Rocznicowe przypomnienia

Rocznicowe przypomnienia

Rocznice nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Mam inny system przypominania sobie rzeczy byłych, ale jeśli się chce żyć z ludźmi w jakiej takiej harmonii, trzeba się przystosować do zwyczaju. Właśnie minęło 25 lat od rozpoczęcia rytuału „dzielenia się władzą” dwóch obozów, z których jeden był wrogi drugiemu, a drugi niezadowolony z pierwszego. Jeden to „Solidarność”, a drugi to PZPR. Gdy te obrady trwały, znany i ceniony przez opozycję francuski filozofujący antykomunista i rusoznawca Alain Besançon ostrzegał (w odczycie, jaki miał u nas, to znaczy na Uniwersytecie Jagiellońskim), że „Solidarność” zostanie przez „komunistów” oszukana. Zwątpiłem w owego Besançona, którego przedtem admirowałem i o którym pisałem w „Tygodniku Powszechnym”. Ponieważ znałem trochę stan ducha w aparacie partyjnym na różnych poziomach, nie ulegało dla mnie wątpliwości, że tym razem stroną oszukaną będzie kierownictwo PZPR.
Wiadomość o nawiązaniu rozmów między wierchuszką PZPR i „Solidarnością” (z pomocą aparatczyków kościelnych) usłyszałem w saunie. Jurek A., nie żaden sowietolog, lecz profesor medycyny, skwitował tę wiadomość słowami: no to z nimi koniec. Z nimi, to znaczy z partią. Też nie miałem w tej sprawie żadnych wątpliwości, nie wiedzieliśmy tylko, w jaką formę przyoblecze się zmiana władzy. Jaki tam 4 czerwca? Dotychczasowa władza upadła w momencie ponownego zalegalizowania „Solidarności”.
Byłem obecny przy tym, jak sekretarz Komitetu Centralnego Marian Orzechowski tłumaczył zebranym działaczom partyjnym sens przygotowywanych negocjacji z „Solidarnością”, jeszcze nieznanych. „Wchodzimy na nowy etap budowy socjalizmu”. Pomyślałem: czy on ich oszukuje, czy on jest oszukany? Czy był tam ktoś, kto dał się oszukać? Wątpię, może dwóch-trzech idiotów na stu obecnych. Jeden tylko dr Julian Wielgosz, politolog z Akademii Górniczo-Hutniczej, zapytał sekretarza KC: a macie wy tam jakąś Wunderwaffe?
W pewnym momencie władza miała problem: dopuścić do negocjacji Kuronia i Michnika, najbardziej upartych i o najdłuższym stażu przeciwników systemu? Naciśnięta przez opozycję, machnęła ręką: niech się dołączą, jakoś sobie z nimi poradzimy. Ktoś mi wtedy powiedział: ci dwaj nie zadowolą się podrzędną rolą ani nawet równą pozycją, lecz będą przewodzić. Są najbardziej politycznie uzdolnieni, najlepiej wiedzą, co jest możliwe, co jest warte zachodu, a co nie jest warte, mają większy niż ktokolwiek kapitał uznania w opinii publicznej i szereg innych przewag nad tym towarzystwem, które dopiero co wyskoczyło na powierzchnię dzięki strajkom. Kto się temu dokładniej przyglądał, mógł zauważyć, że gdy oni weszli do gry, zmalało znaczenie reprezentacji episkopatu; biskup stał się kimś w rodzaju tak zwanego na wsi kościelnego, który to świecę zapali, to dzwonkami potrząśnie, ale do poważniejszych czynności nie jest przeznaczony.
Ekipa partyjno-rządowa szybko zauważyła, że z Kuroniem i Michnikiem łatwiej dochodzi się do porozumienia niż z resztą. Przecież nie dlatego, że byli ugodowi, lecz z tej przyczyny, że w każdych warunkach lepiej jest mieć do czynienia z osobami mającymi rozum niż z fantastami. (Michnik, ponieważ raz mu się udało coś na dużą skalę, popadł w fantastyczność i wydaje mu się, że za pomocą gazety trzęsie Rosją i Ukrainą).
Nie obnosiłem się z tym za bardzo, ale i nie ukrywałem, że operacja Okrągły Stół mi się nie podobała. Po 25 latach może się wydawać, że szczegóły obalenia nieznośnego ustroju są obojętne, ważne, że w wyniku mamy wolną gospodarkę i możliwość pokojowego obalania rządów. Jednak zarezerwowania całej realnej władzy dla jednego obozu, mianowicie solidarnościowego, nie musiało być. Potwornie fałszywa propaganda nie musiała zapanować tak totalnie w mediach, w nauczaniu historii nowszej i starszej, w edukacji i na ambonach. Polityka zagraniczna do słusznego zachodniego, europejskiego wyboru nie musiała dodawać szaleńczej rusofobii. Państwo nie musiało powoływać represyjnego urzędu narzucającego społeczeństwu fałszywą wizję wojennej i powojennej rzeczywistości i prześladującego ludzi w imię tej fałszywej wizji. Odradzanie się najprymitywniejszej postaci nacjonalizmu też należy do tych skutków.
Generał Kiszczak, który przekazywaniem władzy zawiadywał, poruszał się w pojęciowej mgle i nie przystosował szybkości do warunków jazdy. Skoro podjęto śmiałą i słuszną decyzję zmiany ustroju politycznego, należało stworzyć społeczeństwu warunki organizowania się w partie i dać tym partiom wolność konkurowania o władzę, a nie uprzywilejować „Solidarność” z jej wiadomymi wadami i obciążeniami. Dlaczego odebrano Rakowskiemu możliwość dokończenia i umocnienia zmiany ustroju gospodarczego, tak by wszyscy zobaczyli, że ta zmiana już została dokonana? Zamiast tego zasługę wprowadzenia wolnej gospodarki zostawiono przeciwnikowi.
Władza solidarnościowa podzieliła naród na dwie części. Tę, która ma prawo mówić przez wszystkie nagłośnienia, i tę, która ma nałożone tłumiki. Tę, która ma dostęp do najkorzystniejszych stanowisk w państwie, i tę, która podlega Berufsverbot, czego na dodatek nie wolno tak nazywać. Jako zdobywcy PRL solidaruchy przydzielają sobie najrozmaitsze, coraz nowe kombatanckie kwoty pieniężne w postaci rent stałych i zmiennych, w patetycznym geście wyciąganych z kieszeni zamroczonych uderzeniami „antykomunizmu” podatników. Też dzięki temu „antykomunizmowi” dzielą się łupami po PRL z potomkami dawnych właścicieli, których tytuły własności są zmyślone lub od dawna nieważne i tylko „po łebkach” sprawdzane.

Dziedziną, w której niezależny badacz ma do odkrycia największe sensacje III RP, jest stan gospodarki. Pominę to, ale wiem, że ekonomiści dobierają się do tego tematu.
Zmiana ustroju w Polsce i innych demoludach, a także w Związku Radzieckim jest fałszywie przedstawiana, zwłaszcza podczas obchodów rocznicowych. Nie ma takiej możliwości, żeby w systemie totalitarnym, za jaki uchodzi PRL, zalegalizowano radykalną opozycję i ułatwiono jej wygranie wyborów. System się zmieniał, liberalizował i demokratyzował przez znaczny czas dzięki wyzwalaniu się rządzących z ograniczeń ideologii, co może nie było widoczne, bo najmniej zmienna była językowa fasada. Najistotniejsze były zmiany, których nie można związać z jedną dzienną, miesięczną czy roczną datą.
W Polsce istnieje wolność słowa, ale nie ma wolności myśli. Dlatego panowania obozu solidarnościowego nie można się pozbyć w sposób rozumny. Do jego obalenia szykuje się nowe pokolenie występujące ze zradykalizowanymi hasłami „Solidarności” – antykomunizmu („raz sierpem, raz młotem”), wyrwania z korzeniami PRL, rozliczania winnych za przeszłość, a nieprzytomny kult żołnierzy wyklętych zapowiada śmiałe użycie przemocy i z góry ją usprawiedliwia.

Wydanie: 7/2014

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony