Fotografia z małpką

Fotografia z małpką

Siedziałem w kawiarni Flora w warszawskim ogrodzie botanicznym i kończyłem jeść ciastko, gdy nagle usłyszałem trzepot skrzydeł. Na talerzu usiadła sikorka, porwała resztkę ciastka i odfrunęła. Ciekawe, że doceniłem niezwykłość tej sceny dopiero po kilku dniach, kiedy naszą ulicą – trochę leśną, ale jednak warszawską – przeszła dzika świnia z pięciorgiem małych w paski. A pies sąsiadów niemal popadł w obłęd. Szalał za ogrodzeniem, a ona bez obaw chrząkała do niego. Ta locha z małymi pokazuje się w naszej okolicy już od dwóch tygodni. Uważa, że to jej teren, a my jesteśmy tu intruzami. To wszystko są jakieś koincydencje. I są takie dni, tygodnie, kiedy one się ujawniają. Koincydencja, czyli przypadek, zbieg okoliczności, zbieżność kilku zdarzeń, często nieoczekiwana i bez dostrzegalnej przyczyny.

Oto na mojej stronie na Facebooku od kilku lat wisi piękne zdjęcie: bałtycka plaża, pleciony kosz, ja na kolanach mamy, nagi mały chłopczyk, obok na piasku siedzi mała, naga dziewczynka z małpką na brzuchu. Ta nagość i małpka ubrana w futro nadają czarno-białej fotografii niezwykły wdzięk. Ja jestem jak zwykle ogromnie zawstydzony całą sytuacją. Skąd małpka na bałtyckiej plaży? Nie wiem. I jakoś do tych koincydencji zaliczam fakt, że nagle dostaję na Facebooku wiadomość, że odnalazła się dziewczynka z fotografii. Wpadła przypadkiem na to zdjęcie w serwisie. Mieszka w Paryżu, jest architektem. Ma taką samą fotografię w albumie ze zdjęciami. Okazuje się, że jest córką H.G., przyjaciółki mojej mamy z lat 40. i 50. I traf chce, że ja właśnie teraz o niej piszę, pracując nad książką o domu pisarzy przy ulicy Iwickiej.

Koniec lat 40. Była znana z niezwykłej urody. Oczytana, miała fascynującą osobowość. Wszyscy mężczyźni w niej się zakochiwali (słynny będzie jej romans z Hłaską). Wydaje mi się, że poprzez znanych mężczyzn, z którymi romansowała, próbowała panować nad światem, którego zapewne się bała. To jej dawało złudzenie mocy. Ale skończy się to dla niej tragicznie. Kochał się w niej, nieszczęśliwie, wybitny pisarz Tadeusz Borowski. Moja mama poznała Tadeusza Borowskiego w Łodzi, zapewne na jakiejś potańcówce. Opowiadała mi, że zawsze podpierał ścianę, nigdy nie tańczył, jakby dźwigał na sobie ciężar Oświęcimia i miał żal do innych, że potrafią tańczyć. Borowski ciągle się zakochiwał i zakochał się też w przyjaciółce mamy. A miała ona właśnie romans z tak popularnym i cenionym wtedy pisarzem Adolfem Rudnickim. I zaszła z nim w ciążę. Rudnicki też mieszkał w naszym domu przy Iwickiej i przyjaźnił się z moimi rodzicami (a ja, kiedy w latach 80. zaprzyjaźniłem się z nim, miałem poczucie niezwykłej gry z czasem).

Mama pamiętała, że Borowski dowiedział się, że H. jest ciąży z Adolfem i że chce ją przerwać. Był wstrząśnięty. Uważał, że nie wolno. I spotkał się w tej sprawie z Rudnickim. To w związku z tym wydarzeniem 7 maja 1948 r. pisze do mojej mamy list: „Pewnie będziesz się widziała z H., powiedz jej, że jest mi strasznie przykro. Na pewno zrobiłem jej ogromny kłopot swoim sztubackim telegramem, usprawiedliwiają mnie jedynie upały, zmęczenie; także dużo uczucia, które chowam dla niej. (…) Mówiła mi H., że masz bardzo serdeczne kłopoty i że ona niepokoi się o Ciebie. Właściwie – wszyscy troje jesteśmy przygnębieni jak przepalone żarówki (…)”.

Serdeczne kłopoty mojej mamy dotyczyły jej romansu z moim późniejszym ojcem, który był związany i nie potrafił się rozstać. Tak ważyły się moje losy.

Borowski oferuje paniom pokój w Zaborowie i odpoczynek. Pisze dalej w liście: „Hanka chciała pisać latem pracę magisterską, dostanie potrzebną lekturę. Ty mogłabyś solidnie wypocząć i postudiować, poza tym najeść się truskawek i czereśni – bardzo potrzebnych poetom”.

Panie pojadą nie do Zaborowa, ale do Milanówka, do Edmunda Kujawskiego, przyjaciela Borowskiego. Mama pamiętała ten gościnny dom. Ale H. nagle ucieka stamtąd do Łodzi. Ona za nią. Opowiadała mi: „I tam poszła do lekarza, który – bez skalpela – zastrzykami powodował poronienie. Byłam z nią w mieszkaniu jej rodziców. Zrobiła to w łazience nocą – heroicznie, bo sama w wannie. Przyniosła mi małe zawiniątko z prośbą – wyrzuć to gdzieś. Była zima, poszłam, pamiętam, do parku, śnieżne jodły i świerki, no i ze strachu zostawiłam to zawiniątko”.

Życie nie miało wtedy wysokiej ceny. Opętanie seksem i wódką było też reakcją na czas wojny i śmierci. Na rozpad wszelkich norm. I też na brak stabilizacji. Wszystko było wtedy w ruchu. Czy jednak podwójność myślenia, która potem przybierze tak monstrualne formy, nie dotknęła najpierw tej dziedziny?

Wydanie: 24/2016

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy