Jaka Europa?

Jaka Europa?

Na początek pytanie naiwne, ale chyba warto je zadać: co to jest Europa, której nazwa pochodzi z greckiej mitologii? No więc Europa to zachodnia część ogromnego kontynentu – Eurazji (nie mylić z eurolandem). Za wschodnią granicę Europy uważa się Ural, a sam nasz półkontynent dzieli się na Europę Zachodnią, Środkową i Wschodnią. Do zachodniej zalicza się też przyległą wyspę – Anglię.
Europie Zachodniej i Środkowej ludzkość zawdzięcza najistotniejsze odkrycia i wynalazki, determinujące współczesną cywilizację: od rewolucji kopernikańskiej po odkrycie atomu i genu, od druku i broni palnej po internet i bombę jądrową (jej twórcami byli Europejczycy i Amerykanie). Dlaczego właśnie Europie przypadła tak ważna rola w dziejach gatunku homo sapiens? Oto jest pytanie na miarę „być albo nie być”. Jeśli się nie mylę, pytania takiego nie postawiono, może dlatego, że udzielenie na nie odpowiedzi byłoby wyjątkowo trudne, bo na tę wyjątkowość złożyło się chyba wiele różnych i niekiedy sprzecznych czynników, np. chrześcijaństwo z różnymi jego odmianami, ale też niemało okropieństw: to narody Europy kolonizowały i wyzyskiwały inne części świata i wywołały dwie wojny światowe.
Jak się zdaje, sprzeczność między etyką chrześcijańską i nakazem miłości nie tylko bliźnich, ale i nieprzyjaciół a drapieżną żądzą posiadania stanowi zasadniczy problem, z jakim musimy się uporać w czasach, gdy za sprawą broni jądrowej ludzkość może popełnić samobójstwo, które przeżyłyby ponoć tylko karaluchy. Jeśli nie chcesz naszej zguby, przed tą opcją strzeż nas, luby!
A mówiąc serio – przed taką katastrofą mogłaby, jak sądzę, ustrzec świat właśnie zjednoczona Europa – Unia Europejska. Tylko jaka? Moim zdaniem, może mylnym, Unia powinna być konfederacją różnorodnych państw realizujących wspólnie „trzecią drogę”.
Dlaczego konfederacja, nie zaś federacja, o której coraz głośniej? Przemawia za tym argument historyczny. Federacje okazywały się trwałe, gdy w ich skład wchodziły grupy mówiące tym samym językiem ojczystym, jak w przypadku Niemiec, federacji landów, czy narzuconym, jak w USA, federacji stanów. Tu należałoby przeanalizować, dlaczego imigranci z różnych krajów tak łatwo dali się wynarodowić przez WASP-ów (White Anglo-Saxon Protestant – biały anglosaski protestant), ale to temat na inną bajkę.
Pewnym wzorcem dla konfederacji europejskiej może być konfederacyjna Republika Szwajcarska, w której zgodnie współżyją różnojęzyczne kantony. A to język stanowi jedno z najważniejszych spoiw łączących wspólnoty kulturowe, jakimi są narody. Pozytywny stosunek emocjonalny do pewnych walorów rodzimej kultury, czyli zdrowy patriotyzm, nie ma nic wspólnego z patologią nacjonalistyczną. Zresztą nie wiadomo, czy nasilanie się nacjonalizmu – nie tylko w Polsce – wiąże się wyłącznie z kryzysem czy też z pewną tendencją UE do kulturowej „urawniłowki”.
Sposobem na zażegnanie kryzysu gospodarczego byłaby, jak sądzę, „trzecia droga”, za którą opowiadał się m.in. tak wybitny przedstawiciel lewicy jak Karol Modzelewski. Przegrana, o której przejmująco mówił ostatnio Lech Wałęsa, polega prawdopodobnie na tym, że po 1989 r. poszliśmy – wbrew nadziejom większości społeczeństwa – nie „trzecią drogą”, tylko szlakiem radykalnego liberalizmu ekonomicznego, który w USA doprowadził do globalnego kryzysu.
„Trzecia droga” to, jak pamiętamy – albo raczej nie pamiętamy – współdziałanie gospodarki wolnorynkowej z umiarkowanym etatyzmem, czyli rozsądną kontrolą państwa, to znaczy władz sprawowanych przez ludzi wrażliwych na dobro wspólne.
Czy nasze społeczeństwo obciążone tyloma kompleksami dojrzało do wyłonienia takich władz? Cóż, nad Wisłą zdarzają się cuda, więc może i tego się doczekamy…

Wydanie: 15/2013

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy