„Starachowice”

„Starachowice”

Bez uprzedzeń

Starachowice mylą mi się ze Skierniewicami. Nie mam poczucia rzeczywistości, jeśli chodzi o stosunki i obyczaje, jakie mogą panować w Starachowicach. Można mi wiele na ten temat wmówić, pod warunkiem że zachowa się pozory obiektywizmu. Minister Kurczuk wydaje mi się wiarygodny i na dzisiaj przyjmuję jego wersję starachowickich zaszłości. Przyjmuję, ale nie wyzbywam się wszystkich pytań, które czekają na wersję jeszcze bardziej wiarygodną. Poseł Jagiełło ostrzegł, czy przestrzegł – pójdźmy jeszcze dalej: uprzedził podejrzanych o szykujących się aresztowaniach. Bardziej wiarygodna wersja uwzględniałaby fakt, że mimo ostrzeżenia podejrzanych aresztowania odbyły się bez zakłóceń, nikt nie stawiał oporu policji, nikt nie uciekł, nikt się nie schował. Sądząc na podstawie skutków, ostrzeżenie ze strony posła Jagiełły było co najmniej bezskuteczne, jeśli w ogóle miało miejsce. Istnieje drugie pytanie: skąd Jagiełło wiedział o planowanych aresztowaniach? Na to trzeba odpowiedzieć pytaniem: czy osoba tak włożona w miejscowe stosunki, utrzymująca tak wiele kontaktów towarzyskich i służbowych mogła nie wiedzieć, co się święci? Tajemnice w Starachowicach wyciekają tak samo jak w Warszawie. Gdy członkom komisji sejmowej zostaną przekazane jakieś informacje ściśle tajne, następnego dnia albo i tego samego wieczoru wie już o tym cała polityczna warszawka. Czasami z opóźnieniem. Bywają ścisłe wiadomości o faktach, których nie potrzebujemy brać z żadnego źródła – bierzemy je z siebie. Jagiełło jak setki mieszkańców Starachowic wiedział, że w mieście działa szajka przestępców (awansowana w mediach na mafię), tym samym też wiedział, że nastąpią aresztowania. Kto zarzuca posłowi mataczenie, niech się zastanowi, skąd sam wie to, co wie o różnych sprawach, które powinny pozostać tajemnicą państwową lub prywatną. W niejednym przypadku nie będzie w stanie przypomnieć sobie źródła, a to z tego powodu, że dostarczycielką informacji bywa fama, albo tajemnica poliszynela lub coś podobnego bez oblicza.
Można przyjąć, że poseł Jagiełło otrzymał jednak informacje od jakiejś konkretnej osoby. Marszałek Sejmu Borowski jest tego pewien i apelując do jego poczucia honoru, domaga się, aby zdradził to źródło. Pojęcie honoru ma w tej sytuacji tyle realności co gwiazdka z nieba odbita w mętnej kałuży. Spróbujmy jednak przez chwilę rozumować z użyciem honoru. Jeśli honor się czegoś od obwinionego posła domaga, to dyskrecji, lojalności wobec osoby będącej dla niego źródłem wiadomości, a nie zdradzania jej. Tu się trzeba odwoływać do posłuszeństwa prawu, a nie do honoru. W społeczeństwie demokratycznym honor jest konwencją, która na mało kim robi wrażenie. Ale poseł Jagiełło bardzo by podniósł wartość honoru, gdyby rozmyślnie naraził się na hipotetyczny proces sądowy i wyrok skazujący wskutek honorowego zachowania się wobec osoby, która z zaufaniem powierzyła mu tajną wiadomość.
Jakaś osoba może być dla nas źródłem informacji całkiem wbrew swojej woli i nawet nieświadomie. Mówi ona to, co chciałaby, aby rozmówca myślał, a rozmówca, też nie w ciemię bity, po różnych oznakach domyśla się prawdy, która miała być ukryta. Dlatego Schopenhauer radzi, aby w ogóle nic nie mówić i nawet z samym sobą nie rozmawiać, bo ten nawyk prędzej czy później skłoni do niebezpiecznego rozmawiania z innymi. Wiedzcie – powiada Schopenhauer – że nawet ludzie niezdradzający nadmiernej bystrości są znakomitymi analitykami, kiedy idzie o tajemnice innych ludzi. „Potrafią oni na podstawie jednej jedynej danej rozwiązać skomplikowane zadanie. Opowiadają im np. jakieś minione zdarzenie z opuszczeniem wszelkich nazwisk i innych wskazówek dotyczących osób, należy się pilnować, by w opowiadanie nie wpleść żadnych danych szczegółowych, choćby najbłahszych (…) bo w ten sposób mają natychmiast jakąś wielkość daną pozytywnie, a przy jej pomocy ich zdolności algebraiczne wydedukują całą resztę. Tu ciekawość rodzi tak wielki zapał, że dzięki niej wola daje ostrogę intelektowi, który pod wpływem takiego bodźca dochodzi do zdumiewających wyników”.
Gazety skoncentrowały atak na takich straszliwych przejawach starachowickiej korupcji, jak ostrzeżenie podejrzanych, które nie miało żadnych skutków, i wyjawienie tajemnicy, która w Starachowicach była na takich prawach, jak byłaby w sejmowej komisji. Ton prasy, która o tym pisze, jest fałszywy, obłudny. Gazety są w swojej misji demaskatorskiej niewiarygodne, ponieważ stosują partyjne kryterium uczciwości: przemilczają oszustwa partii obecnie opozycyjnych, unoszą się udawanym oburzeniem, gdy działacz SLD urządzi imieniny z wódką. Liderzy SLD zachowują się jak marionetki mediów. Minister Janik oznajmił, że takie afery jak starachowicka mają miejsce, czy też będą wykryte, we wszystkich województwach, nie przewidział, że również w jego gabinecie. Taktykę kierownictwa SLD wobec ataków gazetowych poseł Długosz określił bardzo trafnie: ratować się, rzucając coraz nową ofiarę wilkom na pożarcie. Gdy już wszyscy w terenie zostaną zjedzeni, metodą: orzeł czy reszka wybierze się między Janikiem i Borowskim.
Afera starachowicka została odrealniona i przeniesiona w wymiar retoryki. Media i partie opozycyjne przekuwają nazwę „Starachowice” w pojęcie retoryczne, które ma służyć temu, aby poseł Rokita lub inny samym wymówieniem słowa „starachowice” mógł piętnować SLD.

 

Wydanie: 32/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy