Co złego, to nie my

Co złego, to nie my

Historia się powtórzyła. Po raz drugi w tym dziesięcioleciu ugrupowania prawicowe nie były w stanie udźwignąć odpowiedzialności za sprawowanie władzy. Ciągły brak większości parlamentarnej dla poparcia wcześniej uzgodnionych programów rządowych musiał się zakończyć rozpadem koalicji AWS i UW. Stało się więc to, co było do przewidzenia. I dziś, gdy nad tym rozwodem rozpaczają głównie politycy AWS, sprawiający wrażenie mocno zaskoczonych decyzją UW, warto zobaczyć, jaka jest reakcja społeczeństwa na te wydarzenia. Najczęściej jest to obojętność na los koalicji. Dezaprobata dla stylu, w jakim obie partie się rozstawały. Pesymizm w prognozie sytuacji gospodarczej państwa.

Złe nastroje społeczne i fatalne notowania rządu nie są, jak to usiłują przedstawić sami zainteresowani, wynikiem odważnych i dalekosiężnych reform państwa. Nie są, bo ci, których dotyczą te przedsięwzięcia, mają z nimi własne, najczęściej niedobre, doświadczenia.
Wśród wielu wzajemnych oskarżeń są i takie, które dotyczą odpowiedzialności za rozbicie obozu posierpniowego. Nie ma przy tym zgodności co do określenia, kto tworzy dziś ten obóz. Kto ma historyczne prawa do spuścizny z lat 1980 i 1981. Brak jest poważniejszej dyskusji nad tym, co zostało z programu ówczesnej “Solidarności”. I rzecz nie w tym, że podstawy funkcjonowania gospodarki są dziś całkowicie odmienne od ówczesnych programów i dyskusji. To jakoś można uzasadnić. Ale co zrobić z hasłami, które porwały wówczas miliony Polaków?
Co zostało z etosu? Z marzeń o uczciwości, rzetelności, bezinteresowności, służbie publicznej? Te hasła, wypisane na sztandarach związku, miały być drogowskazem moralnym dla jego działaczy i sympatyków. To miała być legitymacja moralna do sprawowania rządów w Polsce.
Co zostało z tych haseł? Kto z obecnych, kolejnych rzutów kadrowych AWS pamięta o rodowodzie “Solidarności”? Kto z tych ludzi poważnie traktuje posłanie z lat osiemdziesiątych? Gdybyż były ich tysiące, jak wówczas, nie byłoby obecnego kryzysu. Nie byłoby tak złych nastrojów.
Niestety analizy sytuacji politycznej po rozpadzie koalicji nie wychodzą poza to, co dotyczy samej klasy politycznej. Któż uwierzy, że teraz zmienią się relacje między Buzkiem a Krzaklewskim i że to premier będzie trzymał kierownicę.
Trudno o wzrost zaufania do premiera w sytuacji, gdy najpierw zarzekał się, że rząd mniejszościowy go nie interesuje, by w kilkadziesiąt godzin późniejprezentować się jako polityk samodzielny, silny i zdecydowany.
Samopoczucie liderów AWS i premiera jest niewspółmiernie dobre do sytuacji. Trudno się u nich dopatrzyć cienia samokrytyki. Wychodzi więc na to, że winnych trzeba będzie szukać w odległej historii. Co złego, to nie my – mówią ludzie, którzy rządzą Polską.
Co się jeszcze musi stać, żeby pojęli, że są osobiście odpowiedzialni za kompromitację moralną swojego obozu politycznego. Poza nimi nikogo w Polsce nie stać już na jałową wegetację i trwanie do końca tej kadencji parlamentu.

Wydanie: 24/2000

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy