Półprywatny list do Józefa Hena

Półprywatny list do Józefa Hena

Dużo myśli zmieścił Pan w krótkim tekście „Prawo do bólu”, kończącym trzeci tom świadectw „Żydzi w walce. 1939-1945” (wydawcy: Stowarzyszenie Żydów Kombatantów oraz Żydowski Instytut Historyczny). Mówi Pan, dlaczego nie mógłby napisać utworu beletrystycznego o tym, co się działo w Getcie, na Umschlagplatzu i w podobnych infernalnych miejscach i sytuacjach. Słyszy się nierzadko retoryczne powiedzenia, że „po Holokauście poezja jest niemożliwa” albo „sztuka jest niemożliwa”. Wydaje mi się to prawdą w tym znaczeniu, że prawda o Zagładzie nie może być, nie powinna być wyrażana za pomocą form ozdobnych, pretendujących do czegoś innego niż czysta prawda. Również przesadna retoryka może te wydarzenia tylko fałszować. Ponieważ Pan mnie cokolwiek zna, mogło Panu przemknąć przez myśl pytanie, dlaczego nie odzywałem się w sporze wokół książki Jana T. Grossa. Właśnie dlatego, że tam retoryka chciała być bardziej wymowna niż fakty. Książka „Żydzi w walce”, złożona z relacji bezpośrednich świadków i uczestników, opisujących zdarzenia z protokolarną rzeczowością, nie tylko informuje, ale także pobudza wyobraźnię i kieruje ją ściśle na rzeczywistość. Ze wszystkich znanych mi książek o wojennych losach Żydów najbardziej mnie poruszyła i najgłębiej zapadła w pamięć szczera, rzeczowa, precyzyjna w słowach i mądra w doborze faktów opowieść Leokadii Schmidt „Cudem przeżyliśmy czas zagłady”. Książka prawie że nie została zauważona – w każdym razie wielkiej dyskusji na jej temat nie było.
To, co po Holokauście miało być niemożliwe, owszem, jest możliwe i istnieje nawet w nadmiarze, trzeba tylko zapytać, czy ma znaczenie i jakie. Pisze Pan, że chociaż nie był w getcie, to, co się tam działo, zdeterminowało Pańskie życie. „Nigdy się z pewnymi zjawiskami nie pogodzę. Dla wielu postaw – także z dziedziny sztuki – nie mam zrozumienia”. Chciałbym mieć pewność, że dobrze się domyślam, jakie eksponowane lub ukrywane treści dzisiejszej sztuki nie mają Pańskiego zrozumienia, powiedzmy dokładniej: wyrozumiałości. Ale sztuka występująca w nadmiarze, sama siebie zjada i nic się nie traci, stając do niej plecami.
Książka, której Pan dał tak piękne zakończenie, ma podtytuł: „Opór i walka z faszyzmem w latach 1939-1945”. Dlaczego ta książka nie ma w podtytule: „Opór i walka z totalitaryzmem w latach 1939-1989”? Byłaby lepiej widziana w sferach władzy, miałaby błogosławieństwo IPN-u, otrzymałaby dotację rządową w żądanej wysokości i leżałaby na każdej wystawie księgarskiej. Faszyzm i komunizm to jedno i to samo, razem stanowią totalitaryzm. Proszę nie myśleć, że ja bredzę na własne konto. Wyrażam, jeśli nie ideologię oficjalną, to „myśl dominującą”, jak mówią Francuzi. W umiarkowanym pod każdym względem tygodniku, w artykule pod każdym względem rozważnego autora natknąłem się na słowa: „W czasie upiornej dekady 1939-1949…”. Co mają ze sobą wspólnego lata 1939 i 1949 oraz te, które znajdowały się między nimi, że razem stanowią dekadę jednorodną pod względem upiorności? Dano mi niedawno do czytania ambitny w zamyśle artykuł zatytułowany „Rewolucja własnościowa w Polsce w okresie 1939-1956”. Proszę znaleźć mądrego, który domyśliłby się, o jaką rewolucję chodzi. Znowu różnica między wojną 1939-1945 a okresem pokoju, jaki po niej nastąpił, dla jakichś tajemniczych powodów została zatarta. Po wojnie bardzo radykalna rewolucja własnościowa rzeczywiście się dokonała, było to wydarzenie ogromnej wagi w części Niemiec i Europie Wschodniej, ale uznać, że grabież wojenna na rzecz hitlerowskich Niemiec była wydarzeniem tej samej natury, mieszczącym się również w pojęciu rewolucji, można tylko dla tajemniczych i z pewnością niemądrych względów.
Można posłużyć się kosmologiczną metaforą i powiedzieć, że społeczeństwo, niczym wszechświat, w większości składa się z „czarnej materii”, czyli zobaczyć można tylko jego część. Do czarnej materii można zaliczyć także uzasadnienie dyrektywy rządu Tuska dla muzeum drugiej wojny światowej, ustalającej koniec tej wojny na rok 1989. Do tego, że koncepcja dwu wrogów odrodziła się jako pogląd o dwu okupacjach, już się przyzwyczailiśmy, ale to, że ludzie urodzeni niewiele lat po wojnie, odkrywający swoje żydowskie korzenie i kultywujący nawet tradycję swoich przodków twierdzą to samo co jacyś wszechpolacy, ciągle zadziwia. Mówią oni: Hitler i Stalin to to samo. Mam wierzyć, że gdyby wygrał Hitler, im nie zrobiłoby to różnicy?
Widziałem w księgarni „Najpiękniejsze lata” i „Nowolipie” w jednym tomie, co bardzo mnie ucieszyło. Piękna to książka. To, że Pan żył w czasach, które podlegają tak upartej obróbce fałszerskiej, wychodzi Panu na korzyść, bo fałszerze nic nie mogą zrobić złego Pańskiej świadomości. Żal mi Polaków – nieboraków, o których „pamięć” tak zadbano, że już nie rozróżniają wojny od pokoju, oraz tych po wojnie urodzonych Żydów, którym się wydaje, że lepiej by im się żyło, gdyby ich rodzice nie doczekali drugiej okupacji.

Wydanie: 5/2012

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy