Sensacja?

Sensacja?

W mediach kolejna sensacja! Dziennikarze odkryli, że w Hoover Institution Library & Archives w Stanfordzie znajduje się kilkaset stron dokumentów z prywatnego(?) archiwum gen. Kiszczaka, w tym jego list do ówczesnego prezydenta Wałęsy z roku 1993. W liście tym, dostępnym w internecie, Sławomir Cenckiewicz dopatrzył się „kolejnego potwierdzenia, że Wałęsa był agentem SB”.

Niektórzy dziennikarze za sensacyjną uznali zawartą w tym liście informację, że akta Departamentu IV MSW (zajmującego się Kościołem) były niszczone. Inni doczytali się, że Kiszczak szantażuje Wałęsę.

Na szczęście list można przestudiować w całości na stronach internetowych. Kto ma elementarną zdolność czytania ze zrozumieniem i jakąś wiedzę o realiach początku lat 90., musi z niego wyciągnąć wnioski zgoła przeciwne. Nie ma tam cienia sugestii, że Lech Wałęsa był agentem SB.

Kiszczak pisze o tzw. liście Macierewicza, że to prowokacja, że lista została spreparowana, że znalazły się na niej nazwiska ludzi zasługujących na szacunek, których życiorysy i dokonania przeczą takim zarzutom. Przypomnijmy, na liście tej są m.in. prezydent Lech Wałęsa i Wiesław Chrzanowski, ówczesny marszałek Sejmu.

Niszczenie akt bezpieki, w tym Departamentu IV, było faktem nie tylko dobrze znanym politykom czy historykom, ale również opisywanym w prasie. Sam pisałem o tym kilkakrotnie. Przypomnę: 24 sierpnia 1989 r. minister spraw wewnętrznych tajnym zarządzeniem nr 075/89 rozwiązał dotychczasowe Departamenty III, IV, V, VI oraz Biuro Studiów SB, Główny Inspektorat Ochrony Przemysłu, tworząc z nich nowe jednostki: Departament Ochrony Konstytucyjnego Porządku Państwa, Departament Ochrony Gospodarki i Departament Studiów i Analiz. Przepisy tego zarządzenia dotyczyły też odpowiednich, podległych rozwiązywanym departamentom komórek w terenie. 1 września 1989 r. gen. Szczygieł rozesłał do wszystkich województw polecenie komisyjnego niszczenia dokumentacji prowadzonej dotąd przez wydziały IV (terenowe odpowiedniki Departamentu IV). Kilka dni później zastępca gen. Szczygła płk Mirowski prowadził telekonferencję z naczelnikami wydziałów IV na temat szczegółów technicznych wykonania tego zadania. Polecenie niszczenia archiwów Departamentu IV i podległych mu komórek w terenie gen. Szczygieł uzasadnił podwładnym tym, że w nowej sytuacji, przy nowych zadaniach resortu, są one… zbędne. Nakazał „odstąpienie od zakładania i prowadzenia teczek (księży – przyp. J.W.), które powinny być protokolarnie zniszczone, łącznie ze złożonymi już do archiwum”.

Podobnie procedura niszczenia materiałów operacyjnych wyglądała w pozostałych departamentach bezpieki. Stan emocjonalny i moralny będącego już w rozkładzie MSW sprawił, że polecenia nie wykonano starannie. Dzięki temu IPN ma dziś co gromadzić, opracowywać i badać. Mam podstawy sądzić, że stosunkowo najstaranniej zniszczono akta Departamentu IV. Pozwoliło to niektórym hierarchom publicznie, po faryzejsku, obłudnie nawoływać do lustracji lub ją pochwalać. Byli pewni, że ich akta zostały zniszczone. Nie wszystkie, jak się okazało. Przekonali się o tym na własnej skórze abp Wielgus (przypadek powszechnie znany) i inni prominentni hierarchowie, nazwisk nie będę przypominał, nie chcąc nad nimi się znęcać. Poprzestańmy na kilku najbardziej znanych i odcyfrowanych dawno w mediach pseudonimach TW pionu IV: „Zefir”, „Filozof” czy „Józef”…

Gdy ministrem spraw wewnętrznych został Krzysztof Kozłowski, złożył do prokuratury doniesienie o niszczeniu zasobów archiwalnych SB. Prokuratura wszczęła w tej sprawie śledztwo.

W liście do prezydenta Wałęsy gen. Kiszczak żali się, że niszczenie dokumentacji było jego zdaniem zgodne z prawem, tymczasem jemu, a także generałom Dankowskiemu czy Szczygłowi wytoczono sprawy karne. Zdanie gen. Kiszczaka, że „agentura winna być chroniona, niezależnie od przemian politycznych i ustrojowych zachodzących w Polsce”, wyrwane jest z kontekstu i interpretowane politycznie. Generał wyjaśnia, co ma na myśli. Jako rasowy oficer służb specjalnych wiedział, że z powodu ujawnienia agentury każda służba niepodległej Polski (wymienia nawet z nazwy Urząd Ochrony Państwa) będzie miała problem z werbowaniem agentów, bo nikt nie będzie pewny, czy po zmianie rządu jego nazwisko nie zostanie ujawnione. A policja i służby specjalne bez agentów obejść się nie potrafią.

Naprawdę zachęcam do zadania sobie trudu i przeczytania tego listu. Kto go spokojnie i ze zrozumieniem przeczyta, bez trudu zobaczy, że nie ma w nim żadnych nadzwyczajnych informacji. Szczególnie nie ma śladu szantażu ani potwierdzenia agenturalności Lecha Wałęsy. Nie ma tam nic sensacyjnego!

Tak jak szeregowemu wszystko, na co popatrzył, kojarzyło się z d… tak dla niektórych prawicowych historyków i publicystów każdy przeczytany dokument bezpieki potwierdza agenturalność Wałęsy.

W jednym tylko ze Sławomirem Cenckiewiczem zasadniczo się zgadzam. Podobnie jak on mam pretensje do naszego państwa. Jak można było dopuścić, by archiwalne dokumenty ważne dla historii kraju zostały wywiezione z Polski? A kiedy już fakt ich wywiezienia został udokumentowany, dlaczego nie wszczęto śledztwa z art. 53 ust. 1 ustawy o narodowym zasobie archiwalnym i archiwach, wedle którego „Kto bez zezwolenia wywozi materiały archiwalne za granicę (…), podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”? Jeśli państwo nie zapobiegło wywiezieniu, to może chociaż ukarze za nie?

Wydanie: 51/2018

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy