Nie na miejscu

Nie na miejscu

Moja ciepłolubna Żona, pozbawiona naturalnej warstwy ochronnej (BMI odwiecznie w dolnych granicach normy), z uwagi na łaskawość słonecznej jesieni zaczęła cierpieć w tym roku dość późno, ale nie mniej niż zwykle. Od pierwszych przymrozków nawet po domu chodzi w pluszowych nausznikach, dłonie z mufki wyjmując tylko w ostateczności, np. po to, by poczynić notatki. Właśnie rozgrzewa się lekturą dzienników swojej mamy, Agnieszki Osieckiej, z czasów intensywnej znajomości poetki z Markiem Hłaską, do którego to tomu, ostatniego już, Żona obiecała napisać wstęp. W 1958 r. Hłasko był rozgoryczony realizacją „Ósmego dnia tygodnia”; wedle jego opinii Aleksander Ford opowiadanie spłycił do historyjki o dwojgu młodych, którzy łażą po mieście, bezskutecznie szukając miejsca, w którym mogliby skonsumować zażyłość. Wszystko skończyło się dla Hłaski szczęśliwie – film przed premierą wylądował na półce, gdzie spędził ćwierć wieku, a pisarz tak się pokręcił po planie, że odtwórczyni roli głównej, Sonja Ziemann, wyszła za niego za mąż.

Wszelako problem braku miejsca na seks, który Hłasce wydał się drugorzędny wobec innych ważkich treści noweli, przetrwał próbę czasu i jest żywotnym problematem nie tylko ludzi młodych w mieście dopiero wstającym z wojennych gruzów. Ba, w czasach pandemii, zwłaszcza zaś podczas zimy pandemicznej, staje się kłopotem niebagatelnym tak dla dzieciatych małżeństw, jak i dla pokątnych miłośników bezeceństw stadnych. Erotomani nie mają teraz gdzie się podziać – w domu dziatwa, pod gołym niebem za zimno, w stojącym na włączonym silniku aucie nie eko, w gościnie u znajomych krępująco, a jeśli w gronie bezwstydników, to nielegalnie ze względu na zakaz zgromadzeń.

Ze współczuciem śledzę zatem wątek eurodeputowanego partii węgierskich narodowców, który zwiewał z orgii w klubie gejowskim nago, przez okno, po rynnie z pierwszego piętra, prosto w objęcia policji. Rejterada była ze wszech miar trefna, bo europoseł zdążył narzucić plecak, w którym znaleziono jego dokumenty i narkotyk. Trzeba było przyjąć wizytę organów ścigania ze stoickim spokojem, by tak rzec: organ w organ, jak pozostali uczestnicy zabawy, którzy, jak tłumaczył wodzirej imprezy, „nie mogli się wylegitymować, skoro nie mieli na sobie nawet majtek”. Pieprzu aferze oczywiście dodaje fakt, że na nieheteronormatywnych eksperymentach dał się przyłapać żarliwy orędownik praw rodziny i zapiekły wróg LGBT z ramienia Fideszu.

Spróbujmy przełożyć to widowiskowo na nasze realia: pośladki Ryszarda Cz. lub, jeszcze lepiej, Dominika T. odbijają światło księżyca, gdy polityk zsuwa się po rynnie w stronę policyjnych latarek, sprawa błyskawicznie wychodzi na jaw, bo brukselskiej policji legitymacja różnicy nie czyni, następnie poseł rezygnuje z immunitetu z pobudek moralnych, aż w końcu całe PiS wyczekuje na przekaz dnia. Wedle słów samego przyłapanego Józsefa Sz. nie chodziło o orgię, lecz o „przyjęcie domowe” – u nas by to nie przeszło, bo przecież sam Prezes Polski uwielbia przyjęcia domowe u przewodniczącej Trybunału Konstytucyjnego, skojarzenia mogłyby się okazać katastrofalne. Należałoby zatem iść w zaparte nieco inną drogą, z oskarżonego uczynić ofiarę, no bo skoro pigułkę ecstasy mu do plecaka podrzucono, to i samego europosła na „przyjęcie” ktoś mógł podrzucić. Nie mam na myśli podwózki, tylko porwanie i ubezwłasnowolnienie; wedle policji uciekinier miał krew na rękach (podobno swoją), mógł zatem odnieść rany podczas próby wyswobodzenia się. O tym, że został skrępowany, zakneblowany i torturowany, niechybnie zaświadczyć mogą zastane na miejscu akcesoria klubowe. Wierny elektorat czeka na wyjaśnienia jak zdradzana żona, która przyjmie każde kłamstwo, byle tylko ukochany rzekł: „To nie tak jak myślisz, kotku”. Przypomina mi się tu dowcip o niewiernym żonkosiu, który zapomniał na schadzce zdjąć obrączkę i tłumaczy kochance, że jako dziecko został znaleziony przez ornitologów.

Tak czy owak, incydent europoselski potwierdził tylko, że zimą w czasach zarazy nie bardzo jest gdzie legalnie się łajdaczyć. Śpieszę zatem poinformować, że z niejaką pomocą może nam przyjść publikacja prof. Łukasza Łuczaja z Uniwersytetu Rzeszowskiego, którego „Seks w wielkim lesie” ogłosiło niedawno drukiem wydawnictwo Ha!art. Autor, dotąd znany jako prekursor diety… owadziej w Polsce (napisał m.in. „Podręcznik robakożercy”), poświęca swój (para?)naukowy esej tradycjom kulturowym i doborowi dogodnej scenerii uprawiania miłości par excellence naturalnej, czyli na łonie natury. Spotkamy tu obfite rozważania botaniczne, dotyczące nie tylko erotycznej przydatności konkretnych drzew (za najbardziej przyjazne uchodzą powalone buki), poszycia, naturalnych lubrykantów z soków roślinnych, ale też niebezpieczeństw związanych z praktykowaniem seksualnego forestingu (np. w rozdziale, pardon le mot, „Przez cipę w świat” autor przestrzega przed chwastami, które lubią się czepiać włosów łonowych). Prof. Łuczaj sam jednak przyznaje, że jego poradnik pozostaje bezużyteczny w sezonie zimowym. „Bardzo trudno o erekcję na mrozie”. Nie sądźmy więc pochopnie seksoholików wędrownych, i tak mają teraz pod górę.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 50/2020

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy