Koszty pracy, koszty życia

Koszty pracy, koszty życia

Rząd planuje zamrożenie płac dla pracowników sfery budżetowej. Wszystko tłumaczone jest potrzebą oszczędności i redukcją długu publicznego. Rządowi eksperci wyliczają potencjalne zdobyte w ten sposób oszczędności na 800 mln zł. W tym samym jednak czasie, kiedy pod hasłem troski o stan finansów publicznych rząd chce ciąć wydatki socjalne i zamrozić płace pracownikom (a de facto je obniżyć – ponieważ te same pieniądze po pewnym czasie mają mniejszą wartość), spokojnie z budżetu państwa wydaje się corocznie kilkaset milionów na okupację Afganistanu i sporo więcej na ulgi finansowe oraz dotacje dla Kościoła. Jednym się zabiera, drugich się wspiera.
Kiedy różnej maści prezesi banków, menedżerowie firm, klony Balcerowicza z fundacji FOR lamentują nad wysokimi kosztami pracy w Polsce, sami chętnie przyjmują ponadprzeciętne dochody.
Max Horkheimer nazywał to burżuazyjną moralnością: „To, że zwierzchnik wydaje codziennie kilka tysięcy marek, a pracownikowi odmawia 20 marek podwyżki, nie jest niemoralne, ale gdy rewolucyjnie usposobiony literat zarobi gdzieś kilkaset marek i dzięki temu przez jakiś czas dobrze mu się wiedzie, czy w ogóle swoją radykalną pisaniną regularnie zarabia i żyje lepiej niż pracownik fizyczny – do licha, jakiż to brak charakteru”. Dziś również ci wszyscy zatroskani o dług publiczny i oburzeni na wydatki socjalne („bo są przesadne”, „niszczą ducha przedsiębiorczości”, „utrzymują leni i nicponi”, „obciążają wydatki publiczne” itd., itp.) zazwyczaj nie mieszczą się w grupie 70% społeczeństwa polskiego, która nie osiąga nawet średniej krajowej. Jak podsumowuje Horkheimer, „burżuazyjna moralność oraz religia są bezprzykładnie tolerancyjne wobec życia bogatych ludzi i bezprzykładnie surowe wobec tych, którzy pragną położyć kres biedzie”.
Ten typ moralności obowiązuje również w polskich mediach. Np. „Rzeczpospolita” lamentuje nad trudnym życiem milionerów w Polsce – co za koszmar: liczba osób zarabiających rocznie powyżej miliona złotych spadła w Polsce w ciągu roku z poziomu 13,5 tys. podatników do poziomu 10,7 tys. osób. To niemal tragedia narodowa i dowód braku elastyczności państwa wobec działalności przedsiębiorców. Biedni milionerzy – zamiast latać co miesiąc na wakacje, muszą zadowolić się tylko dwu- czy trzykrotnym wylotem w ciągu roku na Dominikanę.
Szkoda, że zamiast o istotnych dla ludzi sprawach dochodów i jakości życia obywateli politycy PO i PiS wolą dyskutować na nowo o katastrofie smoleńskiej, a media cenią bardziej kłótnie z komisji hazardowej niż debatę o realnej wartości pracy i kosztach życia w Polsce. Ten wątek powinna głośno poruszać lewica, ponieważ lamentowanie nad wysokimi kosztami pracy w Polsce jest już nudne, fałszywe i niewiele mające wspólnego z prawdą. Dochody Polaków są nadal na niskim poziomie, a jedyne, co Polska ma wciąż do zaoferowania zagranicznemu kapitałowi, to niskie podatki i tania siła robocza.
Budowniczowie polskiego kapitalizmu dorabiający się milionów na półdarmowej pracy rzeszy młodych ludzi i absolwentów polskich uczelni chcą jednak dorabiać się fortun nie przez całe życie, ale w ciągu kilku lat. Niewiele ma to wspólnego z mentalnością opisaną w klasycznym dziele Maksa Webera „Duch kapitalizmu a etyka protestancka”. Duchem kapitalizmu Weber określał ograniczenie konsumpcji, ascetyczny tryb życia oraz tworzenie kapitału przez oszczędności i systematyczną pracę. Dziś w Polsce adepci kapitalistycznej filozofii politycznej bardziej cenią wyszukaną „konsumpcję na pokaz” oraz szybkie wzbogacanie poprzez maksymalne dokręcanie śruby wytwórcom ich bogactwa – czyli zwykłym pracownikom.
Media oburzają się, kiedy związki zawodowe w Polsce, niemrawo jak na europejskie standardy, domagają się podwyżek płac. Tzw. eksperci z neoliberalnej Fundacji FOR, wspieranej m.in. przez banki, od razu podnoszą wrzask: „to nierealne postulaty!”. Szkoda, że nie uznają, iż nierealny powinien być fakt płacenia ludziom po studiach na poziomie 1,5 tys. zł netto. To dzisiaj jednak niemal standard polskiego „realnego kapitalizmu”. Rośnie nam kolejna kuriozalna kategoria osób: do tej pory mieliśmy niewierzących, ale pod presją otoczenia praktykujących; teraz dodatkowo będziemy mieć pracujących, ale na skutek żałosnych pensji niepotrafiących się samodzielnie utrzymać. Czy tak ma wyglądać polska modernizacja: młodzi ludzie pracujący i wciąż utrzymywani przez swoich rodziców?
W ten sposób rodzi się w Polsce na naszych oczach „społeczeństwo dwóch prędkości”: ci, którzy nie mają żadnych szans na planowanie własnego życia, oraz nieliczna grupa oddająca się wyrachowanej „konsumpcji na pokaz”. Tym, co łączy te dwie kategorie, jest coraz większa izolacja. Nierówność bowiem w dzisiejszych czasach coraz bardziej wiąże się z izolacją. I na razie ten właśnie model transformacji został uznany za właściwy i jedyny możliwy dla „reformy” sfery publicznej w Polsce. Klasyczny przykład, kiedy to już nie mniejszość jest dyskryminowana, ale uprzywilejowana mniejszość finansowa dyskryminuje całą pozostałą większość. Najwyższy czas, aby obecna sytuacja społeczno-ekonomiczna przemodelowała polską politykę i realizowany model stosunków społecznych.

Wydanie: 29/2010

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy