Zawsze za późno, zawsze za wcześnie

Zawsze za późno, zawsze za wcześnie

Parafrazując biblijnego Koheleta, można na poziomie niedookreślonej ogólności powiedzieć, że zawsze jest czas na coś i na coś innego czasu nie ma. Może będzie później, ale nie teraz, na boga, nie teraz, jak możesz w takim momencie wyskakiwać z tym temacikiem zastępczym, wątkiem pobocznym, marginalnym głosikiem. „Nie szkoda róż, gdy płonie las”. Na naszej liście priorytetów czegoś zawsze braknie, coś nie dojedzie, o czymś nie da się pogadać. Jakoś dziwnie się składa, że większość tych zastrzeżeń, wykluczeń, „zamilknij teraz” połajanek płynie niemal jednokierunkowo. To ostrze „nie czas teraz” zwrócone jest nad Wisłą od ponad 30 lat w stronę praw, zagadnień i rozwiązań socjalnych, polityk społecznych.

Nie czas na biadolenie o likwidowanych pegeerach, gdy świeżo importowane kowadła „wolnorynkowe” („wolno-” w znaczeniu wolne żarty) wykuwały bożka wzrostu – produkt krajowy brutto. Ma rosnąć bez końca i nieopamiętale ten sztuczny wskaźnik liczenia wartości wyprodukowanych w danym roku towarów i usług. PKB został wymyślony w rooseveltowskich czasach po wielkim kryzysie, później przemaglowany przez speców od ideologii nowoczesnego kapitalizmu wbrew założeniom, celom i ograniczeniom, które opisywał i podnosił jego twórca Simon Kuznets, amerykański ekonomista o białoruskich korzeniach. Wskaźnik ten nie uwzględniał kosztów, w szczególności kosztów społecznych. Tylko pieniądz. Bez liczenia i pytania o szkodliwość czy pożytek. O kontekst ludzki, środowiska naturalnego, gospodarki wydobywczej, surowcowej. PKB nigdy, a w szczególności obecnie, nie opisywał poziomu dobrobytu i stanu zadowolenia czy szczęśliwości społeczeństwa. Liczono tylko wytworzony pieniądz – on był szczęściem, spełnieniem, horyzontem, marzeniem. W tym świecie było miejsce tylko dla silnych i bezwzględnych, umiejętnie układających się z państwem i na nim pomnażających swoje majątki.

Nikt nie ma tylu niekrytykowalnych praw, co nowo zaistniały bożek. A tym był PKB w Polsce lat 90., sprowadzony i zapakowany jak regalik z Ikei, wraz z instrukcją dla idiotów, czytaną wówczas przez emisariusza neoliberalnej szkółki chicagowskiej – Jeffreya Sachsa (uczciwie dodajmy, człowieka, który w ostatnich dekadach przejrzał na oczy i stał się zagorzałym i dosadnym krytykiem zaaplikowanej krajom poradzieckim terapii szokowej i ich konsekwencji). Jego ówczesny akolita wykonawczy, zwany ministrem finansów, a nawet wicepremierem, Leszek Balcerowicz, niestety nie otrzeźwiał do dzisiaj i wierzy bez śladu wątpliwości w przykazania religii „świętej własności prywatnej” pod wezwaniem Reagana i Thatcher. Stwierdzenie, że „jeśli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów”, znalazło w nim najwierniejszego z wiernych kapłanów.

Kiedy PiS rozwalało konstytucyjne umocowania sądów, prokuratury, Trybunału Konstytucyjnego, nie było czasu na mówienie o zapisanej tamże „społecznej gospodarce rynkowej” – walka o konstytucję miała rzekomo uniemożliwiać domaganie się spójnej, efektywnej polityki mieszkaniowej, edukacyjnej, opiekuńczej (coraz większe jej połacie prywatyzowano). Podobnie służba zdrowia – intratne zabiegi i wysokopłatne usługi oddano w prywatne ręce, ale kiedy choroba jest przewlekła, opieka uciążliwa, ratunku można szukać tylko w państwowych placówkach. Polskie pielęgniarki należą do najstarszych w Europie, jest ich z roku na rok mniej, wymierają, jak i sami Polacy. I co? I nic. W modelu żarłocznego biedakapitalizmu nie są w cenie i nie znajdują uznania.

Nie czas mówić o pokoju, kiedy trwa wojna. Ale kiedy jeszcze nie wybuchła, też nie było czasu albo był zły czas. Podziwiane w świecie Muzeum II Wojny Światowej zostało spacyfikowane wedle zaleceń jednego z recenzentów, który konstatował, że nazbyt eksponowane jest hasło „Nigdy więcej wojny”. No to już jest. Wojna. Potem będzie muzeum.

Nie czas na prawa kobiet, LGBT, pracowników (wydmuszkowa Państwowa Inspekcja Pracy jest wzorcem instytucji atrapowej), nie czas na prawa uczniów, uchodźców z Iraku, Syrii, Afganistanu. Nie czas na mówienie o mediach publicznych i ich powinnościach wobec społeczeństwa, kiedy trzeba walczyć z partyjnie sprywatyzowanymi mediami Kurskiego (Jacka). Ale też nie było czasu przez minione dekady. Kurski postawił pisowską kropkę nad uzależnieniem mediów od bieżących polityków. Nie ma czasu, nie ma czasu. Chyba żeby przepisać milionowe dobra na żonę, zanim zostanie się premierem, chyba żeby kupić bez przetargu trefne respiratory od noname’a albo okazyjnie od Kościoła działkę i ją opchnąć wielokrotnie drożej. Nie ma czasu, żeby się zająć pedofilią księży oraz ukrywających i tuszujących ją biskupów, ale żeby odebrać immunitet posłance Scheuring-Wielgus za powieszenie w proteście dziecięcych bucików na kościelnym płocie – czas się znajdzie.

Ale „przyjdzie kryska na Matyska”. Matyskowie wszystkich „niemaczasów” – szykujcie się, wasz czas dobiega końca, czas na po was.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 20/2022

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy