Prywatyzują historię Polski

Prywatyzują historię Polski

W żałosnej próbie narzucenia „nowej polityki historycznej” usiłuje się dziś napisać historię Polski, w której nie ma ani chłopskiej wsi, ani robotniczego miasta Polska ma olbrzymie problemy społeczne. Rotacyjna emigracja za chlebem objęła kilka milionów młodych ludzi, dynamicznych i wykształconych, lecz przez nowe elity uznanych za zbędnych. Szacuje się, że ostatnio przebywa na niej 2 mln ludzi. Fakt ten zapobiega gwałtownym protestom, lecz nie rozwiązuje żadnego z problemów, od których zależy przyszłość 40 mln ludzi. Mamy zbiedniały kraj z robotnikami zdezorganizowanymi zawodowo i politycznie. Chłopi są niepewni swej przyszłości. Inteligencja nie umie otrząsnąć się z szoku wywołanego jej marginalizacją. Jest niepotrzebna do żadnej roli poza rzemieślniczym wykonywaniem zawodów: nauczyciela, urzędnika, dziennikarza. W tej ostatniej grupie dyspozycyjni osobnicy, sami siebie nazywający „dziennikarzami śledczymi”, są tylko heroldami odczytującymi w miejscach publicznych i przy łomocie bębnów ogłoszenia wójta. Bez otwartej analizy doświadczeń inteligencji polskiej z półwiecza 1939-1989 młode pokolenie ugrzęźnie w poczuciu beznadziei. Mamy spory, których wiele prowadzą pogrobowcy endecji z pogrobowcami sanacji, zwolennicy liberalizmu z socjalistami, a absolwenci gimnazjalnych seminariów duchownych „zwyciężają” wielkich filozofów epoki oświecenia. Autentyczne problemy Polski i Polaków pozostają poza głównym nurtem życia umysłowego. Nie to jest ważne, jak ludzie żyją, lecz jak się rodzili. Pozbawia się znaczenia powojenną odbudowę kraju oraz wykształcenie 8,5 mln ludzi na poziomie średnim i wyższym. Za ważne uznaje się donosy, do których wyboru piszą wstępy amatorzy historii, otrzymując tytuły doktora lub nawet doktora habilitowanego. Trwa bezprecedensowy atak na pamięć historyczną i doświadczenie ludzi. Świetnie uchwycił istotę tej sytuacji Kazimierz Barcikowski, pisząc: „Bardzo trudno mieć mądre poglądy w głupiej sytuacji”. Szansę obrony przed skutkami „nowej polityki historycznej” daje znajomość nie tylko politycznej działalności ludzi pokolenia Barcikowskiego, lecz przede wszystkim znajomość jego myśli. Kazimierz Barcikowski, umysł otwarty, chłonny i przenikliwy, pióro miał świetne. Pisał jednak niewiele. Nie posługiwał się protezami fabrykowanymi dla polityków przez wyrobników pióra, których w PRL było dużo, a w RP jest bardzo dużo. W pojmowaniu roli polityka był dzieckiem środowiska rodzinnego i społecznego. Polityka była dla niego pracą, równie wymagającą i szlachetną jak praca ojca. Budził tym szacunek. Peter Reina, autor biografii abp. Bronisława Dąbrowskiego, nazwał w niej rolę Barcikowskiego w rozwiązywaniu stosunków państwo-Kościół „aktem Opatrzności Bożej”. Za pióro chwycił wtedy, gdy zrozumiał, że doświadczenia naszego pokolenia mają znaczenie i wymagają trwałego zapamiętania, zwłaszcza prawda, że „na dłuższą metę nie do utrzymania jest naiwna wiara, że co nasze, to święte, a co inne, to diabelskie”. Bronił ukształtowanej przez szkołę wrażliwości na znaczenie państwa, wyniesionego z domu poczucia odpowiedzialności za ziemię. Dom wdrożył go do myślenia, że „wszelka praca, każdy obowiązek musi być szanowany i wykonywany zgodnie z sumieniem”. Tym, co robił i jak myślał, Kazimierz Barcikowski uwrażliwiał inteligencję wywodzącą się z rodzin robotniczych i chłopskich na fakt, iż bez podjęcia wielkiej kwestii treści i stylu kultury narodowej, bez upomnienia się o wartości, jakie wniosła do niej wieś, marzenia inteligencji pozostaną bezpłodne. W żałosnej próbie narzucenia „nowej polityki historycznej” usiłuje się dziś napisać historię Polski, w której nie ma ani chłopskiej wsi, ani robotniczego miasta. Są nieźle prosperujący patrioci oraz zagrażający im wrogowie. Tak dokonuje się „prywatyzacji” historii ojczystego kraju. Z bogatej twórczości publicystycznej Kazimierza Barcikowskiego wspomnę jeszcze jeden gorący problem. Jest nim kwestia antysemityzmu, rzekomo wrodzonego, polskiej wsi. Barcikowski omawia ją w swoich wspomnieniach w rozdziale „Żydzi na wsi”. Materii do refleksji dostarczyły mu własne obserwacje i przeżycia. Żydzi na wsi byli sąsiadami, na ogół bardzo biednymi. Była wzajemna odmienność, nie było miejsca na zawiść czy nienawiść. Pisze: „Były granice, których ani Żydzi, ani Polacy nie przekraczali, obie strony pilnowały swej odrębności narodowej i religijnej (…) dawno zostało rozstrzygnięte, że świńmi handlują Polacy, a gęsiami Żydzi. Wiadomo było, że kowalstwo, rymarstwo czy ciesiołka to zajęcia polskie, natomiast krawcami czy czapnikami byli Żydzi. Ten podział ról ułatwiał współżycie i nikt rozsądny nie mógł wyobrazić sobie, że dojdzie do walki wręcz (…) po jednej i po drugiej stronie znajdowali się ludzie mądrzejsi

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 15/2008, 2008

Kategorie: Opinie