Janka

Janka

W środę rano wyjeżdżałem do Wrocławia, gdzie na uniwersytecie litewski uczony prof. Algirdas Gaižutis miał otrzymać godność doktora honoris causa. Dzień zapowiadał się miło. Piękna pogoda, sympatyczna uroczystość, mająca się odbyć w cudownej auli cesarza Leopolda…
Dziennikarz w Radiu TOK FM zapowiedział, że dzisiejszy „Poranek” poprowadzi wyjątkowo redaktor Janina Paradowska. Potem, w porze „Poranka”, informacja, że pani redaktor jeszcze nie przyszła do studia, ktoś prowadzi ten program w zastępstwie. Gdzieś na autostradzie dogania mnie wiadomość: Janina Paradowska nie żyje!

Przede mną najnowszy numer „Polityki”. W nim „Jedynie słuszna historia. Niedługo okaże się, że KOR zakładali premier Szydło i prezydent Duda…” – to „Tydzień w polityce według Janiny Paradowskiej”. Ostatni. Janiny Paradowskiej nie będzie już w „Polityce” ani – co gorsza – w polityce. Bo Janina Paradowska była nie tylko wybitną dziennikarką polityczną, umiejętnie i ze znawstwem komentującą politykę, ale także osobą, która na tę politykę miała wpływ. Jej komentarze, czasem złośliwe, ale zawsze bardzo inteligentne i trafne, były przez polityków czytane. Przez jednych z zadowoleniem, przez drugich z wściekłością. Jednak wszyscy liczyli się z jej zdaniem. Miała wielu przyjaciół w różnych ugrupowaniach sceny politycznej, ale miała też zaciętych wrogów. Zwłaszcza w jednym ugrupowaniu.

Niezwykle ceniła Tadeusza Mazowieckiego, ale miała też słabość do Lecha Wałęsy. Zaciekłe lustrowanie Wałęsy złościło ją okropnie i szczerze, po ludzku współczuła byłemu prezydentowi. Bardzo ceniła prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i prof. Bronisława Geremka. Szanowała też Bronisława Komorowskiego. Lubiła i ceniła Krzysztofa Janika i – jakby dla przeciwwagi – ceniła Ludwika Dorna. Ostatnio z dużą sympatią mówiła o młodym Kosiniaku-Kamyszu, który wedle niej stawał się coraz dojrzalszym politykiem.

W ostatnich latach zafascynowana była Tuskiem. Uważaliśmy, że za bardzo. Nawet w gronie jej najbliższych przyjaciół nie można było niczego krytycznego powiedzieć o Tusku, bo Janka rzucała się jak lwica w jego obronie, tracąc nieraz wszelki obiektywizm. Ale to prywatnie. Publicznie starała się wypowiadać w sposób bardziej wyważony i za niejedno Tuska krytykowała. Skądinąd wiadomo, że Donald Tusk bardzo liczył się z jej zdaniem.

Nienawidzili jej niektórzy politycy, bo po prostu jej się bali. Bali się jej ciętego języka i precyzyjnych pytań, na które najczęściej nie umieli odpowiedzieć, więc reagowali agresją. Prawicowi autorzy wydawanego w odcinkach paszkwilu, czy raczej plugastwa, zaliczyli ją do „resortowych dzieci”, choć nie bardzo wiadomo, dlaczego, bo lektura tej książki pokazała, że żadnych związków Janki ani jej rodziców z aparatem represji PRL nie udało się wykazać. Umieszczając ją w tym paszkwilu, pokazali tylko, że bardzo jej nie lubią. Nietrudno się domyślić, dlaczego.

Janka była wyjątkowym i dziś już zanikającym typem dziennikarza. Była wybitną publicystką polityczną, znakomitą znawczynią i komentatorką sceny politycznej oraz tego wszystkiego, co się na niej rozgrywa. Wielu moich znajomych głównie dla jej tekstów kupowało „Politykę” i od nich zaczynało jej lekturę. Była więc dziennikarką piszącą. I to jak piszącą! Ale była też dziennikarką radiową, od lat prowadzącą „Poranki Radia TOK FM”, a także dziennikarką telewizyjną, przez lata prowadzącą „Puszkę Paradowskiej” w Superstacji. Była osobą niezwykle pracowitą.

Łapię się, że od pewnego momentu piszę w tym tekście o niej: Janka. Mam prawo. Znaliśmy się od prawie 40 lat, a przyjaźniliśmy od co najmniej 27. Poznałem ją na początku lat 80. Wcześniej znałem jej brata Piotra, reżysera teatralnego. W stanie wojennym Piotr reżyserował wystawiany u krakowskich jezuitów spektakl, w którym łączył fragmenty kazań Skargi z fragmentami kazań ks. Popiełuszki. Mniejsza o to, jak ostatecznie udany był ten eksperyment. Dość, że w ówczesnych warunkach i atmosferze publiczności się podobał. Wtedy nawet chyba nie wiedziałem, że Piotr ma siostrę. Któregoś dnia Piotr Paradowski zadzwonił do mnie i zapytał, czy nie udzieliłbym wywiadu jego siostrze, która jest dziennikarką „Życia Warszawy”, pracuje w dziale nauki i chętnie porozmawiałaby ze mną na temat wykonywanych przeze mnie badań domniemanych zwłok księcia Jeremiego Wiśniowieckiego na Świętym Krzyżu. Zgodziłem się i tak poznałem Jankę.

Kilka lat później byłem ekspertem Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego w czasie prac nad ustawami policyjnymi. Zacząłem wtedy spotykać Jankę w Sejmie. Zajmowała się już nie nauką, ale polityką. Przewodniczącym podkomisji przygotowującej ustawy policyjne był mój przyjaciel, ówczesny poseł OKP Jerzy Zimowski. To ja poznałem Jankę z Jurkiem. Nie jestem tu niedyskretny. Janka sama to opisała w swojej książce, wywiadzie rzece. Tak, przeze mnie Janka poznała – jak sama to wielokrotnie twierdziła – wielką miłość swego życia, Jurka Zimowskiego, z którym przeżyła kilka pięknych lat. Jurek był wspaniałym człowiekiem. Wybitny intelektualista, miłośnik dobrej muzyki i lektury, a przy tym jako człowiek niezwykle skromny i życzliwy ludziom, sam nie mógł się nadziwić, że został w rządzie Tadeusza Mazowieckiego wiceministrem spraw wewnętrznych. A ministrem był znakomitym. To on przekształcał WOP w Straż Graniczną, to on tworzył Urząd ds. Cudzoziemców. Przeżyła go o dziewięć lat. Jurek zmarł nagle, w Odessie, w czasie ich wspólnego urlopu.

Janka też odeszła nagle, zaskakując nas wszystkich. Nie będzie już jej tekstów w „Polityce”, nie będzie prowadziła „Poranka w Radiu TOK FM” ani „Puszki Paradowskiej” w Superstacji. Będzie nam jej brakowało. Niedługo przekonamy się, jak bardzo.

Odeszła wielka dama polskiego dziennikarstwa. Bez niej dziennikarstwo będzie uboższe, pozbawiona wnikliwej krytyczki polityka jeszcze brutalniejsza, jeszcze bardziej bezrozumna i bezkarna.

Żegnaj, Janko!

Kategorie Felietony, Jan Widacki
Tagi: 27/2016

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy