Od van Gogha do “Wielkiego Brata”

Od van Gogha do “Wielkiego Brata”

LIBERUM VETO

Jednym z najciekawszych wydarzeń paraartystycznych, z jakimi mieliśmy ostatnio do czynienia, jest zaprezentowana w Centrum Sztuki Współczesnej (Zamek Ujazdowski w Warszawie) wystawa najbardziej lubianych i najbardziej nie lubianych. Ta impreza, którą zawdzięczamy dwu światowcom z Rosji rodem, aż się prosi o komentarz psychosocjologiczny albo i psychoanalityczny, którego nie znalazłam na łamach prasy opiniotwórczej. Chciałabym więc przedstawić parę uwag, jakie nasuwają się osobie wychowanej w kulcie “wielkiej” sztuki z dala od kiczu, a za to “na łonie przyrody” (dom mego dzieciństwa znajdował się na obrzeżu lasu, z rozległym widokiem na pola “malowane zbożem rozmaitym”).
Jak wynika z wystawy, mieszkańcy różnych krajów, w tym tak dziś wpływowych Stanów Zjednoczonych, chcą oglądać pejzaże, na których dominuje błękit nieba i zieleń drzew. Wyjątek stanowią Holendrzy, których ulubiony obraz ma już charakter na poły abstrakcyjny: są to rozmazane smugi czerwono-żółto-zielone, z nikłą ciemnoniebieską.
“Ulubione obrazy”, wyselekcjonowane ponoć za pomocą obecnych technik badania opinii publicznej, to ewidentne kicze, różne odmiany “jelenia na rykowisku”. Wynika z nich jednak, że zwykli, “szarzy” ludzie tęsknią za wizerunkami przyrody, od której odwrócili się awangardowi plastycy, hołdujący zgeometryzowanej abstrakcji. Oni to są najbliżsi Holendrom, mieszkańcom kraju, który ongiś wydał takich mistrzów jak Rembrandt i Vermeer, tak znakomitych pejzażystów jak Ruysdael i Habbema. Do szkoły holenderskiej zalicza się także van Gogha. Illo tempore widziałam w Paryżu wielką wystawę tego malarza, po której wszystko inne wydawało się mdłe i bez wyrazu. Wiadomo, jak tragiczną postacią był Vincent van Gogh – jego krajobrazy tchną rozpaczliwym niepokojem. Poprzez tę twórczość Holandia jak gdyby żegnała się z przyrodą.
Dlaczego tak się stało? Nie wiem, złożyło się na to zapewne wiele przyczyn, którymi warto by się bliżej zainteresować. Faktem jest, że to społeczeństwo, przodujące cywilizacyjnie w kulturze, ma chyba niewiele do powiedzenia. Natomiast właśnie w Holandii zrodził się pomysł imprezy zwanej “Big Brother”, która rychło odniosła oszałamiający sukces, także w Polsce.
Zaznaczę od razu, że nie oglądam niewolników “Wielkiego Brata”. Ściśle mówiąc, parę razy próbowałam obejrzeć to widowisko, ale wydało mi się tak śmiertelnie nudne, że po paru minutach miałam dosyć.
Wbrew nazwie “reality show“ “Wielki Brat” ma niewiele wspólnego z reality, to znaczy z rzeczywistością, a jako show jest wyjątkowo niewydarzony, bo uczestnicy to kabotyniący się amatorzy bez talentu. Przepraszam bardzo, ale tak to widzę.
Niezależnie od aspektów moralnych (wyprzedaż prywatności w zamian za wątpliwą sławę oraz widoki na “szmal”) spektakl ten dowodzi – jak mi się zdaje – dotkliwego kryzysu wyobraźni, grożącego społeczeństwom oderwanym od przyrody i negującym jej prawa.
Na wystawie obrazów lubianych i nie lubianych przedstawiono też wyniki badań przeprowadzonych przez Demoskop, a dotyczących naszego, polskiego stosunku do sztuki. Pytano m.in., czy wolimy sztukę tradycyjną, czy nowoczesną. Nieznaczna mniejszość odpowiedziała, że obie. Należę chyba do tej mniejszości, wszelako z pewnym zastrzeżeniem.
Otóż znakomity XX-wieczny historyk i teoretyk sztuki, Erwin Panowsky, twierdził, że obecnie funkcjonują trzy żywe dziedziny plastyki: karykatura, plakat i kino. Tej nietypowej opinii na ogół nie podzielają profesjonalni krytycy, ale mnie wydaje się ze wszech miar słuszna. Karykatura i sztuka plakatu święcą oczywiste triumfy, a najwybitniejsze dzieła wielkich twórców kina od Kurosawy po Jerzego Kawalerowicza, Stanisława Różewicza i Andrzeja Wajdę zachwycają urodą plastyczną, zwłaszcza ukazywaniem przyrody.
Dlaczego tylu ludzi ekscytuje się perypetiami niewolników “Wielkiego Brata”? Czy aby nie jest to rezultat komercjalizacji masowych środków przekazu, wręcz wymuszających na odbiorcach bierność, gnuśność i pogoń za lichą sensacją? Czy ta sytuacja nie jest wyzwaniem dla twórców, którzy jeszcze zachowali wyobraźnię, a także dla prasy, rozpisującej się z lubością o “Wielkim Bracie”, zamiast popularyzować tych, którzy na to zasługują. Jak choćby znakomita rysowniczka Małgorzata Tabaka, która mieszkając na “zapadłej prowincji”, zdobywa sukcesy międzynarodowe. A kto wie o niej coś bliższego?

Wydanie: 23/2001

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy