Nie ma samorządności bez lewicy

Nie ma samorządności bez lewicy

Dla wielu wybory samorządowe to tylko jednodniowa przerwa w narzekaniu na lokalną władzę. Narzekaniu, które ma też swoje całkiem konkretne powody. Choć w ocenie ostatniego 25-lecia dominował ton wychwalania wszelkich możliwych sukcesów samorządów, bywały to często oceny bardziej życzeniowe niż realne. A przecież są miejsca w Polsce, gdzie samorządność ma się tak dobrze, że mieszkańcy nie muszą się zastanawiać, na kogo głosować. Wybór jest tam oczywisty, bo kandydaci mają za sobą realny dorobek. Tyle że takich miejsc, szczęśliwych dla mieszkańców, jest na mapie kraju zbyt mało. Zbyt mało, by nie szukać przyczyn, dla których w tylu miejscach Polski o władzach lokalnych mówi się źle albo bardzo źle. Na naszych łamach nieraz opisywaliśmy takie samorządy. Lokalne sitwy bardzo skutecznie wykorzystujące reguły demokracji, by rządzić we własnym interesie, a także w interesie znajomych i krewnych. Jeżdżąc po Polsce, widzimy, ile drogich siedzib władz lokalnych pobudowano w miejscach, gdzie dominują bieda i zapyziałość. Ile pieniędzy poszło na kretyńskie inwestycje? Ile wybudowano aquaparków na pokaz? Po co? I kto je teraz utrzyma? Ile jest miast, gdzie „remontowano” fasady budynków? A przydałyby się mieszkania komunalne, żłobki, przedszkola i transport publiczny, bo coraz więcej mamy w Polsce miejsc, do których można dojechać tylko własnym samochodem.
W czasie ostatniej kadencji samorządów ubyło tak wiele z tej służącej ludziom infrastruktury, że wstyd mówić o sukcesach. Ubyło tego, co mieszkańcom niezbędne, również z tego powodu, że lewica z roku na rok jest słabsza. Kto więc ma się upominać o interesy zwykłych ludzi?
Wiem, że także wielu naszych czytelników ma, często słusznie, pretensje do minionych rządów lewicy. Ale wiem też, że tam, gdzie z władz różnych szczebli skutecznie wyeliminowano jej reprezentantów, jest znacznie gorzej. Nawiązuję tu choćby do miasta, w którym działa redakcja. Gdy przed paroma laty stolicą rządziła koalicja PO i SLD, miasto było znacznie bardziej wrażliwe na potrzeby zwykłych ludzi niż przez ostatnie lata samodzielnych rządów PO.
Kandydatem SLD na prezydenta Warszawy jest Sebastian Wierzbicki. Ideowy i intelektualnie sprawny polityk. Na dodatek młody. Tyle że nie tak znany jak celebryci partyjni. Mam nadzieję, że wyborcy lewicy wiedzą, co zrobić, i nie pomylą tych wyborów z tańcem z gwiazdami.

Wydanie: 46/2014

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy