Czy Kościół może mieć lepszą przyszłość?

Czy Kościół może mieć lepszą przyszłość?

Najwyższa hierarchia Kościoła katolickiego postanowiła rozliczyć się tym razem ze swoją przeszłością. Papież zwraca się do Boga z prośbą o przebaczenie grzechów, jakie Kościół popełnił przed setkami lat, gdy był najpotężniejszym systemem władzy w Europie, przed którym korzyli się cesarze i drżały cale narody, zarówno chrzczone, jak niechrzczone. Kościół jest ciałem mistycznym. mimo upływu czasu jest zawsze ten sam, swoją misję opiera na prawdach objawionych, a jego dogmaty mają ważność niezależną od zmiennej historii ludzkich mniemań. Jeżeli tak, to dlaczego dawni .papieże, wśród których nie brakowało postaci wybitnych, nie umieli tak dobrze odróżnić dobra od zła, jak potrafi obecny papież? I skąd Jan Paweł II dowiedział się tego, czego nie wiedzieli jego poprzednicy? Oczywiście pytania skierowane do teologów są zawsze retoryczne, bo oni na wszystko mają gotową odpowiedź.

Gdyby Kościół wystąpił z taką samokrytyką kilka wieków wcześniej, to by jej nie przetrwał. Wszystko, co wtedy głosił, miało większe znaczenie. dziś jego samokrytyka pada na miękki grunt przekonań relatywistycznych, liberalnych. postmodernistycznych. Wszystko można powiedzieć i wszystkiego można wysłuchać bez konsekwencji. Samokrytyka Kościoła teraz rozłazi się w powszechnie praktykowanych ”rozliczeniach z przeszłością” i w obecnej koncepcji historii, charakteryzującej się, jak ktoś powiedział, ‚retrospektywnym pokutowaniem i biciem się w piersi za winy poprzednich pokoleń”.

Rozumiem tych, którzy przyjmują przyznanie się Kościoła do winy jako akt słuszny, sprawiedliwy. Sam inaczej to widzę. Nie mogę się w tym dopatrzyć mądrości. Mamy tu raczej przykład instytucjonalnego konformizmu i adaptowania się do społeczeństwa liberalnego, na które Kościół nie może oddziałać tradycyjnymi metodami.

Nowomodni hierarchowie Kościoła powinni najpierw zadać sobie pytanie, czy to dobrze, czy źle, że Kościół przetrwał dwa tysiące lat. Odpowiedzą, że dobrze. Skoro tak, to powinni rozpatrywać historię przede wszystkim pod kątem, co tej trwałości służyło, a co mogło jej zagrozić. Katolicy odnieśli zwycięstwa nad heretykami i innowiercami nie dzięki dysputom, lecz dzięki tym środkom, za które dziś przepraszają. Czy mamy wierzyć, że wywrotowe herezje można było wyplenić lepszymi kazaniami lub głębszymi komentarzami do Pisma Świętego? Gdy mówimy o wielkości chrześcijańskiej Europy, nie myślimy o tym okresie, gdy chrześcijanie byli prześladowani. Myślimy o cywilizacyjnej misji średniowiecznych klasztorów, o gotyckich i barokowych katedrach, o chrześcijańskich monarchiach, dzięki którym powstały europejskie narody. Nie można było tych i innych wielkich rzeczy dokonać za pomocą samej tylko pobożności. Potrzebna była organizacja, hierarchia, posłuszeństwo i to, co z tym wszystkim, niestety, musi iść w parze: sztuka stosowania przemocy. Kościół włożył w tę sztukę więcej subtelności niż można jej znaleźć w całej teologii książkowej. Chrześcijańskie prawdy wiary nie były przecież tak zniewalająco oczywiste. żeby mogły się trwale zagnieździć w germańskich, romańskich czy słowiańskich mózgach bez zastosowania takich środków i sposobów, za jakie dziś papież przeprasza. Może groźby anatemy, ekskomuniki, a w końcu też lochu i stosu musiały wisieć nad głowami, aby nie pojawiło się zbyt wiem takich, co chcieliby na własną rękę dochodzić prawdy w problematyce teologicznej. Wiemy dobrze, ze taka samodzielność nie daje się zamknąć w obrębie teorii, lecz miewa często fatalne następstwa dla pokoju społecznego i międzynarodowego. Wiec jak to jest? Cieszymy się. ze Kościół przetrwa dwa tysiące lat i potępiamy środki dzięki którym to było możliwe? Sumienie się w Kościele obudziło (lepiej późno niż wcale) ale mądrość zasnęła. Zresztą czy potrzebuje mądrości? Raczej przebiegłości i instynktu samozachowawczego, a tych rzeczy nie brakuje mu dziś tak samo jak dawniej, choć w inny sposób one się obecnie przejawiają.

Współczesny Kościół znajduje się w komfortowym położeniu. Zajmuje w społeczeństwie miejsce skromne (Polska jest wyjątkiem), skromniejsze niż dawniej są jego środki materialne, ale też nieporównanie mniejsza jest jego odpowiedzialność Nie wywołuje wielkich namiętności, nie budzi wielkiego podziwu, ale też nie ściąga na siebie takiej nienawiści, jaka towarzyszyła mu w przeszłości. W Europie dzisiejszej, chroniącej zabytki, uprawiającej muzealnictwo jako jeden z najważniejszych działów kultury, obecność katolicyzmu z jego pięknymi rytuałami jest dobrze widziana ze względów estetycznych. Poza tym tolerancja pluralizm i tak niemiły Kościołowi liberalizm nie pozwolą na to, aby jacyś fanatyczni przeciwnicy, których zresztą nie widać, mogli zrobić mu krzywdę.

Czy ludzie, którzy żyją i działają w łagodnych warunkach, mają prawo potępiać, „rozliczać” tych, którzy działali w trudnych warunkach? Czy te miary moralne, które obowiązują w społeczeństwach liberalnych, obyczajowo łagodnych, wyrozumiałych, można odnieść do czasów, gdy przemoc była nie wyjątkowym skandalem, lecz codziennością? Obfitość dóbr łagodzi dziś walkę 0 był i ludzi bezkrytycznych czyni zarozumiałymi moralnie wobec tych, co żyli w nieporównanie gorszych warunkach, rodzących i upowszechniających bezwzględność, o jakiej dziś mamy wiadomości tylko z drugiej ręki lub z książek

Kościół katolicki potępia dziś swoje ”błędy i wypaczenia” nie z pozycji swoich dogmatów i swojej etyki, bo te się przecież nie zmieniły (w oparciu o nie mógł się już dawno rozliczyć ze swoją przeszłością), czyni to pod wpływem norm społeczeństwa demokratycznego i liberalnego. Swoich poprzedników, którzy nie gorzej od nich znali Ewangelię, dzisiejsi kardynałowie oceniają z wysokości międzynarodowych konwencji praw człowieka i standardów ustanowionych przez Amnesty International. Mówi nam to coś o miejscu Kościoła w hierarchii współczesnych autorytetów moralnych.

Analityczne rozpatrywanie błędów czy zbrodni popełnianych przez minione pokolenia ma olbrzymią wartość, jeśli prowadzi do głębszego rozumienia rzeczywistości ludzkiej. Przepraszanie za przeszłość do niczego takiego nie prowadzi. Wyobrażać sobie, że Kościół mógł przetrwać dwa tysiące lat, nie popełniając nic z tego, co dziś określa jako gwałt przeciw prawom człowieka, to realną, nieuniknienie tragiczną historię zamienić w dydaktyczną bajkę. Poza tym widać, że ta skrucha z powodu przedwiecznych win Kościoła współczesnym jego sługom daje dodatkowy powód do zarozumiałości i pychy.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy