Historia przyznaje rację zbuntowanym

Historia przyznaje rację zbuntowanym

Lewica w wielu geopolitycznych i gospodarczych sporach miała rację. Ale dziś albo tego się wypiera, albo o tym zapomniała

W zbiorach amerykańskiego muzeum Smithsonian, jednej z najbardziej imponujących kolekcji dzieł kultury i artefaktów historii, moją uwagę zwrócił kiedyś komplet robotniczych plakatów. Nie z XIX w. albo czasów bojowniczej działalności związkowej przełomu stuleci czy lat 60. Były współczesne, miały zaledwie 20 lat. „Praca tu, nie tam!”, „Stop wyzyskowi dzieci!”, „Nie dla uprzywilejowania Chin!”, krzyczały plakaty i transparenty, zarówno wykonane własnoręcznie, jak i sygnowane przez związki zawodowe. Protestowali kierowcy, szwaczki, pracownicy przemysłu ciężkiego i wielu innych branż, choć przede wszystkim tych, które mogły najwięcej stracić. Mimo tego buntu demokratyczna administracja Billa Clintona parła naprzód z projektami włączenia Chin w światową gospodarkę.

20 lat po tamtych protestach badacze kilku wyśmienitych uniwersytetów – MIT, Harvardu i Uniwersytetu w Zurychu – potwierdzili słuszność obaw robotników. Swoje spostrzeżenia opublikowali w okrągłą rocznicę przyjęcia Chin do WTO – jesienią 2021 r. Według ich opracowań gospodarka i społeczeństwo USA generalnie zyskały na globalizacji. Decyzja ta pozytywnie odbiła się też na amerykańskim PKB, pisali. Ale utrata miejsc pracy, przeniesionych do Chin, pogłębiła kryzys całych postprzemysłowych regionów i pogorszyła perspektywy całego pokolenia ich mieszkańców. Rodziny zaczęły częściej się rozpadać, zaostrzył się problem uzależnień, a zmalały szanse na uzyskanie dobrego wykształcenia. Badacze pisali, że pomysły i programy pomocy robotnikom „miały niezauważalny skutek”. Nieprzypadkowo tak wielu wyborców odwróciło się w tych miejscach od Partii Demokratycznej i w 2016 r. poparło Donalda Trumpa.

Wtedy jednak mało kto – poza archiwistami z muzeów i garstką komentatorów – to pamiętał. Jeden z liberalnych magazynów przyznał w końcu rację protestującym, ale o kilkanaście lat za późno. „Protestujących poniżano, wyśmiewano i odmawiano im racji – która, jak się okazuje, była po ich stronie”.

Jak Saddam i Osama

Dlaczego o tym przypominam? Bo w XXI w. w kluczowych sprawach dotyczących handlu, geopolityki i bezpieczeństwa międzynarodowego to wyśmiewani i marginalizowani lewicowcy, związkowcy i alterglobaliści mieli często rację. Dziś jednak dyscyplinowana przez główny nurt debaty lewica na wyścigi odcina się od swojej tradycji i poglądów (pacyfistycznych, przeciwnych amerykańskim interwencjom, antyimperialistycznych – nazwy są drugorzędne, wiadomo, o co chodzi). Jak się okazuje, łatwo przy okazji wyrzucić na śmietnik historii nie tylko stanowiska rzeczywiście głupie, ale także całą tę długą tradycję. To fascynujący i przerażający odwrót od pryncypiów. Ale zarazem pewna powtórka z wcale nieodległej historii.

Gdy w 2001 r. pisarka Susan Sontag stwierdziła, że zamachy z 11 września są również wynikiem nienawiści do Ameryki wywołanej postępowaniem samej Ameryki – wyklęto ją, obrażano, domagano się wycofania jej tekstu, przeprosin. Posądzano ją o zdradę i życzono najgorszego. Był to czas przed masowym internetem, więc nikt nie mógł zorganizować takiej wściekłej kampanii anonimowej nienawiści, jakie dzisiaj spotykają autorów niepopularnych opinii. Ale do gazety pisano setki listów. Pisma i magazyny, które wcześniej same publikowały Susan Sontag, zaczęły ją porównywać na łamach do Saddama Husajna i Osamy bin Ladena. Jeszcze gorzej niż Sontag potraktowano członkinię Izby Reprezentantów z Kalifornii, Barbarę Lee, gdy jako jedyna odmówiła głosowania za przyznaniem George’owi Bushowi uprawnień do prowadzenia wojny bez granic. Kongres USA musiał przyznać jej natychmiast ochroniarzy, tyle gróźb śmierci i tortur dostawała od własnych wyborców.

Historia pokazała, że nie tylko Sontag i Lee – w przeciwieństwie do Busha i Cheneya – miały rację. Rację mieli też wszyscy kolejni krytycy „wojny z terrorem” wznieconej przez republikańską administrację. Także w Polsce garstka krytyków amerykańskich interwencji – Kuroń, Domosławski, młody Zandberg – była zakrzykiwana. Nawet jeśli kontekstem tamtych głosów były olbrzymie protesty antywojenne na całym świecie.

Anty-Bush i anty-Putin

Protest przeciwko „wojnie z terrorem” był słuszny jednak nie tylko w sprawie Iraku – to stosunkowo łatwy przykład – ale i jego kontynuacji. Ci sami krytycy wojny ostrzegali, że obalanie kolejnych dyktatur – czy to będzie Irak, czy Afganistan, czy Syria – połączone ze wspieraniem uzbrojonych ugrupowań islamistycznych i bojówek doprowadzi do destabilizacji całego regionu. Lewica miała również słuszność, gdy potępiała nieskuteczny i hańbiący program tortur, bezsens militarnego zaangażowania NATO w Libii, naiwne i niebezpieczne złudzenia związane z arabską wiosną oraz nadawanie nieograniczonych uprawnień szpiegowskich i tworzenie przepotężnych technologicznych narzędzi kontroli obywateli. W każdej z tamtych spraw dzisiejsi mądrale, przypominający, że „trafnie przewidzieli” rosyjskie zagrożenie, mylili się boleśnie i krwawo. Cenę złudzeń choćby w Afganistanie przypomniały całkiem niedawno sceny z kabulskiego lotniska, ale lista koszmarnych pomyłek jastrzębi jest oczywiście dłuższa.

W sprawie masowego szpiegowania lewicowe głosy próbowały ostrzegać, że każdy instrument służący podobnym celom prędzej czy później trafi w niepowołane ręce. Doskonale widzieliśmy to niedawno na przykładzie Pegasusa w Polsce. Organizacje i aktywiści, którzy ostrzegali przed podobnymi rozwiązaniami od przynajmniej 2011 r., mają powody do gorzkiej satysfakcji, choć przez lata nazywano ich wrogami Zachodu i sojusznikami Putina, szczególnie od kiedy uchodźcą-zakładnikiem w Rosji został Edward Snowden.

A choć mało kto o tym teraz pamięta, antywojenna lewica krytykowała w XXI w. nie tylko imperialistyczne zapędy Busha i Blaira… ale też ich zbliżenie z Putinem. Ci bowiem politycy – obok oczywiście kanclerza Niemiec Gerharda Schrödera – oprócz tego, że parli do wojny z Irakiem, przyjmowali z honorami rosyjskiego przywódcę. To za czasów Blaira w Wielkiej Brytanii Władimir Putin wygłaszał z uniwersyteckich katedr wykłady o tym, że jeszcze Rosja i Europa będą razem. Wtedy z różnych, uzasadnionych i nieuzasadnionych powodów ufano, że jest to dobra strategia. Okazało się, że nie. A liderzy Zachodu mylili się i co do Bliskiego Wschodu, i co do wschodniej Europy. Dzisiejsze połajanki tegoż Blaira czy Condoleezzy Rice za ich zdaniem „zbyt łagodne” podejście do Rosji należy zbyć śmiechem lub wzruszeniem ramion. To oni byli architektami najgorszej z możliwych polityk, a rozkrzyczana młodociana lewica, która w Wielkiej Brytanii próbowała w swoim czasie zakłócać wizyty i Putina, i Busha, miała – jak się okazuje – rację w obydwu przypadkach.

Szantaż zawsze skuteczny

Czy miała zatem rację w sprawie Ukrainy? Na pewno na Zachodzie nie brakuje „jednookich antyimperialistów”, którzy nie zauważyliby rosyjskiej przemocy, nawet gdyby rosyjski czołg najechał im na stopę. Ale – jak przypominałem w PRZEGLĄDZIE trzy tygodnie temu – młoda lewica w naszym kraju nie ma i nigdy nie miała podobnego problemu. Wielbicieli państwa stworzonego przez Putina – z jego nacjonalizmem, homofobią i agresywną wojenną propagandą w mediach – trzeba było w Polsce szukać raczej po stronie wyborców Konfederacji i Janusza Korwin-Mikkego. Nie wiedzieć czemu jednak lewica – ta parlamentarna i ta medialna oraz aktywistyczna – wyrzekła się swoich poglądów dużo szybciej niż skrajna, proputinowska prawica.

Choć to ta druga ma za co przepraszać. A jednak dzisiaj to Włodzimierz Czarzasty przekonuje, że jest „zwolennikiem twardego podejścia wobec Rosji”, Adrian Zandberg krzyczy zaś o konieczności nałożenia jak najsroższych sankcji, blokad i kar na rosyjskie społeczeństwo. Nie widzą oni – tak jak nie widzieli tego przerażeni terroryzmem Amerykanie – że tylko pomagają zacementować poparcie dla urzędującej władzy. Tej samej, która wykorzysta nowe uprawnienia i moralny mandat, by ich – lewicę – jako pierwszych zdmuchnąć z planszy. Jarosław Kaczyński już zapowiada, że każdy, kto nie zagłosuje za projektem zmiany konstytucji, jest poplecznikiem Putina i morderców dzieci.

Podobnie jak zaszantażowana terroryzmem lewica w USA w 2001 r. gotowa była dać Bushowi wszystko, czego chciał, dziś polska lewica głosuje za Ustawą o obronie ojczyzny Jarosława Kaczyńskiego i ani jeden poseł nie jest gotów się wyłamać. Wtedy ktokolwiek bał się powiedzieć, że wojna z terroryzmem może bezpowrotnie zmienić na gorsze także „wolny świat”, teraz nikt nie odważy się powiedzieć, że to samo może z nim zrobić walka z putinizmem – niezależnie od słuszności obydwu celów. I tak jak wtedy każdy głos odrębny jest i będzie uciszany.

Fot. Shutterstock

Wydanie: 16/2022

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy