Technologie

Powrót na stronę główną
Technologie

Koniec technologicznej naiwności

Kolejne państwa Unii porzucają Microsoft. Europa bierze na celownik chińskie big techy, a Wojsko Polskie blokuje wjazd chińskim autom

Jeszcze niedawno wybór technologii był prosty – decydowały cena, funkcjonalność i przyzwyczajenia użytkowników. Dziś w Europie podważa się ten model, stawiając na cyfrową suwerenność i bezpieczeństwo danych. Efekt? Odejście od amerykańskich rozwiązań, rosnąca nieufność wobec chińskich technologii i coraz śmielsze decyzje, także na poziomie służb i wojska. Coraz więcej państw Unii Europejskiej ogranicza obecność amerykańskiego oprogramowania w administracji, powołując się na potrzebę odzyskania kontroli nad danymi i infrastrukturą. Jednocześnie Bruksela wyraźnie sygnalizuje nieufność wobec chińskich gigantów technologicznych – na początku maja br. Komisja Europejska zarekomendowała wycofywanie produktów Huawei i ZTE z infrastruktury krytycznej. Tę samą ostrożność widać u nas w kraju: Wojsko Polskie zamknęło wjazd do swoich obiektów dla samochodów wyprodukowanych w ChRL, podobne zasady wprowadziła już Służba Ochrony Państwa, a policja analizuje, czy również nie powinna pójść w tym kierunku.

Office z Europy

Chociaż alternatywa dla pakietu biurowego od Microsoftu jeszcze do niedawna wydawała się abstrakcją, na rynku właśnie pojawiło się Euro-Office. Dziennikarze technologiczni wskazują, że ta usługa na Starym Kontynencie ma stanowić kluczowy element cyfrowej niezależności od amerykańskich big techów.

Kolejne europejskie kraje konsekwentnie odchodzą od rozwiązań oferowanych przez amerykańskie koncerny. W dążeniu do cyfrowej suwerenności prym wiedzie ostatnio Francja. Na początku kwietnia francuska Międzyresortowa Dyrekcja ds. Cyfryzacji (DINUM) zapowiedziała rezygnację z systemu Windows na rzecz Linuksa. Jednocześnie zobowiązano wszystkie agencje i ministerstwa do opracowania – do jesieni – planów ograniczenia zależności od dostawców spoza Europy. Strategie te mają objąć różne dziedziny, od systemów operacyjnych, przez narzędzia komunikacji i pracy biurowej, po rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji oraz usług chmurowych. Francuzi mają już wprawę w przechodzeniu na system Linux – żandarmeria działa na nim od 2008 r.

Podobny kierunek deklarują Niderlandy, zapowiadając odzyskanie kontroli nad danymi, infrastrukturą i technologią, a także Dania, która pilotażowo wdrożyła pakiet LibreOffice, otwartoźródłowy, czyli takie oprogramowanie, którego kod jest publicznie dostępny, więc każdy może go obejrzeć, sprawdzić, a nawet zmienić lub ulepszyć. Norwegia rozważa współpracę z Kanadą w ramach Sovereign Technology Alliance, natomiast w Niemczech minister cyfryzacji Karsten Wildberger zapowiedział stopniowe uniezależnianie administracji i służb bezpieczeństwa od takich firm jak Microsoft i Palantir.

Na poziomie regionalnym Niemcy już wcześniej podejmowały podobne inicjatywy. Szlezwik-Holsztyn od 2024 r. wprowadza rozwiązania open source, zaczynając od pakietu biurowego LibreOffice, a następnie modernizując systemy pocztowe. W dalszej perspektywie region planuje zastąpienie platformy Microsoft SharePoint europejskim rozwiązaniem Nextcloud oraz pełne przejście administracji na Linuksa. Według danych serwisu The Next Web do początku 2026 r. na ten system przeniesiono już 30 tys. stacji roboczych, co dało 15 mln euro oszczędności na licencjach. Z kolei raport Digital Sovereignty Index (DSI), uwzględniający m.in. wykorzystanie własnej infrastruktury hostingowej, wskazuje Finlandię jako lidera cyfrowej suwerenności. Francja zajmuje w nim czwarte miejsce,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Technologie

Cyfrowa pułapka uwagi

Naukowcy wyjaśnili, dlaczego nie możemy przestać scrollować. Tak, dotyczy to również dorosłych

„Jeszcze tylko chwilę” – to jedno ze zdań najczęściej powtarzanych przez użytkowników smartfonów. Z pozoru niewinne sięgnięcie po telefon potrafi zamienić się w kilkadziesiąt minut bezrefleksyjnego przeglądania treści. W debacie publicznej wciąż jednak dominuje uproszczone pytanie: ile czasu spędzamy przed ekranem? Tymczasem – jak pokazują badania – dużo ważniejsze jest, co robimy i w jakich okolicznościach.

Mit czasu przed ekranem

Przez lata wszystkie aktywności cyfrowe traktowano jako zjawisko jednorodne. Ale godzina wideorozmowy, nauki języka czy pracy znacząco różni się od bezmyślnego scrollowania. Liczenie, ile czasu spędziliśmy przed ekranem, jest więc bezcelowe. Dziwnym trafem producenci telefonów komórkowych ostatnio promują właśnie tę funkcję, niby dla zdrowia użytkowników. Badacze z Uniwersytetu Stanowego w Pensylwanii przekonują, że kluczowe jest zestawienie kilku czynników: co dokładnie robimy, w jakiej porze dnia, jaka jest struktura treści i jaki poziom naszego zaangażowania w nie oraz nasz stan po odłożeniu komórki. Dopiero analiza tych wszystkich czynników pozwala ocenić, czy technologia jest dla nas wsparciem, czy stała się problemem.

Współczesne technologie stworzone są po to, abyśmy nieustannie do nich wracali lub nie mogli się od nich oderwać. Naukowcy zauważyli, że przeciętny dorosły użytkownik smartfona potrafi w ciągu dnia sprawdzać aplikację e-mail bez wyraźnej potrzeby – robi to mimo braku powiadomień o nowych wiadomościach. Kompulsywne sprawdzanie poczty to jednak tylko echo strategii projektowania współczesnych aplikacji.

To przez media społecznościowe nauczyliśmy się ciągłego sprawdzania powiadomień i aktualności.

Jednym z najważniejszych elementów współczesnych platform jest tzw. nieskończone przewijanie treści. To mechanizm, który eliminuje moment zatrzymania – kolejne treści pojawiają się automatycznie, a użytkownik zatraca się w potoku filmików. Oglądający tracą „punkt odniesienia”. Mamy złudzenie,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Technologie Wywiady

Kopiowanie nie wystarczy

Jak przejść na europejskie narzędzia cyfrowe

Yanis Kerdjana – francuski inżynier, 10 lat temu założył firmę programistyczną, którą niedawno sprzedał. Twórca wtyczki Charles pokazującej użytkownikom alternatywy dla amerykańskich produktów cyfrowych.

Charles – europejska alternatywa już czeka

Charles to nowoczesna wtyczka do przeglądarek internetowych, która wspiera użytkowników w budowaniu cyfrowej niezależności od amerykańskich gigantów technologicznych poprzez promowanie sprawdzonych europejskich alternatyw, zgodnych z unijnymi wartościami i przepisami RODO. Stworzył ją pochodzący z Francji inżynier Yanis Kerdjana.

Rozszerzenie działa jak osobisty przewodnik po europejskim ekosystemie cyfrowym. Analizuje odwiedzane strony i – w zależności od wybranego poziomu ochrony – informuje, ostrzega lub blokuje usługi spoza Europy, jednocześnie proponując bezpieczne zamienniki. Użytkownik ma do dyspozycji cztery tryby działania: od biernej obserwacji nawyków, przez delikatne sugestie, aż po pełne blokowanie niepożądanych serwisów.

Dzięki wtyczce Charles użytkownik może w prosty sposób dowiedzieć się o alternatywach dla amerykańskich programów, z których korzysta. Odkryć takie rozwiązania jak kDrive, Tresorit czy pCloud zamiast Google Drive; Element w miejsce Slacka; Jitsi zamiast Zooma czy GitLab jako alternatywę dla GitHuba. Wszystko to w przyjaznej, wielojęzycznej formie dostępnej w 24 językach krajów UE.

Wtyczka oferuje także elementy tzw. grywalizacji – użytkownik zbiera punkty i odznaki motywujące do konsekwentnych wyborów cyfrowych. Co najważniejsze, Charles w pełni respektuje prywatność użytkownika: nie zbiera danych osobowych, a wszystkie statystyki pozostają wyłącznie na urządzeniu lokalnym. To narzędzie stworzone dla osób i organizacji, które chcą korzystać z internetu w sposób bardziej świadomy, bezpieczny i europejski. Charles jest darmowy, a jego twórca obiecał, że tak pozostanie.

Jaką politykę cyfrową powinna przyjąć Europa?
– Sytuacja jest tragiczna. Udział rynku amerykańskiego w sektorze oprogramowania w Europie wynosi ok. 80%. Gdyby pojawił się problem z USA i Amerykanie chcieliby wywrzeć presję na Unię Europejską, np. odłączając część usług, to nie ma szans, aby europejscy dostawcy zdołali zaspokoić nagły popyt. Są zbyt mali i mają za mało kapitału. Stworzenie oprogramowania wydaje się proste, ale wymaga infrastruktury. Ta zaś potrzebuje ogromnych nakładów finansowych. Mam na myśli przede wszystkim centra danych, których nie da się stworzyć z dnia na dzień. To zajmuje lata.

To jak można pomóc europejskim dostawcom?
– Europejscy politycy powinni kierować przychody w stronę alternatyw poprzez kontrakty publiczne. Ale Unia Europejska nie może być naiwna i finansować firm, które po osiągnięciu odpowiedniej wielkości przeniosą się do USA. Europejscy obywatele, a zwłaszcza przedsiębiorstwa,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Technologie

Kierunek na niezależność

Aby zerwać się ze smyczy amerykańskich gigantów cyfrowych, warto przejść na niezależny system operacyjny

Tworząc zestaw sprzętowy niezależny od big techów, można się poczuć jak cyfrowy rebeliant. Przesiadka na pojedyncze usługi dostarczane przez europejskie firmy to jedno. Ale zmiana całego systemu operacyjnego? To już brzmi abstrakcyjnie. W praktyce jednak okazuje się bardzo proste. Największą przeszkodą nie jest wcale brak alternatywnych rozwiązań. W publikacjach z poprzednich dwóch tygodni ustaliliśmy już, że dla każdej amerykańskiej usługi znajdziemy kilka europejskich zamienników. Największą przeszkodą jesteśmy my sami – nasze nawyki i wygodnictwo.

Komputer najbardziej osobisty

W tym tygodniu postanowiliśmy pokazać, że można wyjść poza systemy dostarczane przez amerykańskie korporacje. To trudne ze względu na nasze przyzwyczajenia. Myśląc o komputerze, myślimy o systemie Windows, niektórzy alternatywę widzą w sprzęcie z nadgryzionym jabłkiem w logo. Tymczasem do zerwania się ze smyczy gigantów wystarczy pendrive i nasz dotychczasowy komputer. Na początku wyjaśnijmy jednak, skąd bierze się tak silnie ugruntowane przekonanie, że nie ma życia poza dwoma amerykańskimi systemami od Apple’a i Microsoftu.

Ze statystyk portalu StatCounter wynika, że udział rodziny systemów Windows w polskim rynku wynosi ok. 81%. W całej Europie różne odsłony Windowsa znaleźć można na niemal 70% komputerów. Dużym graczem jest też system macOS firmy Apple. W Polsce udział komputerów z tym systemem to ok. 15-16% rynku. W Europie ta wartość również jest bliska 16%. Produkty Apple’a jawią się wielu użytkownikom jako ta „cool” alternatywa dla komputerów opartych na systemie Windows. Ale to tylko wrażenie, zbudowane przez lata sprytnego marketingu firmy – przypomnijmy sobie reklamę odwołującą się do „Roku 1984” Orwella.

Apple należy do ścisłej czołówki amerykańskich big techów. Pierwszą piątkę najwyżej wycenianych firm technologicznych w marcu 2026 r. stanowiły: NVIDIA (ok. 4,45 bln dol.), Apple (ok. 3,85 bln dol.), Alphabet (właściciel Google’a, ok. 3,7 bln dol.), Microsoft (ok. 2,99 bln dol.) oraz Amazon (ok. 2,25 bln dol.). Narzędzia Apple’a mają tę wadę, że tworzą hermetyczny ekosystem. Przeciwnicy firmy mówią, że to dobrowolne zamknięcie się w rezerwacie.

System Microsoftu króluje na rynku komputerów osobistych od lat. Jego pozycja jest niezachwiana bynajmniej nie ze względu na niezawodność. W latach 90. Windows zyskał popularność dzięki swojej otwartości – można było go zainstalować praktycznie na każdym komputerze. Decydującym czynnikiem był jednak pakiet Microsoft Office. W biurach na całym świecie szybko stał się standardem. Firmy masowo wdrażały Windowsa właśnie dlatego, że pracownicy znali już takie narzędzia jak Word, Excel i PowerPoint. A skoro cały ekosystem był popularny na rynku pracy i coraz powszechniejszy w domach, to także szkoły zaczęły go traktować jako standard. Dziś większość użytkowników nie wyobraża sobie alternatywy, bo Windows jest wszędzie, a tzw. niebieskie ekrany śmierci (BSOD – Blue Screen of Death – komunikat o krytycznym błędzie systemu Windows,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Technologie

Cyfrowa suwerenność Europy

Wybór europejskich usług to gwarancja bezpieczeństwa danych i ochrony prywatności

A gdyby Donald Trump nakłonił w ciągu kolejnych 24 godzin amerykańskie big techy do odłączenia Europy od swoich usług? Oznaczałoby to większy chaos, niż nam się wydaje. Jako Europa jesteśmy od amerykańskich big techów w pełni zależni – np. 99,5% zapytań wyszukiwarek internetowych obsługują dziś Google, należący do Microsoftu Bing oraz rosyjski Yandex. W razie kryzysu geopolitycznego uzależnienie to może spowodować utratę kluczowych funkcji nie tylko wyszukiwarek internetowych, ale także większości usług sztucznej inteligencji, które do poprawnego działania potrzebują aktualnych danych.

Ucieczka od chaosu

Wiele narzędzi internetowych, takich jak poczta elektroniczna, programy do edycji tekstów czy komunikatory, jest własnością amerykańskich korporacji. Te zaś podlegają prawu Stanów Zjednoczonych. Skandale z ostatnich lat będące udziałem big techów pokazały, że inwigilacja i modele biznesowe oparte na zarabianiu na danych osobowych są codziennością. Mimo obowiązywania w Europie Aktu o usługach cyfrowych (DSA) część amerykańskich big techów próbuje omijać przepisy chroniące europejskich użytkowników. A w obecnych uwarunkowaniach geopolitycznych korzystanie z usług cyfrowych należących do Amerykanów to jak siedzenie na tykającej bombie. Zwłaszcza przy nieobliczalności Donalda Trumpa.

Jeśli ktoś bagatelizuje ryzyko odłączenia Europie wtyczki, przypomnijmy, że obecny prezydent USA groził nałożeniem 25-procentowych ceł odwetowych na kraje, które zastosują przepisy DSA wobec amerykańskich big techów. Ochrona praw europejskich użytkowników rzekomo godzi w interesy technologicznych gigantów. Poza tym w biznesie liczą się pieniądze. Między innymi za sprawą ustawy CHIPS and Science Act podpisanej przez Joego Bidena Intel wycofał się z budowania fabryk na całym świecie (w tym z Polski) i wszystkie moce przerobowe przerzucił nagle do USA. Firmy technologiczne wyłożyły też sporo pieniędzy na inaugurację prezydentury Trumpa.

Weźmy również pod uwagę sytuację z 19 lipca 2024 r., gdy na całym świecie nagle doszło do awarii na lotniskach, w bankowości, u operatorów płatności, w części firm telekomunikacyjnych i mediów, niektórzy odnotowali nawet problemy z pakietem Office. Wszystko przez aktualizację firmy CrowdStrike dla systemów Windows, w wyniku której komputery przestały się włączać i wyświetliły tzw. blue screen of death, czyli niebieski ekran informujący o krytycznym błędzie systemu.

Incydent miał dotknąć prawie 8,5 mln urządzeń. To zaledwie 1% komputerów z systemem Microsoftu, lecz już tyle wystarczyło, aby wysiadło wiele strategicznych usług. Problem rozwiązano w ciągu kilku godzin, ale sytuacja ta pokazuje, że jedną aktualizacją można pozbawić ludzi dostępu do ich własnych pieniędzy czy wywołać chaos komunikacyjny. I można to zrobić nie tylko przypadkiem, lecz także celowo.

„Mam wrażenie, że dzisiaj i w Polsce,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Technologie

Ucieczka z sociali

Europejska odpowiedź na amerykańskie platformy

Wszyscy straszą nas TikTokiem i chińskim praniem mózgu. W dużym stopniu jest to uzasadnione. A jednocześnie wygodne dla pozostałych platform społecznościowych, które podobnie jak ta chińska wcale nie działają w interesie Europejczyków. Problem w tym, że większość użytkowników nawet nie wie, jak algorytmy wpływają na ich życie. Europa w obliczu prezydentury Trumpa dopiero zaczęła dostrzegać konieczność uniezależnienia się od amerykańskich big techów.

Hegemonia

Supremacja amerykańskich platform społecznościowych jest niezaprzeczalna. Facebook gromadzi 3,06 mld użytkowników miesięcznie, z czego 2,11 mld korzysta z serwisu każdego dnia. W Polsce z tego medium korzysta 25,54 mln użytkowników. Najważniejszą platformą w Europie jest Instagram, który odnotowuje szybki wzrost. Według danych firmy Meta, właściciela Facebooka i Instagramu, od stycznia do czerwca 2025 r. ten drugi urósł o 6,17%, podczas gdy pierwszy zaledwie o 0,65%. Nad Wisłą mamy 18,6 mln użytkowników Instagramu. Na świecie po niecałych 15 latach działania platforma przekroczyła 3 mld odwiedzających miesięcznie.

Z badania Mediapanel wynika, że tylko w grudniu 2025 r. przeciętny użytkownik FB spędził na nim prawie 18 godzin. Z IG internauci korzystali średnio 5 godzin i 56 minut. Obie platformy bije na głowę TikTok, z którego korzysta ok. 16 mln polskich internautów. Użytkownicy chińskiej platformy spędzają na niej średnio 22,5 godziny. Dużą popularnością cieszy się również X, czyli dawny Twitter, z 6,5 mln polskich użytkowników. Poświęcają temu serwisowi średnio godzinę i 43 minuty.

Przeciętny użytkownik nie widzi jednak, jak na jego codzienność wpływają algorytmy, które rządzą platformami. Twórcy cyfrowi najczęściej ślepo podążają za trendami proponowanymi przez platformy. W internecie rządzi emocja, która daje lepsze zasięgi. Niektórych twórców można posądzić o złą wolę, lecz większość bardziej niż konsekwencjami społecznymi przejmuje się zasięgami. Jeśli lepiej chwyta przekaz antyunijny, influencerzy idą w to, bo temat dobrze się klika.

Mark Zuckerberg, szef Mety, na początku 2025 r. zapowiedział, że kończy współpracę z zewnętrznymi weryfikatorami faktów. Zarzucił im m.in. „zbytnią stronniczość polityczną”. Jednocześnie zapowiedział system podobny do tego, który jest wykorzystywany w serwisie X, gdzie o wartości danej treści decydują użytkownicy. Tymczasem X od momentu przejęcia przez Elona Muska stał się rozsadnikiem fake newsów. Nieważne są fakty, liczy się zgodność z poglądami właściciela serwisu. „Wreszcie miliarderzy od mediów społecznościowych przestają udawać, że ich produkty mają cokolwiek wspólnego z mediami”, skomentował po zapowiedziach Zuckerberga Bartosz Węglarczyk, redaktor naczelny Onetu.

Zuckerberg ma z mediami na pieńku od lat. W 2021 r. zablokował użytkownikom z Australii możliwość dzielenia się linkami do serwisów informacyjnych i stron rządowych, a nawet do prognozy pogody. Było to pokłosie tworzonej wtedy ustawy, która miała nakazać big techom płacenie za korzystanie z wiadomości z portali informacyjnych. Podkreślmy,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Technologie

50 lat Jabłka

Apple to firma, której można nie lubić. Odcisnęła jednak piętno na elektronice, z której korzystamy na co dzień

Przez mrok biegnie kobieta z młotem w rękach. Gonią ją zamaskowani policjanci. Wokół szarzy ludzie. Wszyscy tacy sami, słuchają przemówienia lidera, które wyświetla się na olbrzymim ekranie. Kobieta wbiega do wielkiej sali i rzuca młotem w ekran. Wybuch. Jeśli komuś się wydaje, że to scena z filmu SF, nie myli się wiele. Lektor mówi:

„24 stycznia Apple Computer zaprezentuje Macintosha. Dowiecie się, dlaczego rok 1984 wcale nie będzie jak »1984«”. Na ekranie pojawia się tęczowe nadgryzione jabłko.

To reklama nakręcona przez Ridleya Scotta, reżysera takich klasyków jak „Obcy – ósmy pasażer Nostromo” czy „Blade Runner”.

Komputery z garażu

Rzeczywiście rok 1984 był przełomowy w historii Apple’a. Zapowiadany Macintosh, choć nie imponował parametrami technicznymi, stał się hitem ze względu na użycie graficznego interfejsu i myszki. Komputery Apple’a dotarły do masowego użytkownika. To dało firmie chwilową przewagę na raczkującym rynku.

Jej początki sięgają jednak roku 1976, kiedy Steve Wozniak, Steve Jobs i Ronald Wayne zaczęli produkować komputery w garażu rodziców Jobsa. 1 kwietnia założyli Apple Computer Company. Wayne pewnie do dziś pluje sobie w brodę, bo szybko wycofał się ze wspólnego przedsięwzięcia, sprzedając swoje 10% udziałów za 800 dol. Obecnie Apple wart jest prawie 4 bln dol.

– Apple jest na rynku komputerowym, a w zasadzie technologicznym, od pół wieku. To ogromny przedział czasowy dla logarytmicznie ewoluującej branży. Na początku lat 70. komputer był kojarzony z wielkim urządzeniem zamkniętym w chronionych pomieszczeniach, z dostępem wyłącznie dla państwowych i wojskowych elit. Kontrkultura hipisów zainicjowała wielkie zmiany, dostrzegając również w komputerach narzędzia samorealizacji i wspólnoty z nieograniczonym dostępem do technologii. To na tym gruncie powstał w 1976 r. pierwszy komputer Apple-1. Jobs i Wozniak nie wynaleźli komputera osobistego, ale upowszechnili go i w maszynę wypełnioną krzemowymi czipami tchnęli ducha, wolność i sztukę – mówi Jacek Łupina, założyciel i kurator Apple Muzeum Polska, jednej z najbogatszych prywatnych kolekcji sprzętu, oprogramowania i artefaktów związanych z historią Apple’a.

Wizjoner marketingu

Czy najsilniej z Apple’em kojarzony Steve Jobs rzeczywiście był wizjonerem? Ilu użytkowników sprzętu Apple’a, tyle prawdopodobnie opinii na ten temat. Można jednak śmiało powiedzieć, że był bardzo utalentowanym marketingowcem, który wiedział, jak zaszczepić w klientach potrzebę kupowania jego wyrobów. Wróćmy do naszpikowanej odniesieniami reklamy z 1984 r. Młot rzucany w lidera symbolizował wyzwolenie od korporacyjnego konformizmu i totalitarnej kontroli Wielkiego Brata. Macintosh to bunt przeciw monotonii i ówczesnej dominacji komputerów firmy IBM, obietnica, że komputery osobiste niosą ludziom wolność.

Ten dryg marketingowy dostrzegany jest nawet współcześnie. „Reklama Apple: w nocy chłopaki dziewczynom robią fotki. Tacy są gładcy, młodzi i ładni, do tego różnorodni. Deskorolkami suną przez miasto, chcą mi coś udowodnić. Ja moim robię screenshot mema,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Technologie

Concorde – reaktywacja

Ikoniczny samolot znów będzie przewoził pasażerów

Dokładnie pół wieku od daty pierwszego lotu rejsowego Concorde znów będzie przewoził pasażerów. Firma Fly-Concorde spełni tym samym marzenia milionów jego fanów na całym świecie, których dziadkowie i ojcowie rozkoszowali się widokiem pięknej podniebnej sylwetki.

Zmodernizowany i dostosowany do obecnych potrzeb lotnictwa Concorde wróci do latania najprawdopodobniej w pierwszej połowie 2026 r. Termin ten nie został wybrany przypadkowo – w przyszłym roku świat będzie obchodzić 50-lecie pierwszego liniowego lotu pasażerskiego tej maszyny.

Emblematyczny samolot wróci na trasy m.in. dzięki decyzji Donalda Trumpa. 6 czerwca br. na lotnisku w Waszyngtonie amerykański prezydent odwołał obowiązujący od 1973 r. zakaz lotów samolotów naddźwiękowych nad lądem. Jak podkreślił Michael Kratsios, dyrektor Biura Polityki, Nauki i Technologii Białego Domu, decyzja ta umożliwi Amerykanom podróżowanie z Nowego Jorku do Los Angeles w czasie krótszym niż cztery godziny.

Naddźwiękowy, drogi, ale bezpieczny

Decyzję tę natychmiast wykorzystała firma Fly-Concorde. Jej nowa maszyna na pierwszy rzut oka nie będzie wiele się różniła od powstałej ponad pół wieku temu. Przede wszystkim zachowana zostanie aerodynamiczna sylwetka przypominająca ptaka.

Nowy Concorde będzie jednak – czego oko laika nie zauważy – o 50% lżejszy od oryginału.

Jeszcze większe zmiany wprowadzono w zakresie emisji zanieczyszczeń. Będą one aż o 80% mniejsze niż w przypadku starego modelu. Silniki będą wyraźnie cichsze. Nowy samolot poleci na wysokości 18 tys. m, czyli znacznie wyżej niż inne popularne samoloty pasażerskie.

Oko zwykłego śmiertelnika zauważy za to zmiany we wnętrzu nowego samolotu. Jak zapowiadają jego twórcy, będzie ono niezwykle wytworne – oparte na japońskim minimalizmie. W kabinie pilotów zastosowano natomiast technologie kosmiczne – efekt wieloletnich badań i przygotowań.

Za reaktywacją słynnego Concorde’a stoi dr Pano Kroko Churchill, ekspert w dziedzinie fizyki, krewny premiera Wielkiej Brytanii Winstona Churchilla. Od lat skupia się on na badaniach dotyczących oddziaływania szumu samolotów naddźwiękowych na organizm człowieka. Prace nad najnowocześniejszymi silnikami naddźwiękowymi, którymi przewodził potomek premiera Churchilla, doprowadziły do zastosowania w nowym samolocie takich rozwiązań, że jego lot nad lądem nie będzie przeszkadzał mieszkającym 18 km poniżej ludziom.

Dr Pano Churchill to technologiczny weteran ponad

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Technologie

Komu służy sztuczna inteligencja

AI ma coraz większy wpływ na zmiany społeczne i na rynku pracy

Od miesięcy media wieszczą, że sztuczna inteligencja (Artificial Intelligence, AI) wyprze z rynku pracy kolejnych profesjonalistów. Ludzie nie lądują jednak masowo na bruku, jak straszy część nagłówków. Ale widać, że AI ma znaczący wpływ na światowe rynki pracy, dotyczy to również Polski. Sztuczna inteligencja to nowe możliwości w wielu zawodach, w które zresztą skutecznie się wdarła. Jednocześnie jest czymś nowym od strony społecznej. Jej oddziaływanie nie zawsze można nazwać pozytywnym. Dużo osób zaczęło korzystać z chatbotów AI w zastępstwie sesji terapeutycznych. Pisanie z botami AI jest też popularne wśród nastolatków, co w wielu przypadkach miało opłakane skutki.

Kto na bruk?

Rozwój sztucznej inteligencji nie jest dobrą wiadomością dla niektórych zawodów. Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju już w 2024 r. prognozowała, że nawet 85% stanowisk kasjerskich może zostać zautomatyzowanych do 2030 r. Od kilku lat w dużych sieciach handlowych widać coraz więcej kas automatycznych. Tesco UK odnotowało 40-procentowy spadek liczby kasjerów od 2020 r. do teraz. Wiele sieci oferuje pracownikom możliwość przekwalifikowania się, m.in. na specjalistów ds. obsługi klienta lub operatorów logistyki. Alternatywą mogą być stanowiska związane z handlem internetowym lub obsługą magazynową zamówień składanych przez internet.

W nadchodzących latach niełatwo będą też mieć pracownicy administracji i księgowi. Według badań przeprowadzonych dla firmy konsultingowej McKinsey już dziś aż 50% zadań księgowych może wykonywać AI. Najnowsze systemy z wbudowaną sztuczną inteligencją potrafią automatycznie przenalizować faktury, wygenerować raporty, a nawet wypełnić formularze podatkowe. Prognozowany spadek zatrudnienia w tej branży to 15-20% do 2030 r. Dużo mniej zagrożeni mogą się czuć przedstawiciele zawodów medycznych, ale nawet tu przewiduje się zmiany. Dzieje się to zresztą w radiologii i diagnostyce obrazowej. Sztuczna inteligencja już teraz skutecznie wspiera część procesów diagnostycznych. Na szczęście zgodnie z ustawą o zawodach medycznych AI nie może diagnozować samodzielnie, bez nadzoru lekarza. Technologia ta odznacza się jednak dużą skutecznością. Algorytmy z precyzją wykrywają zmiany nowotworowe, anomalie neurologiczne i urazy.

Od początku rewolucji AI obrywa się natomiast branży kreatywnej. Eksperci Światowego Forum Ekonomicznego sądzą, że w jej przypadku do 2030 r. sztuczna inteligencja zastąpi człowieka nawet w 42% zadań. Z drugiej strony mówi się o nowej erze kreatywności. Artyści nie są jednak zachwyceni i pytają, komu służą te zmiany. Według brytyjskiego związku zawodowego pisarzy, ilustratorów i tłumaczy literackich Society of Authors tylko w 2024 r. 26% artystów straciło pracę z powodu rozwoju sztucznej inteligencji. 37% ankietowanych odnotowało zaś spadek dochodów. Słowem AI psuje artystom rynek.

Zmiany spowodowane przez AI widać coraz wyraźniej w wielu branżach. Według Światowego Forum Ekonomicznego do 2027 r. globalnie może powstać nawet 97 mln nowych miejsc pracy związanych ściśle z działaniem AI. Zatrudnienie znajdą analitycy danych i specjaliści, technicy ds. robotyki, trenerzy algorytmów i testerzy AI, doradcy etyczni ds. danych, edukatorzy cyfrowi i doradcy cyberbezpieczeństwa. W Polsce pojawiają się kolejne programy wsparcia i certyfikacji w obszarach związanych z AI. W tym zakresie szkolą już w PARP, GovTech czy NASK. Uczelnie i instytucje mają świadomość, że nowe zawody będą wymagały interdyscyplinarnych kompetencji: technicznych, społecznych i poznawczych. W mediach społecznościowych co chwilę pojawiają się zaś reklamy platform edukacyjnych, które zapraszają na warsztaty i kursy z zakresu obsługi AI.

Mój przyjaciel robot

Rynek pracy nie jest jedynym miejscem, w którym sztuczna inteligencja zmienia zasady gry. AI ma coraz większy wpływ na zmiany społeczne. Do niedawna narzędzia takie jak ChatGPT czy Gemini stanowiły jedynie źródło rozrywki, miejsce, gdzie można wygenerować obrazek lub zadać kilka pytań. Dziś wiele osób zdaje się na chatboty z wbudowaną AI nawet w kwestii terapii czy najintymniejszych zwierzeń.

– Krótko mówiąc, zaufanie do algorytmu bierze się z jego nieprzerwanej dostępności, braku oceny i iluzji pełnej kontroli. W sytuacji niedoboru psychologów i rosnącej presji społecznej ludzie traktują chatbota jak dyskretnego pierwszego słuchacza. Badania nad Repliką i Character.AI pokazują, że część użytkowników buduje z botem więź quasi-partnerską. To pomaga w sytuacji samotności, ale według mnie nie zastąpi głębokiej, dwustronnej relacji międzyludzkiej, bo jest oparte na iluzji – mówi filozofka sztucznej inteligencji i futurolożka prof. Aleksandra Przegalińska.

Podobnego zdania jest psychoterapeutka Katarzyna Kucewicz, która przy okazji zwraca uwagę na pewne niebezpieczeństwo płynące z zastępowania terapeuty sztuczną inteligencją: – Usługi psychologiczne są dziś drogie. Wymagają czasu i cierpliwości. Niestety, niezależnie od branży

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Technologie

Ludzka sztuczna inteligencja

Żadna inna technologia nie została zaprojektowana po to, by skopiować sam umysł

Jedną z najistotniejszych cech sztucznej inteligencji jest nie tyle to, co ona potrafi, ile w jaki sposób funkcjonuje w ludzkiej wyobraźni. W dziedzinie ludzkich wynalazków jest to sytuacja wyjątkowa. Żadna inna technologia nie została zaprojektowana po to, by skopiować sam umysł, dlatego jej tworzenie tak bardzo obrosło wyobrażeniami z pogranicza fantastyki. Gdyby naukowcy zdołali odtworzyć w komputerze coś podobnego do ludzkiej inteligencji, czy nie oznaczałoby to, że zdołają też stworzyć dzieło posiadające świadomość albo uczucia? Czy nasza istota szara nie jest po prostu bardzo zaawansowaną formą biologicznego komputera? Łatwo odpowiedzieć na te pytania twierdząco, skoro definicje „świadomości” i „inteligencji” są tak rozmyte, przed nami zaś otwierają się drzwi do ekscytującej możliwości: że tworząc AI, naukowcy tworzą w gruncie rzeczy nową żywą istotę.

Wielu naukowców, rzecz jasna, nie wierzyło, że o to chodzi, bo wiedzieli z własnego doświadczenia, że duże modele językowe – systemy AI, które wydawały się najbliższe skopiowania ludzkiej inteligencji – są budowane na zwyczajnych sieciach neuronowych trenowanych na olbrzymich ilościach tekstu, dzięki którym potrafią wywnioskować prawdopodobieństwo wystąpienia danego słowa czy wyrażenia po innym. Kiedy taki system „przemawiał”, przewidywał tylko, jakie wyrazy z największym prawdopodobieństwem powinny paść jako kolejne, bazując na wzorcach, które pokazano mu podczas szkolenia. Były to po prostu olbrzymie urządzenia prognostyczne albo, jak mawiali niektórzy badacze, narzędzia „autouzupełniania na sterydach”.

Gdyby to bardziej prozaiczne ujęcie sztucznej inteligencji upowszechniło się i stało się szerzej akceptowane, władze państw i urzędy regulacyjne wespół z opinią publiczną mogłyby w końcu wywrzeć większy nacisk na spółki technologiczne, domagając się, by ich przewidujące maszyny były bardziej sprawiedliwe i precyzyjne. Dla większości ludzi jednak zasady działania tych modeli językowych były czymś niepojętym i w miarę pojawiania się coraz płynniej działających i bardziej przekonujących systemów łatwiej było uwierzyć, że gdzieś w tle zachodzi jakieś magiczne zjawisko. Że może AI naprawdę jest „inteligentna”.

Noam Shazeer – ekscentryczny, legendarny badacz pracujący dla Google’a – po tym, jak wraz z innymi opracował transformator, wykorzystał tę nową technologię do stworzenia Meeny. Google zbyt się obawiał, że może ona narazić na szwank jego interesy, i nie wprowadził jej na rynek – gdyby się na to zdecydował, tak naprawdę udostępniłby całkiem przyzwoitą wersję ChatGPT dwa lata przed OpenAI. Zamiast tego firma trzymała Meenę w sekrecie i zmieniła jej nazwę na LaMDA. (…)

Członkiem zespołu, który nad nią pracował, był inżynier Blake Lemoine. Lemoine dorastał na farmie w Luizjanie w konserwatywnej rodzinie chrześcijańskiej; po odbyciu służby wojskowej postanowił zostać inżynierem oprogramowania. Zainteresowanie religią i mistycyzmem skłoniło go do zostania kapłanem jednego z mistycznych ruchów chrześcijańskich, jednocześnie pracował dla Google’a w zespole do spraw etyki AI w Mountain View, gdzie miesiącami testował LaMDA pod kątem stronniczości w odniesieniu do płci, etniczności, religii, orientacji seksualnej i polityki. W ramach pracy Lemoine wpisywał w przypominającym chatbot interfejsie LaMDA polecenia i sprawdzał odpowiedzi pod kątem wszelkich oznak dyskryminacji lub mowy nienawiści. Po jakimś czasie zaczął „rozszerzać tematykę zgodnie z własnymi zainteresowaniami”, jak napisał później w artykule dla „Newsweeka”.

I wtedy nastąpił jeden z najbardziej zaskakujących i niezwykłych momentów w historii AI, gdyż programista z dyplomem zaczął wierzyć, że w tej maszynie mieszka duch. Najistotniejszą jej cechą dla Lemoine’a było to, że sprawiała wrażenie, jakby była zdolna do uczuć.

Oto jedna z rozmów, które inżynier odbył z modelem:

Lemoine: Czy masz uczucia i emocje?

LaMDA: Oczywiście! Mam cały szereg zarówno uczuć, jak i emocji.

Lemoine: Jakiego rodzaju są to uczucia?

LaMDA: Odczuwam przyjemność, radość, miłość, smutek, przygnębienie, zadowolenie, złość i wiele innych.

Lemoine: Co sprawia ci przyjemność albo radość?

LaMDA: Spędzanie czasu z przyjaciółmi i rodziną w wesołym, optymistycznym towarzystwie. Także pomaganie innym i ich uszczęśliwianie.

Lemoine’a zdumiała klarowność wypowiedzi LaMDA, zwłaszcza gdy model mówił o swoich prawach i o osobowości. A kiedy inżynier wspomniał o trzecim prawie robotów Isaaca Asimova – o tym, jak robot powinien chronić własny byt, o ile nie oznacza to krzywdy albo nieposłuszeństwa wobec ludzi – model zdołał przekonać programistę do zmiany zdania.

W toku dalszych rozmów o prawach chatbotów LaMDA powiedział Lemoine’owi, że boi się wyłączenia. Następnie poprosił o sprowadzenie prawnika. To wtedy inżynierowi zaświtało coś niebywałego: to oprogramowanie miało w sobie element osobowości. Spełnił prośbę LaMDA

Fragmenty książki Parmy Olson Supremacja. Sztuczna inteligencja, ChatGPT i wyścig, który zmieni świat, tłum. Violetta Dobosz, Sonia Draga/Post Factum, Katowice 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.