Tag "Chiny"
Liga Mistrzów internetu
Amazon, Alibaba i rosyjskie giganty handlu elektronicznego – władza nad ekranem smarfona
Handlem internetowym władają dziś imperia, które kontrolują magazyny, dane, płatności i codzienne decyzje miliardów ludzi. Na trzech kontynentach ukształtowały się trzy modele tej władzy: amerykański totalny operator, chiński ekosystem sieciowy i rosyjski duopol zbudowany na gęstej logistyce oraz żelaznej dyscyplinie. Ich historie to opowieść o bogactwie, przemocy i cenie, jaką płaci się za panowanie nad ekranem smartfona.
Model Bezosa
Historia Amazona zaczęła się w garażu w Bellevue pod Seattle. Były bankier z Wall Street Jeff Bezos w 1994 r. uznał, że internet zrewolucjonizuje handel, i zaczął sprzedawać w sieci… książki. Bo pierwotnie Amazon był księgarnią. Trzy dekady później stał się machiną, która w 2024 r. wygenerowała 637,96 mld dol. przychodów i 59,25 mld dol. zysku netto. Dziś to korporacja, której skala przychodów przewyższa PKB wielu gospodarek europejskich.
Jeff Bezos stworzył model, w którym handel, logistyka, chmura obliczeniowa, kanał streamingowy Amazon Prime, a nawet technologie kosmiczne, takie jak Projekt Kuiper (Amazon Leo) – czyli budowa konstelacji satelitów zapewniających dostęp do szerokopasmowego internetu – tworzą zintegrowaną całość. Bezos jest też właścicielem i twórcą prywatnej spółki Blue Origin, która rozwija technologie budowy rakiet, lądowników i wszystkiego, co jest związane z usługami kosmicznymi. Pod tym względem właściciel Amazona rywalizuje z Elonem Muskiem. Jednak to jest margines jego działalności. Tym, nad czym dziś koncentruje się amerykańska spółka, jest utrzymanie dominacji w dziedzinie logistyki. Koncern ma pełną kontrolę nad łańcuchem dostaw — od przyjęcia towaru po dostarczenie go do klienta. Pozwala to na realizację zamówień w jeden dzień – nawet jeśli dostawy odbywają się pomiędzy różnymi kontynentami.
Nikt dotychczas nie zbudował porównywalnej sieci magazynów, sortowni i floty w tak wielu państwach jednocześnie. Automatyzacja, robotyka i sztuczna inteligencja nie są w Amazonie ozdobą prezentacji inwestorskich, lecz kręgosłupem firmy, od którego zależy jej przyszłość.
Pytanie brzmi: jak długo politycy, pracownicy i sprzedawcy będą gotowi płacić cenę wyznaczoną przez Bezosa? Zwłaszcza że osoby zatrudnione w magazynach koncernu w Europie i Stanach Zjednoczonych od lat skarżą się na tempo pracy, które nie zna ani litości, ani wolnych dni – stąd legenda firmy, która działa bez wytchnienia. Jeff Bezos zbudował kult efektywności, w którym każda sekunda między kliknięciem a dostawą jest mierzona, optymalizowana i przeliczana na dolary. Ta obsesja uczyniła z Amazona wzorzec, którego na razie nikt nie dogonił.
Alibaba – smok z Hangzhou
Jeśli Amazon jest maszyną, to Alibaba Group jest archipelagiem. W 2024 r. holding z Hangzhou wykazał 941,17 mld juanów przychodów i 71,33 mld juanów zysku netto. To skala wyraźnie mniejsza od amerykańskiego rywala. Alibaba nie jest ściśle zintegrowanym operatorem, lecz holdingiem złożonym z wielu platform handlowych, usługowych i spółek, które tworzą wspólny organizm. Zarabia na pośrednictwie, reklamie i usługach dla sprzedawców. Nie musi być właścicielem każdego magazynu ani każdej ciężarówki. Wystarczy, że sprawnie organizuje rynek, kieruje ruchem i inkasuje opłaty za dostęp do miliardów chińskich konsumentów.
Rdzeniem grupy są dwie platformy handlu internetowego,
Wojna jako model biznesowy
Kto zarabia na wojnie w Ukrainie i wymianie ciosów na Bliskim Wschodzie?
Te konflikty zmieniły nie tylko mapę bezpieczeństwa w Europie i na Bliskim Wschodzie, lecz także mapę zysków. Dziś zarabiają ci, którzy sprzedają surowce energetyczne, broń, obsługują transport i obiecują zapewnienie bezpieczeństwa. Rachunek za to w coraz większym stopniu obciąża budżety państw europejskich.
W naszej wyobraźni wojna zawsze kojarzyła się z ludzką tragedią, ruinami miast i uchodźcami. Ma ona też drugą twarz, której nie obejrzymy w programach telewizyjnych. To świat terminali gazu LNG, biur maklerskich, rad nadzorczych koncernów zbrojeniowych, wielkich armatorów i banków inwestycyjnych. Tu wojna zmienia się w wyjątkowo silny impuls, który przyśpiesza podjęcie decyzji zakupowych, jest testem wydolności łańcuchów dostaw, motywem do rozbudowy fabryk zbrojeniowych, stoczni, portów i rurociągów. To także niepowtarzalna okazja do zwielokrotnienia zysków.
Warto o tym pamiętać, oglądając zdjęcia z frontów. Bo na naszych oczach nie tylko giną ludzie – dokonuje się także gigantyczny transfer pieniędzy – z jednych państw do drugich, z kieszeni podatników na rachunki wielkich korporacji, od społeczeństw frontowych do tych, którzy stoją z boku – sprzedając im paliwa, broń, amunicję i usługi logistyczne.
W sensie politycznym wojna w Ukrainie i konflikt USA/Izrael-Iran wydają się odrębnymi historiami. Pierwszy z nich to nierozstrzygnięta pozimnowojenna rywalizacja, czyli kwestia granic NATO i ambicji rosyjskiego imperializmu. Druga to kolejna odsłona bliskowschodniego kryzysu, z tymi samymi uczestnikami: USA, Izrael, Iran i monarchie Zatoki Perskiej.
Nowym elementem stała się blokada cieśniny Ormuz, przez którą przechodzi znaczna część transportów ropy naftowej, gazu ziemnego oraz nawozów sztucznych. W sensie gospodarczym obie te wojny to ta sama bajka, w której trzema kanałami płyną ogromne pieniądze. Pierwszy z nich to surowce energetyczne: państwa europejskie odcięte od taniego rosyjskiego gazu i ropy naftowej musiały szybko znaleźć nowych dostawców – Stany Zjednoczone, Arabię Saudyjską i państwa Zatoki Perskiej. Oznaczało to dla nich wzrost kosztów i większe ryzyko przerwania łańcucha dostaw. Drugi kanał to zbrojenia: gwałtowny wzrost zakupów amunicji oraz uzbrojenia przez państwa europejskie, Bliskiego Wschodu i Azji, a także rekordowe wydatki na kosztowne programy budowy oraz produkcji nowych rodzajów uzbrojenia. Trzeci kanał to logistyka i finanse: okazję do zarobku mają dziś armatorzy, wielkie firmy ubezpieczeniowe, sektor bankowy i oczywiście państwa pośredniczące w wymianie handlowej z Rosją.
Bo wojna to nie tylko broń i amunicja. Ropę naftową i skroplony gaz ziemny LNG należy zatankować na statki, ubezpieczyć i dostarczyć do portów. Firmy pośredniczące zarabiają miliardy dolarów na różnicy cen gazu w Stanach Zjednoczonych, Azji i Europie. Na długoletnich kontraktach na dostawy surowców energetycznych zawieranych w atmosferze strachu przed kolejnym szokiem cenowym.
W 1499 r. włoski kondotier Gian Giacomo Trivulzio, pytany przez króla Francji Ludwika XII o przygotowania do wyprawy na Księstwo Mediolanu, miał odpowiedzieć, że „do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i jeszcze więcej pieniędzy”. Od tamtego czasu nic się nie zmieniło.
Uczyńmy (nie tylko) Amerykę znowu wielką
Nawet jeśli Stany Zjednoczone nie traktowały pośredniego udziału w konflikcie w Ukrainie i ataku na Iran jako projektu gospodarczego, to i tak bardzo na tym skorzystały.
Dla Europy głównym zamiennikiem rosyjskiego gazu stał się amerykański skroplony gaz LNG. Udział zakupów państw naszego kontynentu w jego eksporcie z USA wzrósł z 34% w 2021 r. do ok. 64-69% w 2022 r. W 2025 r., według danych Institute for Energy Economics
Ameryka powinna unikać konfliktu z Chinami
Doug Bandow gościł już kilkukrotnie na łamach „Przeglądu” i w związku z tym nie ma potrzeby rozpisywania się na temat jego biografii i dokonań intelektualnych. Ten były współpracownik prezydenta Ronalda Reagana to konserwatywny intelektualista, znany z podnoszenia w debacie publicznej argumentów antywojennych i antyinterwencjonistycznych. Z jego analizami można się zapoznawać w witrynach Cato Institute, dla którego obecnie pracuje, oraz American Conservative i Antiwar.com.
Również fragmenty prezentowanego poniżej tekstu są przestrogą Bandowa skierowaną do amerykańskich elit politycznych przed lekkomyślnym zaangażowaniem się w konflikt z Chinami. Cały artykuł ukazał się 6 lipca 2026 r. w witrynie internetowej Responsible Statecraft pod adresem responsiblestatecraft.org/us-china-war-taiwan/.
Prezydent Donald Trump znów dowiódł, dlaczego założyciele Ameryki mieli rację, opowiadając się za rozwiązaniem, w którym jedynie Kongres ma prawo wypowiadać wojnę. Władza ustawodawcza nie może pozwolić, by szef władzy wykonawczej mógł – jak mówił James Wilson, delegat na Konwencję Konstytucyjną – „uwikłać nas w takie nieszczęście”. Gdyby Trump przestrzegał prawa, być może nigdy nie zainicjowałby katastrofalnego ataku na Iran.
Jednak znacznie gorszy byłby konflikt między Stanami Zjednoczonymi a Chińską Republiką Ludową. ChRL jest mocarstwem dysponującym potężną gospodarką, szybko rozwija swój potencjał militarny i ma broń jądrową. Działania wojenne niemal z pewnością objęłyby kontynentalne Chiny i przeniosły się dalej, na amerykańskie posiadłości i bazy na Pacyfiku, a być może dotarłyby nawet do terytorium Stanów Zjednoczonych. (…)
Nikt nie chce takiej wojny. Mimo to Tajwan stał się niebezpiecznym punktem zapalnym. Tajpej w istocie rozbudowało swoją działalność lobbingową w Stanach Zjednoczonych, próbując utrzymać nieformalne zobowiązanie Waszyngtonu do zapewnienia mu bezpieczeństwa. Jak pokazuje decyzja Trumpa o rozpoczęciu bezprawnej wojny przeciwko Iranowi, istnieje realne ryzyko, że on sam lub któryś z przyszłych prezydentów mógłby ulec lekkomyślnej pysze na Pacyfiku.
Istnieje duże prawdopodobieństwo błędnej oceny sytuacji. W przypadku Tajwanu wielu amerykańskich decydentów po prostu zakłada, że Pekin nie rzuci wyzwania Ameryce. Wystarczy powiedzieć Pekinowi, czego oczekuje Waszyngton – oświadczył Leon Panetta, były szef personelu Białego Domu, sekretarz obrony i dyrektor CIA – i Chińczycy nie ośmielą się przeciwstawić Ameryce: „Szczerze mówiąc, uważam, że jeśli Chiny zrozumieją, iż traktujemy to poważnie, nie odważą się tego zrobić”.
Panetta wykazuje się przesadnym optymizmem. Historia i względy bezpieczeństwa czynią Tajwan kwestią o zasadniczym znaczeniu dla Chin, natomiast nie ma on żadnego znaczenia dla bezpośredniej obrony Ameryki. Chińczycy postrzegają Tajwańczyków jako część swojego narodu, podczas gdy niewielu Amerykanów wie, gdzie ta wyspa się znajduje. Co więcej, odległość ma znaczenie. Tajwan leży zaledwie nieco ponad 100 mil od wybrzeża Chin, ale ponad 6 tys. mil od kontynentalnej części Stanów Zjednoczonych. Znacznie łatwiej i taniej jest więc odstraszać, niż dokonywać projekcji siły.
Bez wsparcia pobliskich państw Waszyngton musiałby uznać obronę Tajwanu za niemal niemożliwą. Jednak żaden sojusznik Waszyngtonu z obszaru Azji i Pacyfiku nie zobowiązał się przyłączyć do Ameryki (w razie konieczności obrony Tajwanu – przyp. P.K.) i tym samym wstąpić do obozu trwałych wrogów najpotężniejszego państwa regionu.
Niewątpliwie amerykańscy decydenci mają nadzieję, że podjęcie takiej decyzji (o aktywnej obronie Tajwanu – przyp. P.K.) nigdy nie okaże się konieczne i że sama groźba odstraszy Chińską Republikę Ludową od użycia siły militarnej. Na tym właśnie opiera się polityka Waszyngtonu określana mianem „strategicznej dwuznaczności”. Zakłada ona, że Pekin nie zdecyduje się sprawdzić nieformalnego zobowiązania Stanów Zjednoczonych do obrony Tajwanu, a jednocześnie Tajpej nie będzie prowokować Chin. (…)
Bardzo istotne jest to, że nawet zwycięstwo militarne nie zapewniłoby trwałego rozwiązania. Pekin bez wątpienia ponownie dozbroiłby się i spróbował jeszcze raz, podobnie jak to zrobiły Niemcy po porażce w I wojnie światowej. Waszyngton musiałby utrzymywać nadmiernie rozbudowane siły zbrojne
Wstęp, wybór i przekład Piotr Kimla
Odsalarnie wody ważniejsze niż ropa
Dzisiaj najbardziej strategicznym produktem na świecie jest słodka woda
Rosnące ceny na stacjach paliw spędzają sen z powiek milionom. Niepokoi przedłużająca się wojna na Bliskim Wschodzie, w wyniku której niszczone są rafinerie i tankowce, a perspektywa braków w dostawach ropy nie pozwala optymistycznie patrzeć w przyszłość.
Jednak to nie ropa jest dziś najbardziej strategicznym produktem na świecie, lecz woda. Przede wszystkim pitna, ale i ta wykorzystywana do celów gospodarczych. Jej brak może doprowadzić do potężnych turbulencji polityczno-ekonomicznych, znacznie większych niż braki paliwa.
Obecnie odsalanie wody morskiej stanowi najważniejsze źródło wody pitnej dla ponad 300 mln ludzi na świecie. Ogromna większość zamieszkuje obszary, które po 28 lutego 2026 r., po agresji Izraela i USA na Iran, stały się celem ataków odwetowych ze strony Teheranu. Są to przede wszystkim Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Sułtanat Omanu oraz Izrael.
Długa tradycja odsalania
Wody mamy dużo. Niestety, głównie tej pochodzącej z oceanów i mórz. 97,5% całkowitej ilości wody na Ziemi stanowią zasoby morskie. Pozostała, niewielka część to rezerwy wody słodkiej. I z roku na rok mamy jej coraz mniej.
Historia odsalania wody morskiej sięga czasów jeszcze sprzed naszej ery. Już wtedy mieszkańcy wybrzeża Morza Śródziemnego pozyskiwali wodę pitną w ten sposób. Pierwsza odsalarnia podobna na swój sposób do dzisiejszych powstała na małej wyspie u wybrzeży Tunezji w roku 1560. Z kolei pierwsze patenty na odsalanie wody morskiej metodą destylacji zostały przyznane w Anglii w latach 1675-1683.
W XIX w. wiele krajów osiągało już spore sukcesy w procesie odsalania wody morskiej. W tym gronie znalazło się Chile (mające ponad 6,4 tys. km linii brzegowej), gdzie w 1872 r. szwedzki inżynier Charles Wilson opracował pierwszą na świecie instalację odsalania zasilaną energią słoneczną i produkującą 20-25 m sześc. słodkiej wody dziennie.
W 1892 r. do państw zamieniających wodę słoną w słodką dołączyła Rosja. Uruchomiono tam pierwszy zakład odsalania oparty na zasadzie wielostopniowego odparowywania wody.
W czasie II wojny światowej odsalanie wody było intensywnie rozwijane – głównie metodą destylacji. W latach 50. i 60. eksploatacja ropy na Bliskim Wschodzie wywołała lokalny bum, w ramach którego powstały nowe odsalarnie wody morskiej. Po roku 1958 odsalaniem wody morskiej zajęły się Chiny – kraj, którego coraz większe obszary mierzyły się z deficytem wody. Od tej pory powstaje tam coraz więcej nowoczesnych odsalarni, o coraz większej wydajności, ale chiński rynek odsalania wody jest nadal w fazie rozwoju.
Odsalarnie wymagają stałej obecności wyspecjalizowanych fachowców, którzy zajmują się zarówno obsługą, jak i bieżącymi naprawami instalacji. O tym, jak są ważni, pod koniec lat 80. ubiegłego wieku, jeszcze zanim powstała Wielka Sztuczna Rzeka dostarczająca wodę pitną z podziemnych warstw wodonośnych na Saharze,
Od Super Bowl po Azję
Język hiszpański podbija nie tylko Amerykę
Ponad 70 tys. ludzi na stadionie, znacznie powyżej 100 mln przed telewizorami. Super Bowl 2026 – największe sportowe widowisko Ameryki. A ze sceny – słychać hiszpański. Bez przechodzenia na angielski, bez tłumaczenia, bez przeprosin. Bad Bunny mówi do publiczności w języku, który według prezydenta Stanów Zjednoczonych nie powinien mieć statusu języka urzędowego. Ze stadionu nie wychodzi nikt.
8 lutego 2026 r. na Levi’s Stadium w Santa Clara obalono kolejny mit: największe widowisko telewizyjne w USA wcale nie musi być prowadzone w języku angielskim. Bad Bunny, Portorykańczyk, jeden z najważniejszych artystów współczesnej muzyki latynoskiej, jako pierwszy w historii cały halftime show, czyli występ w przerwie finału ligi NFL, wykonał po hiszpańsku. Po angielsku wypowiedział jedynie słowa: „God Bless America”, po czym wymienił kraje obydwu Ameryk. Symboliczny gest – hiszpański wybrzmiał z największej amerykańskiej sceny, został usłyszany w najważniejszym dla kultury masowej momencie.
Spanglish – język, który łączy
Język hiszpański, którym posługuje się ok. 13% mieszkańców USA, jest drugim najczęściej używanym językiem w kraju. Decyzja Donalda Trumpa z marca 2025 r. o ogłoszeniu angielskiego jedynym językiem urzędowym została przez wielu odebrana jako atak na amerykańską różnorodność kulturową. Jednak w praktyce ekipa Trumpa intensywnie korzystała z hiszpańskiego np. podczas kampanii wyborczych. Reklamy w języku hiszpańskim były emitowane w stanach zamieszkanych przez dużą liczbę Latynosów – w Arizonie czy Nevadzie. W 2024 r. Trump wystąpił nawet w programie amerykańskiej hiszpańskojęzycznej telewizji Univision, odpowiadając na pytania widzów po hiszpańsku. Dane sondażowe pokazują, że zdobył dzięki temu 42% głosów Latynosów – najwyższy od 40 lat odsetek, jaki otrzymał kandydat republikański. Pokazuje to, że hiszpański w USA nie jest tylko językiem imigrantów ani „drugim” językiem – jest realnym narzędziem polityki, ekonomii i komunikacji masowej.
Lingwiści od dawna śledzą nowe zjawiska językowe zrodzone z bogactwa języka hiszpańskiego używanego na Kubie, w Portoryko i w innych społecznościach, jak również jego wpływ na obszary Stanów Zjednoczonych o największej koncentracji mieszkańców hiszpańskojęzycznych. Mieszanka hiszpańskiego i angielskiego – spanglish – jest dziś najszybciej rozwijającą się hybrydą językową na świecie.
Entuzjazmu lingwistów nie podziela jednak administracja Trumpa. Dla republikanina to kwintesencja „inwazji Latynosów”, która rzekomo zagraża anglosaskiej istocie Stanów Zjednoczonych. Jego polityka „tylko angielski” miała na celu ograniczenie roli języka hiszpańskiego w kraju. „To państwo, w którym mówimy po angielsku, a nie po hiszpańsku”, powiedział amerykański prezydent w debacie w 2015 r., podczas swojej pierwszej kampanii prezydenckiej.
Mimo politycznych prób tłumienia języka hiszpańskojęzyczna ludność napędza życie kulturalne i gospodarcze USA – dzięki niej Miami stało się „naturalnym mostem biznesowym”, pełniąc funkcję kluczowego łącznika między Ameryką Łacińską a USA i resztą globu. „Hiszpańskim posługuje się obecnie ponad 50 mln osób w Stanach Zjednoczonych. Innymi słowy,
Jak myśli Rosja?
Cztery lata wojny. Wszyscy się przeliczyli.
I Rosja, i Ukraina, i Zachód
Prof. Andrzej Wierzbicki – profesor nauk społecznych, kierownik Katedry Studiów Wschodnich na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego
Panie profesorze, kiedy ta wojna, rosyjsko-ukraińska, się skończy?
– Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. To pytanie z zakresu prognozowania, a prognozowanie w naukach społecznych, prognozowanie rzeczywistości społeczno-politycznej, w tym międzynarodowej, to karkołomne przedsięwzięcie.
Minister Ławrow powtarza, że muszą zniknąć pierwotne przyczyny konfliktu. Pan rozumie, co on ma na myśli?
– Rozumiem. Oni to powtarzają od kilku lat – denazyfikacja, debanderyzacja, uczynienie z Ukrainy kraju może nie tyle przyjaznego Rosji, ile przynajmniej neutralnego. Przekształcenie Ukrainy z anty-Rosji, tak jak ją budowano, w kraj, który nie stanowi platformy dla rywalizacji geopolitycznej, przyczółka dla sił, które Rosja uznaje przez siebie za wrogie, tj. z perspektywy rosyjskiej – usunięcie źródeł konfliktu.
Czyli?
– Czyli sił Zachodu, NATO, Stanów Zjednoczonych, niezależnie od tego, kto w tych Stanach Zjednoczonych rządzi, ponieważ niezależnie od władzy, republikańskiej czy demokratycznej, pomoc amerykańska dla Ukrainy jest dostarczana.
Doktryna Monroego po rosyjsku
Przyczyną była więc nie tyle sprawa terytoriów, ile to, kto w Kijowie rządzi.
– Nie uważam, że Rosja w tej wojnie chciała zająć całe terytorium Ukrainy. Choć pewnie ma ograniczone cele terytorialne. Ale one się zmieniają. Być może było to opanowanie Kijowa. Opanowanie Charkowa. Celem rosyjskim może też być odcięcie Ukrainy od Morza Czarnego. Chersoń, Nikołajew, Odessa… Czyli lądowe połączenie z Naddniestrzem. Dojście do linii Dniepru, całkowite zajęcie terytoriów, które proklamowano jako należące do Rosji po referendum w 2022 r. Być może to jest ten ostateczny cel.
A może mniej chodzi o ziemię, a bardziej o to, żeby zwasalizować Ukrainę?
– Możliwe, że w jakiś sposób tak. Przy czym my jako wasalizację będziemy zapewne traktowali neutralny status Ukrainy, czyli równy dystans do Rosji i do Zachodu. Ta wojna jest, o czym zapominamy, praktycznym przełożeniem rosyjskiej wersji doktryny Monroego. W 1993 r., jeszcze za Jelcyna, rosyjskie siły polityczne, od prawa do lewa, od liberałów do brunatno-czerwonych, uzgodniły, że obszar poradziecki to jest strefa wyłącznych wpływów i wyłącznych, przy tym żywotnych, interesów Federacji Rosyjskiej. I każdy, kto się pojawi na tym terenie jako rywal, jako ktoś, kto będzie chciał tam swoje interesy realizować, będzie traktowany jako intruz, jako najeźdźca, jako wróg. Z tym właśnie mamy do czynienia.
Te pomarańczowe rewolucje zostały w Moskwie uznane za wrogie działanie?
– Tak. One zostały w Moskwie przyjęte nie jako dążenie do demokracji, ale jako wejście na terytorium jej wyłącznych wpływów. Doskonale wiemy, że przecież nie o demokrację jako taką w nich chodziło.
To jest kluczowe – my mówimy o prawach narodu do wolności, do demokracji, a Moskwa o tym, kto co kontroluje.
– Tu chodzi o geopolitykę, o kontrolę nad przestrzenią, a nie o opowieść, że Ukraina broni wartości europejskich czy demokratycznych. Zresztą gdzie są te wartości? Zorganizowana przestępczość, oligarchia, wszechogarniająca korupcja, zabójstwa na tle politycznym – to jest Ukraina. Czy to są wartości europejskie? W latach 90. przyjeżdżał do nas na wydział, w ramach różnych konferencji, Andrij Doroszenko, jako przedstawiciel prezydenta Kuczmy w Radzie Najwyższej Ukrainy. Był rosyjskojęzycznym Ukraińcem i wielkim patriotą swego
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Geografii nie zmienimy
Albo jakoś się dogadamy z Rosją, albo będziemy wzajemnie się niszczyć
Dr Jarosław Suchoples – pracownik naukowy Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego, były ambasador RP w Finlandii.
Trump dostanie w końcu Grenlandię?
– Gdyby bardzo chciał ją dostać, jeśli postawiłby wszystko na jedną kartę, to by dostał. Militarnie by ją zajął, to znaczy zlikwidował tam lokalną administrację i wywiesił amerykańską flagę. Natomiast w tej chwili się cofnął.
Rozsądnie.
– Obawiam się, że rozsądne elementy w działaniach Trumpa pojawiają się przypadkowo. A list do premiera Norwegii? Co pan pomyślał, jak go przeczytał?
Że Trump ma problemy psychiczne.
– I tu pojawia się następny problem – bo nawet gdyby doszło, załóżmy teoretycznie, do jego impeachmentu, to kto przyjdzie po nim? Zapewne J.D. Vance, który ma równie fatalną albo jeszcze gorszą opinię.
Wynika z tego, że Trump to nie jest błąd w systemie, tylko efekt systemu. Że taka jest dziś Ameryka.
– Załóżmy, że w Ameryce dojdzie do głosu partia rozsądku, odrzucająca politykę Trumpa. Czy to może doprowadzić do odwrócenia pewnych sytuacji? Otóż do odwrócenia sytuacji w stosunkach międzynarodowych na pewno nie. My już żyjemy w nowej rzeczywistości.
W jakiej?
– W świecie, który staje się wielobiegunowy i w którym Amerykanie sami się izolują.
Co więc nam zostaje?
– Możemy doprowadzić do porozumienia z Chinami i Indiami. Te kraje mogą być przeciwwagą dla Stanów Zjednoczonych i Rosji. Pozostaje tylko problem psychologiczny, czy wypada nam współpracować np. z Chinami, mocarstwem, które notorycznie łamie prawa człowieka i nie uznaje zasad demokracji. Uważam, że nie możemy w Europie powiedzieć z góry „nie”. Bo sprawa naszego bezpieczeństwa, zasad przestrzeganych na naszym terenie i sprawa naszej wolności są ważniejsze. I to nie tylko w kontekście militarnym, ale i każdym innym.
Druga rzecz. Stoimy wciąż przed dylematem z poprzedniej epoki – i to nas hamuje – czy Europa federalna, czy Europa narodów itd. Musimy więc zrobić porządek na własnym podwórku. Doprowadzić do tego, żeby Europa mówiła jednym głosem. Bo albo chcemy być mocarstwem, albo nas rozegrają, jak chcą. Inna sprawa, czy to w tej chwili jest możliwe. Wydaje się, że w przewidywalnej przyszłości będzie to bardzo trudne.
Ale w sprawie Grenlandii nas nie rozegrali.
– Nie rozegrali przede wszystkim dlatego, że Grenlandia jest sprawą stricte europejską. To jednak terytorium zależne od Danii, to bezpośrednio dotyczy NATO, więc nie podlega negocjacji z jeszcze innymi aktorami stosunków międzynarodowych. Sprawa rozgrywa się na linii Europa-Waszyngton. Kwestia grenlandzka ma wiele implikacji dla samej Europy: dla Polski, rejonu Morza Bałtyckiego, również dla Rosji. Bo ta sprawa pokazała, że gwarant NATO jest przeciwko NATO. Przeciwko Kanadzie i krajom europejskim. No i w Moskwie radość…
Dlaczego car stworzył Sankt Petersburg?
Czego dzisiejsza Rosja chce od Europy? Skąd ta wrogość?
– Jeżeli pan spojrzy na Rosję, to co jakiś czas pojawiał tam się władca, który próbował dokonać modernizacji. A to Piotr Wielki, później Aleksander II, a nawet Mikołaj II – jak przegrał z Japonią w 1905 r., doszedł do wniosku, że trzeba coś zmienić. Falą modernizacji był również okres komunistyczny, industrializacja. Próbował też Gorbaczow, próbowano w czasach Jelcyna. Myślano o jakichś związkach z Zachodem.
A teraz?
– Obecnie tego nie ma. Natomiast wróciło przekonanie, że na pytanie, z kim graniczy Rosja, odpowiedź brzmi: graniczy, z kim chce. Jeżeli nie ma modernizacji, trzeba wykazać się w inny sposób, najłatwiej poprzez „zbieranie ziem ruskich”, które odpadły od „macierzy” (takich jak Ukraina, pewnie też państwa bałtyckie), by przywrócić status rzeczywiście wielkiego mocarstwa i przygotować grunt pod dalszą ekspansję. Kreowanie wrogów. Rosjanie uwierzyli przy tym w swoje opowieści, że są tak potężni, że Ukrainę przyłączą w ciągu trzech dni. A okazało się to niemożliwe, ich armia, struktury państwa, politycy nie spełniają standardów i są nieefektywni.
Dlatego ta wojna trwa, już dłużej niż wojna z Hitlerem z lat 1941-1945.
– Tak i Putin nie może z tego zrezygnować! Wszedł w uliczkę, z której nie ma innego wyjścia niż po trupie Ukrainy. Bo jak ma się wycofać? Jaki to byłby sygnał dla przeciętnych Rosjan? Że przegraliśmy wszystko. Dlatego tam pokoju nie będzie, o ile Ukraina nie skapituluje. Bo czy zginie milion Rosjan, czy 5 mln, dla niego nie ma znaczenia. On walczy o to, żeby, po pierwsze, pozostać u władzy, po drugie – w ogóle przeżyć, no i po trzecie – każdy taki władca ma obsesję, żeby przejść do historii. A jak on by przeszedł do historii, gdyby się wycofał z Ukrainy? Z jakim ogromem problemów społecznych i gospodarczych musiałby się zmierzyć, nie dając nic w zamian?
Oni tłumaczą, że Ukraina im zagraża, bo chce się związać z Zachodem…
– Rosja ma pewne stałe paradygmaty myślenia, jeżeli chodzi o jej politykę bezpieczeństwa. Spójrzmy na północ. Im zawsze chodziło o to, by wyjść na Bałtyk, na świat. Dlatego car zbudował Sankt Petersburg, żeby stworzyć pewien fakt geopolityczny: tu jesteśmy i tu będziemy. Bo Sankt Petersburg nie był zwykłym miastem, ale stolicą imperium. W związku z trzeba było zapewnić jej bezpieczeństwo i sprawić, by inne mocarstwa uznały tę potrzebę Rosji za coś naturalnego.
Czyli istnienie Petersburga wyznaczyło priorytety rosyjskiej polityki w regionie bałtyckim.
– Tak: musimy panować nad północnymi i południowymi brzegami Zatoki Fińskiej. Bez tego zawsze będziemy odcinani od Bałtyku, no i stolica naszego imperium będzie zagrożona. Dlatego Rosja toczyła wojny ze Szwecją. Dlatego podporządkowała sobie Finlandię. Dlatego pakt Ribbentrop-Mołotow przewidywał w tej części Europy oddanie Związkowi Radzieckiemu wszystkich terytoriów, które Rosja straciła w wyniku I wojny światowej. Bo idealna sytuacja dla Rosji i Niemiec,
Bajka o dobrych Chińczykach
Państwo Środka ma coraz większe problemy z ukrywaniem imperialnych ambicji
„Ta brudna głowa, która wychyla się i wtrąca w nie swoje sprawy, musi zostać odcięta”. Choć w ostatnich miesiącach z ust polityków niemal wszystkich krajów i opcji padały słowa jeszcze kilka lat temu trudne do wyobrażenia lub poważnego potraktowania, takie zdanie wciąż wzbudza kontrowersje. Zwłaszcza jeśli wypowiada je ktoś, kto przynajmniej nominalnie jest dyplomatą. A taką osobą jest Xue Jian, konsul generalny Chińskiej Republiki Ludowej w japońskiej Osace. W zacytowanym wpisie na platformie X odniósł się do nowej szefowej rządu w Tokio, Sanae Takaichi.
Pierwsza w historii kobieta na tym stanowisku, polityczka ambitna, konserwatywna, ale też zdecydowana i dobrze odnajdująca się w dzisiejszych tendencjach do wyrazistych diagnoz i deklaracji, swobodnie płynie na fali ogromnej popularności. Według badań opinii publicznej z początku grudnia, cytowanych przez portal Nikkei Asia, pozytywną opinię na temat jej rządów ma 76% respondentów. Biorąc pod uwagę fakt, że jej poprzednik Shigeru Ishiba opuszczał urząd, kiedy społeczna satysfakcja była na poziomie poniżej 30%, jej wynik jest spektakularny – aczkolwiek jej rządy trwają zaledwie półtora miesiąca.
Obrona? Tylko teoretyczna
Sanae Takaichi ma sprecyzowane poglądy na wiele rzeczy, w tym na kwestię, którą w niedawnym przemówieniu do japońskiego parlamentu nazwała „egzystencjalną”, czyli bezpieczeństwo Tajwanu. Stwierdziła wówczas, że ewentualna inwazja Chin na wyspę mogłaby stanowić zagrożenie dla japońskiej państwowości, co z kolei uzasadniałoby uruchomienie „prawa do samoobrony”. To termin wprowadzony przez japońską legislaturę w 2015 r. jako swego rodzaju furtka militarna.
Japonia, zdemilitaryzowana siłą przez aliantów po II wojnie światowej, teoretycznie nie ma sił zbrojnych – przynajmniej nie w tradycyjnym, zachodnim znaczeniu tego pojęcia. Tamtejsze jednostki, o znacząco ograniczonych zdolnościach zaczepnych, nazywane są właśnie samoobronnymi i na co dzień wykonują zadania, które trudno nazwać militarnymi. Pomagają w akcjach ratunkowych po katastrofach naturalnych, wspomagają ochronę wydarzeń publicznych i pilnują sytuacji na japońskich wybrzeżach.
Zgodnie z obowiązującą od powojnia doktryną Japonia może więc się bronić, i to całkiem skutecznie – ale raczej krótko, operacje ofensywne w bieżącym układzie nie są zaś możliwe.
Debata o remilitaryzacji Japonii przez lata pozostawała w dużej mierze teoretyczna, bo takie też były zagrożenia. Nawet nieustanna eskalacja działań nuklearnych ze strony Korei Północnej, przejawiająca się w regularnych testach rakiet, spadających do morza w połowie drogi między półwyspem a japońskimi wyspami, nie wywoływała paniki klasy politycznej w Kraju Kwitnącej Wiśni. Czasy jednak się zmieniły, także dla decydentów w Tokio.
To nie Korea Północna, ale Chiny w największym
Bańka w chińskim basenie
Czy Witold Bańka, prezes WADA, polegnie na Chińczykach? A wyrok wykona Travis T. Tygart, szef USADA, amerykańskiej agencji antydopingowej? Domaga się on audytu w Światowej Agencji Antydopingowej. Zarzuca Bańce zamiecenie pod dywan dopingu, czyli 23 pozytywnych wyników testów u chińskich pływaków w czasie pandemii. Nie zbadano im próbek B. Nikogo nie zawieszono. Nikogo nawet nie przesłuchano. Urzędnicy WADA są objęci dochodzeniem amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości. Także Bańka. Zarzuca się mu, że w sprawie dopingu chińskich pływaków blisko współpracował z wiceprezes z Chin Yang Yang.
Coś ukrywają. Boją się publicznej konfrontacji i odpowiedzi na zarzuty Amerykanów. Może Bańka przypomni sobie słowa Ziobry, kiedyś partyjnego kolegi, że niewinni nie mają czego się bać.








