Dragon queen

Posłowie z wiadomych partii występują niekiedy jako znawcy sztuki. Jak poseł Tomczak czy poseł Strąk, ekspert od prądów plastycznych, chwalący się wprost: my jesteśmy wykształceni, my znamy się na sztuce. Zwykle gardłują w obronie moralności, organizują spektakularne akcje, by zaszkodzić artystom, a sobie przysporzyć honoru. Sądzą, że społeczeństwo niczego tak nie pragnie jak zakazów. Owszem, leciwa część narodu, słynne szwadrony w moherowych beretach, lubi tego rodzaju szlabany, gdyż z grzesznych uciech korzystać na ogół już nie może. Lubi pochodzić sobie trójkami po kioskach, popukać w szybę i wskazać palcem trefne gazety, co zresztą spowodowało, że goliznę gazetową ubiera się w koszulki. To można zrozumieć. Ale sztuka? Metafora?
Normalny elektorat puka się w głowę, aż dudni. Zdziwią się posłowie, jak im opadnie w sondażach. Inaczej niż marszałkowi Zychowi, gdy staje przed wysoką izbą, co pokazały wszystkie stacje. Cóż to za zgodny frywolny rechocik się rozległ, prawica śmiała się razem z lewicą. Nie ma to jak subtelne poczucie humoru!
W sobotę pojechałam z rodziną do Zachęty na Subotnik, Moskwa Warszawa 1900-2000. Zachęciło mnie nie tylko to, co czytałam na temat wystawy, nie tylko to, że komisarzem jest Anda Rottenberg, niezapomniana koleżanka z nieodżałowanej pamięci programu „Co pani na to?”, lecz dodatkowo także to, że wystawa jest reklamowana przez Ligę Polskich Rodzin. To znaczy, jest antyreklamowana, jako nieprzyjazna dzieciom.
Liga wydrukowała dwa rodzaje nalepek: sztuka nieprzyjazna dzieciom i sztuka przyjazna dzieciom. Ponaklejali nie wiedzieć czemu nieprzyjazną ulotkę na plakatach Zachęty. Spędziliśmy całe przedpołudnie na oglądaniu i nie udało się nam znaleźć nic, czego nie można by pokazać dzieciom. Frekwencja była rekordowa, „Rzepa” recenzując udany Subotnik pisze, że w sobotę było dwa i pół tysiąca ludzi! Duża część z dziećmi.
Tak więc gdy tylko jakiś Tomczak czy Strąk wyda brzdęk, trafia kulą w płot i wbrew chęciom nakręca koniunkturę artystom. Oprócz udanych skoków Małysza na żywo TV przypomniała nam całkiem inne skoki. Na fotografii zatrzymani w locie posłowie skakali przez rzeźbę leżącego papieża jak przez ognisko. Rzeźbę można było odczytać jako metaforę człowieka przygniecionego ogromem ziemskiego zła albo losem czy może nieuchronną dla każdego śmiercią, każdy myślący widz to rozumiał. Natomiast te harce z pewnością raniły uczucia wierzących, a nawet niewierzących, bo flekowano w ten sposób sztukę. Były w historii przykłady. W różnych krajach różne. Palono książki, zakazywano oglądania sztuki abstrakcyjnej, słuchania muzyki burżuazyjnej. W Związku Radzieckim był to jazz, w Chinach do niedawna Bach, Mozart.
Bez LPR-owskiej zachęty na plakatach Zachęty z pewnością zwiedzających byłoby mniej. Czy Lidze nieprzyzwoite wydaje się samo zestawienie prac artystów polskich i rosyjskich, czy treść, tematyka obrazów i rzeźb? Dla imiennika lidera Ligi, Romana Dmowskiego, byłby to raczej alians niż mezalians.
A może po prostu mają chłopaki pociąg do drukowania? Wypuścili półtora miliona egzemplarzy bestsellera Giertycha, wpuścili w rynek naklejki dla rodziców, teraz pewnie wspomogą akcję Kaczora, małego rycerza, wojującego z agencjami towarzyskimi niczym Don Kichot z wiatrakami. Wydrukują ulotki antyseksualne, a ligowcy będą umieszczali je za wycieraczkami samochodów, obok „napalonych licealistek”. Roman Giertych ma urodę silną jak cios, ma także odpowiednią posturę, by zająć miejsce dominującej Loli i zostać dragonem queen. Zrobi porządek z kobietami lżejszego kalibru i politykami stającymi mu na drodze. Dlatego prawicowe partie i partyjki, dla których problem grzechu nieczystości jest najważniejszy dla kraju, a jego zwalczanie jest jedynym programem, stanęły za nim jak jeden mąż. To prawdziwe służby oczyszczania miasta. Tak więc stolica zostanie oczyszczona z agencji, a kraj z agentów. Drżyjcie też agenci różnych firm, agent to agent, a poziom inteligencji partyjnej jest taki, że zlustrują was od a do zet.
W charakterze miotły posłużą teczki. Komuchów był milion, a wraz z rodzinami stanowią całkiem pokaźny kawał elektoratu, do zagospodarowania dla lewicy. Komuchy są czyste, nie ma teczek ważnych współpracowników z tej strony, a jeśli są to nie dla Giertycha. Były minister spraw wewnętrznych, Krzysztof Kozłowski, ujawnił, że Maciej Giertych, ojciec syna, był doradcą Jaruzelskiego. Ten podział ról w rodzinie jest znamienny. Maciej Stary (jak ze „Strasznego Dworu”, ale nie tak dobrotliwy!) jest w Parlamencie Europejskim, Roman Młody jest przeciwny Zjednoczonej Europie.
Jadwiga Staniszkis uważa, że teczkomania jest rozgrywką służb specjalnych. Prawnicy niezależni mówią, że to zamach na demokrację. Przedsmak tego, jak może wyglądać państwo niedemokratyczne, dała komisja zwołana pod nieobecność przewodniczącego Gruszki, którego miejsce zajął Giertych i pięciu innych jej członków. Prawie wszyscy nieobecni odcięli się od tej metody. Miodowicz z PO nie wyobrażał sobie, by mógł współpracować z Giertychem, a jego partyjny szef Rokita uznał to za „nocny pucz”. Gazeta triumfalnym tytułem doniosła: „Chcą wyrzucić Giertycha z komisji”. Tak było w sobotę, a już w poniedziałek smętny nagłówek ogłosił „Triumf Giertycha”. Ten, co nie poległ za Niceę, oby nigdy nie był premierem!, powiedział, że mówił o tym „z przymrużeniem oka”. Takie oko już do nas robiono. Miodowicz zaczął sobie wyobrażać to, czego wcześniej wyobrazić sobie nie mógł. Jak mówi mądrość bajkowa, noc radę przyniesie! I przyniosła. Co takiego się wydarzyło tej nocy, że panowie zmienili zdanie? Nic tylko zadziałał wdzięk osobisty Romana Giertycha. Dragon queen przyszedł do panów we śnie, zaśpiewał im pieśń wojenną, zatańczył taniec zwycięstwa i tak przekonał nie przekonanych.

Wydanie: 4/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy