Straszne skutki oglądania telewizora

Czeski film, tak za pierwszej komuny zwało się coś, co wysmażył bliski mi ideowo lewicowiec Janusz Rolicki w „Gazecie Wyborczej”. W zeszłą środę. Jak zwykle u Rolickiego analiza była błyskotliwa i słuszna, lecz program naprawy dziwnie naiwny. Niepasujący do wieloletniego człowieka mediów. Znającego wolny i cenzuralny medialny rynek. Dziennikarza piszącego, redagującego i naczelnego.
Trzeba oddać pierwszy program telewizji koalicji rządzącej, drugi opozycji, pisze Rolicki. Wtedy wreszcie „Będzie równowaga w eterze, a ludzie oglądając dzienniki – opozycyjny i rządowy – zobaczą względność wszelkich opinii i rozmiar subiektywizmu”, uzasadnia Rolicki pod publiczkę. Lepperowską i UWolską.
No dobrze, to róbmy tak, panie Januszu. Wyobraźmy sobie, że program pierwszy, najbardziej oglądany, dysponujący największymi zasobami ludzkimi i finansowymi oddajemy rządzącej koalicji. Drugi jako gorszy łup, należy się opozycji. I tu problem pierwszy: czy oddajemy po całym programie? To oznaczać może, że jeśli rządzić będzie prawica, to w Jedynce królować będzie Józef Mackiewicz, a w Dwójce Bruno Schulz okraszony Gombrowiczem i Wandą Wasilewską. W Jedynce Matki Polki, a w Dwójce siostry feministki. A potem przyspieszone wybory spowodują przyśpieszoną cyrkulację redakcji kulturalnej z Dwójki do Jedynki. Albo odwrotnie, w zależności od tego, kto sobie porządzi. Zatem może nie oddawajmy całych programów tym lub tamtym, tylko ograniczmy się do informacji i publicystyki. Bo oto psy polityczne szczekają. Bo oprócz Marka Jurka, ewentualnie Zawiszy Artura nikt z polityków takimi duperelami jak kultura głowy sobie już nie zawraca. Odpolitycznienie telewizji w praktyce oznacza zmniejszenie pokazu gąb rządzących na korzyść gąb do rządów się palących. I hierarchię redagowania materiałów. Czy pierwszego w głównym wydaniu dziennika telewizyjnego, zwanego dla zmyłki społeczeństwa „Wiadomościami”, pokażą premiera, czy kandydującymi na fotel Kaczyńskiego lub Leppera.
Zatem, hop siup! W Jedynce koalicję chwalą, w Dwójce leją jak burą sukę. Ale Dwójka ma zwykle gorszą oglądalność. Czy dla wyrównania szans dać opozycji Jedynkę, a koalicji Dwójkę, czy liczyć, że każda władza w Polsce traci popularność i rychło dziennik w Dwójce zacznie bić rekordy popularności? Ściągać reklamodawców, czyli szmal.
Pozostaje też problem czasu antenowego. Czy oba dzienniki należy nadawać w jednym czasie, co dałoby dodatkowy pomiar popularności rządzących, czy jeden po drugim? I wtedy znowu jakże ważna może okazać się hierarchia. Pierwsza koalicja, a potem opozycja, czy odwrotnie? A przede wszystkim, kiedy czas na ad vocem?
Pozostaje jeszcze problem dzienników telewizji komercyjnych. Mamy ich przynajmniej trzy. Panie Rolicki, kiedy człowiek pracujący, nieemeryt będzie miał czas wszystko zobaczyć? Zwłaszcza że komercyjne też bywają pluralistyczne.
W Polsce nie trzeba odpolityczniać programów informacyjnych i publicystycznych, bo takimi są one z natury. Trzeba uczynić programy informacyjne dziennikami rzetelnymi. Z jasno określonymi i respektowanymi kryteriami. Niech dziennikarze politycznie zaangażowani nie udają „niezależnych” czy „bezstronnych”. Wtedy trudniej im będzie cenzurować obce im opcje polityczne, przekazywać kryptokomentaże dołujące wrogie partie, udając zatroskanych dobrem Rzeczypospolitej bezstronniaków. Również w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji winni zasiadać ludzie nieukrywający swych poglądów politycznych ani przez jaką opcję zostali wybrani. Ale fachowi. Kompetentni. Podobnie jak dziennikarze. Kompetencje i fachowość zwykle zwyciężają polityczne zacietrzewienie i głupotę.
Zatem zamiast zaciemniającego relacje polityczne hasła „odpolitycznienia” czy „bezpartyjnego fachowca” wylansujmy „dobrego fachowca, choć partyjnego”. Bo w Polsce wszystko jest polityczne i partyjne. Niezależnie od rządzącej opcji.

Wydanie: 20/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy