Popraw się, policjo – spojrzenie od środka

Popraw się, policjo – spojrzenie od środka

Każda zmiana rządu oznacza w Polsce zmianę komendantów i pociąga za sobą prawdziwą demolkę kadr kierowniczych policji do samego dołu

W milicji i policji – niemal po równo – przesłużyłem ponad 27 lat. Z racji swych obowiązków odwiedziłem dziesiątki jednostek w kraju, rozmawiałem z setkami ludzi, wczytywałem się w projekty ustaw i rozporządzeń dotyczących tzw. służb mundurowych. Z własnego życiorysu znam pragmatykę służbową, zasady funkcjonowania jednostek, przełożonych i awansowania funkcjonariuszy.
Policja wśród służb mundurowych odgrywa rolę szczególną. Jest nie tylko największym liczebnie organizmem, lecz również znajduje się najbliżej problemów społeczeństwa, zajmuje się największą liczbą spraw, jest najbliższa szaremu człowiekowi. Budowano ją w ideowej opozycji do Milicji Obywatelskiej, odgrzewając rozdmuchany etos przedwojennej Policji Państwowej. Zarzucając MO udział w tłumieniu rozruchów wolnościowych, przypominając, że była „zbrojnym ramieniem partii”, pomijano – i robi się to nadal – niewygodne fakty z historii policji przedwojennej. A przecież, jeśli tylko dobrze policzyć, ta formacja ma na sumieniu więcej ofiar robotniczych niż milicja.
Powołując w 1990 r. apolityczną z urzędu strukturę policyjną, jednocześnie zrobiono wszystko, aby związać ją z jedynie słusznym mitem demokratycznej „Solidarności”. W rezultacie kolejne, zmieniające się nadzwyczaj często kierownictwa policji stały się wyjątkowo wyczulone

na kierunek politycznego wiatru

i bardzo szybko zaczęły przystosowywać się, a nawet uczestniczyć w dekompozycji obozu solidarnościowego. Dlatego każda zmiana rządu oznacza w Polsce zmianę komendantów i pociąga za sobą prawdziwą demolkę kadr kierowniczych do samego dołu.
Ten ruch kadrowy jest – jak sądzę – największym problemem, z jakim borykają się służby mundurowe. Większym niż ciągle niedostateczny napływ środków na modernizację i – co najczęściej podkreślają związkowcy policyjni – niskie uposażenia. Każda zmiana oznacza bowiem trzęsienie ziemi. Każdy nowy komendant usiłuje wykazać się przed swoimi politycznymi przełożonymi gorliwą realizacją ich nie zawsze przemyślanych pomysłów, dodając też nowinki od siebie (np. obsadzanie stanowisk dyrektorskich w centrali przez młodziaków, którzy z reguły nie powąchali policyjnego „prochu”). W rezultacie policja rezygnuje z dzielnicowych, aby przywrócić ich w atmosferze kolejnego odkrycia, dokonanego w dodatku dzięki gruntownej analizie pracy policji zagranicznych, likwiduje albo przywraca posterunki. To ciągłe odkrywanie Ameryki jest cechą charakterystyczną dla struktur mundurowych. Podobnie, co spostrzegłem już bardzo dawno, jeszcze za „tamtej” Polski, jak nasilający się

zanik odwagi cywilnej

wśród chyba większości przełożonych.
Prowadzone sporo lat temu przez Wyższą Szkołę Policji w Szczytnie, ale wciąż aktualne badania wykazały ponadto, że atmosfera pracy w jednostkach uzależniona jest od ich usytuowania. Najlepsza na samym dole, na szczeblu posterunku i komisariatu, najgorsza w centrali i komendach wojewódzkich. Walka o stołki stała się w policji bezwzględna i odbywa się nieraz kosztem wykonywanych zadań. Obawiam się, że dla niektórych karierowiczów, a jest ich teraz dostatek, niepowodzenie sąsiedniej jednostki lub kolegi z innego wydziału to nie nieszczęście, lecz powód do radości. Dobro wspólne zamieniane jest bowiem często na sukces osobisty. Odczuwa się też zamknięcie korpusów osobowych, narastanie dystansu między oficerami a aspirantami i podoficerami. Dziś, w porównaniu z milicją, gdzie awans w stopniu, pionie służbowym lub na stanowisku był czymś normalnym, a nawet pożądanym, jest bardzo trudno o awanse, jeżeli miało się nieszczęście (niezależnie od cywilnego wykształcenia!) zakotwiczyć na niskim etacie wykonawczym i nie umie się odpowiednio oswoić przełożonych.
Zawód policjanta jest zawodem szczególnym, służbą dla społeczeństwa, poszczególnych osób i wreszcie struktur państwa. Mówi się o tym dużo, ale z roku na rok zmniejsza się liczba kandydatów na gliny, którzy kierują się w wyborze zawodu takimi przesłankami. Dziś nagłe zwiększenie zainteresowania służbą w wojsku, w policji i w innych służbach mundurowych wynika najczęściej z pobudek komercyjnych – to posady państwowe, w których

nie grozi bezrobocie.

To prawda, że w PRL nie publikowano danych o stanie dyscypliny i przestępczości wśród żołnierzy i milicjantów. Ale prawdą jest również, że wydarzeń nadzwyczajnych było mniej niż obecnie, zresztą MO nawet u szczytu swojego rozwoju była formacją mniejszą liczebnie niż policja. Niepokoi jednak szczególnie wzrost liczby przestępstw, i to nie tylko najdrobniejszych, dokonywanych przez policjantów na ulicy, ale poważnych, korupcyjnych, a także świadczących o sprzedajności funkcjonariuszy na wyższych stanowiskach. Prof. Andrzej Rzepliński powiedział kiedyś podczas narady w KGP, że największym nieszczęściem policji jako formacji są nie łapówki w ruchu drogowym czy też liczba wypadków spowodowanych przez nietrzeźwych policjantów, ale przypadki współpracy z przestępcami oraz zjawiska korupcyjne.
Byłoby niedobrze, gdyby miały się sprawdzić słowa doświadczonego gliny, który na pytanie, jaka jest główna różnica między milicją a policją, odpowiedział: w milicji się więcej piło, a w policji się więcej kradnie.

Autor jest emerytowanym oficerem policji, długoletnim dziennikarzem prasy mundurowej, ostatnio był zastępcą redaktora naczelnego w „Związkowym Przeglądzie Policyjnym”, piśmie NSZZ Policjantów

Wydanie: 21/2009

Kategorie: Opinie
Tagi: Marcel Tabor

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy