Obserwując dyskusję o problemach w szkolnictwie i roszczeniach nauczycieli, warto przypomnieć sobie ciąg zdarzeń, które doprowadziły do obecnej sytuacji. Dwie dekady zmian, a jedyne, co mają szkoły, to obowiązki, przeładowane programy i złe warunki pracy uczniów i nauczycieli: brak wyposażenia i pracowni przedmiotowych oraz niezapewnienie warunków socjalnych.

Dwie dekady to czas reform systemu oświaty opartych jedynie na wymuszaniu na nauczycielach przyjęcia nowego, niekonsultowanego z zainteresowanymi „proreformatorskiego” sposobu myślenia. Sposobu, który miał ukryć rzeczywistą nędzę przygotowanych ofert, jakimi cechowały się wprowadzane reformy. Na wszelkie protesty środowisk nauczycielskich kolejne rządy pozostawały głuche.

Zaczęło się od wprowadzenia gimnazjów. Była to dziwna reforma, bo najmniej o niej wiedzieli sami zainteresowani – nauczyciele i rodzice. Gdy istnienie gimnazjum stało się faktem, okazało się, że to właśnie nauczyciele mają przeprowadzić tę reformę. Istotne braki metodyczne zaczęto zastępować systemem nakazów i gróźb, rysując wizję ewentualnych konsekwencji personalnych skierowanych zarówno pod adresem dyrektorów, jak i nauczycieli. Reformatorzy oczekiwali natychmiastowego wykonania założeń reformy, a przy tym przekonywali nauczycieli o szczęściu, jakie ich spotkało w związku z reformą, która powinna motywować do pracy. W tym celu nasyłali na szkoły „trójki” – osoby „szkolące” rady pedagogiczne, które często obrażały nauczycieli.

Wprowadzana reforma wymusiła na nauczycielach aktywność w sferze, która nie była im znana, i często kolidowała z rzeczywistymi obowiązkami dydaktycznymi. Chodzi tu o tworzenie nowych statutów i regulaminów szkół. Nauczyciele stali się prawnikami rozpatrującymi swoiste kazusy czy psychologami rozwiązującymi, dodajmy – bez właściwego przygotowania, problemy psychologiczne uczniów (brak etatów pedagogów szkolnych). Za te bezwartościowe w sensie edukacyjnym godziny ciężkiej pracy nigdy im nie zapłacono.

To, że w takiej sytuacji gimnazja zaczęły funkcjonować, nie jest zasługą ministerstwa, lecz nauczycieli, którzy w trosce o uczniów i ich przyszłość, mimo medialnej agresji, podjęli wysiłek urealnienia fantazji twórców reformy, wsparli uczniów i pomogli im odnaleźć się w nowej sytuacji. Za ten wysiłek także nie usłyszeli do dzisiaj nawet słowa dziękuję.

Reforma nie tylko nie wprowadziła do szkół nowoczesności i realnej przestrzeni do rozwoju uczniów, ale też – wbrew założeniom jej podstawy programowej – nie zapewniła wsparcia procesu dydaktycznego odpowiednim sprzętem czy stworzeniem pracowni przedmiotowych. Szkoły nie otrzymały żadnych finansowych środków, aby tę sytuację poprawić. To nauczyciele, poświęcając swój czas i środki, wspierali rozwój uczniów. Dzięki takim działaniom reforma gimnazjum się udała. Czy jednak praca nauczycieli ma polegać na doraźnym łataniu wszelkich edukacyjnych dziur? Opierać się na wiecznej prowizorce, na zastępowaniu lekcji laboratoryjnych „gadającą głową” nauczyciela i przekonywaniu uczniów oraz rodziców, że jakoś to będzie?

Reforma wprowadziła również do środowiska nauczycielskiego poczucie nieufności, bezsilności i atmosferę zastraszenia. Do tego spowodowała rozbicie więzi społecznych nauczycieli poprzez obniżanie ich autorytetu. To grzechy tamtych czasów, jednak ten stan cały czas trwa i w obliczu wprowadzania nowej reformy podobnymi metodami nadal utrudnia rozwój szkół.

Należy też pamiętać, że stwarzanie właściwych warunków pracy w szkole jest warunkiem odpowiedniego poziomu procesu nauczania. To nie jest zachcianka współczesnego nauczyciela, absolwenta dobrej uczelni, który ma głowę nabitą ideałami, lecz konieczność wynikająca z potrzeb rozwojowych młodzieży. Jednak ani poprzednia, ani obecna reforma nie poprawiły warunków dydaktycznych w większości szkół. I co gorsza, nie ma też takich planów na najbliższą przyszłość, co w sytuacji nadchodzącego nowego roku szkolnego i kumulacji roczników jest sytuacją kuriozalną.

Wobec szkoły i nauczycieli konsekwentnie uprawia się czarny PR. Ogranicza to i tak już mocno zawężony obszar działań edukacyjnych na rzecz ogólnej roszczeniowości i agresji. Podnosi się argumenty o misyjności zawodu i obowiązkach wobec uczniów, a zapomina o złych warunkach pracy. Zapomina się, że nauczyciele nie mają właściwych pomocy dydaktycznych, że klasy są przeładowane i nie ma szans na indywidualizację pracy.

Płacąc podatki, rodzice mają prawo oczekiwać, że ich dzieci będą się uczyły w dobrej szkole, w dobrych warunkach. Umniejszanie pozycji nauczycieli to także obrażanie rodziców, którzy podejmując wysiłek wychowawczy, mają prawo oczekiwać, że szkoła sprosta ich społecznie uzasadnionym wymaganiom.

Permanentny niedostatek w szkołach traktowany jest przez rządzących jako temat poboczny i marginalny, podobnie jak kwestia niskich wynagrodzeń nauczycieli. A przecież od tego zależy poziom wykształcenia i przygotowania do życia przyszłych obywateli. Sprawa kosztów edukacji traktowana jest przez rządzących jak balast, a powinna być traktowana jak ważna, korzystna lokata. Bo przecież – jak powiedział Staszic – „takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”.

Marta Michalicka-Ipnarska jest nauczycielką fizyki i doktorem nauk społecznych w zakresie pedagogiki UW, ma 20-letni staż pedagogiczny

Wydanie: 23/2019

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy