Jesteś piękna, kocham cię

Jesteś piękna, kocham cię

Wygląda to groźnie: niebo jak żółw błotny, na trawnikach rosną grzyby. Taksówkarz mówi, że od jutra deszcze niespokojne, a on się nigdy nie myli. Nigdy! Cóż, przez dwa miesiące będzie lać. I czarny spodek zawiśnie nad miastem. Nieprzypadkowo Święto Zmarłych (świętują, aż strach!) jest w listopadzie. Deszcz pada, woda wraca do ziemi. Różowe dżdżownice leżą na chodnikach, jakby je jakiś podziemny wybuch wyrzucił na zewnątrz. Miejskie gówienka naszych milusińskich płyną wartko jak w średniowiecznym Paryżu. W taką pogodę z Bielan dociera do centrum Wrocławia słodki zapaszek z fabryki frytek, zapach słodu z Cadbury. Miejskie wyziewy nabierają ciała i w ponurych, niebieskich światłach neonów wyglądają jak toksyczne chmury.

Są tematy, których w taką pogodę należy unikać. Jedna nieuważnie poruszona struna, jedna dziurka w tamie – i ciach, wylewa się cały blues. Bo przecież jesień to czas, kiedy drobne dolegliwości doskwierają nam szczególnie: górna szóstka „się odzywa”, w korzeniu coś kłuje, kręgosłup dziwnie emanuje, dziarsko pulsuje skroń. Pięta zapomniała, że nie ma w niej szkiełka, w kolanie, panie, też ubolewanie. I od razu tracimy na inteligencji. Ktoś marudzi: „Nigdy nie wierzyłem w starość”, ktoś inny: „Te błyski w ciemności są niepokojące”, „Śniło mi się, że spadam” lub „We śnie wszyscy mówili głosem mojej zmarłej babci”. W końcu nawet zapach lodówek w supermarketach sprawia, że myślimy o śmierci. Jesienią bezsenność jest straszliwsza, zgaga pali w dwójnasób, wszystkie blizny jakby się odbliźniły, a klątwy zaklątwiły.

Można sobie z tym radzić na dwa sposoby i oba już opracowała nasza sprytna ludzkość. Niektórzy lubią stan swój pogłębiać, aby czuć harmonię ze światem. Ci słuchają smętnej muzy, na obiad jedzą razowy makaron z chlebem, wieczorem oglądają „Plac Zbawiciela”, a potem czytają coś Houellebecqua (apokalipsa czy nadzieja?). Rano obudzą się z kacem, dzień zaczną od papierosa i pełnego pretensji telefonu do przyjaciela. To wszystko tylko utwierdzi ich w pewności, że jest chujowo, nawet jeśli refleksja ta nie ma głębi egzystencjalnej. Jest w tym, trzeba przyznać, pewna sprawiedliwość: czuję się źle i świat jest zły. Oba klocki świetnie do siebie pasują, a moje samopoczucie ma oparcie na zewnątrz. „Tak to jest”.

Ale są też inni, którzy z życia uczynili walkę o własną (lepszą) przyszłość, a mroki października i listopada próbują rozpraszać na różne sposoby. Z odpowiednią charyzmą i nietzcheańskim postanowieniem, że zmienią najpierw siebie, a świat po prostu za nimi podąży jak wierny pies. Ci właśnie jesienią się zapisują na fitness, od rana słuchają samby. Po wtrąbieniu otrąb patrzą w lustro i mówią: „Jesteś piękna. Kocham cię”. Mówią do własnego odbicia, czekając, aż samo się rozjaśni. Ci dbają o zdrowe więzi społeczne, odcinają toksyczne relacje, wnet identyfikują wampiryzm emocjonalny. Pamiętając smutek przygodnego seksu – trzymają narzędzie w spodniach (by swobodnie przetłumaczyć słynną staroangielską mądrość keep your dick in your pants). Wieczorem spotkają się z ludźmi, którzy są dla nich mili. Obejrzą inteligentną komedię (Woody Allen?), bo przecież człowiek wesoły nie musi być od razu nieinteligentny. Obudzą się młodsi, z zaróżowionym licem, bez niesmaku w ustach.

Ale czasem, nocą, kiedy idą się wysikać, mocniej zabije im serce: czy to aby wszystko prawda? Jest dobrze? Jednak zaraz walną sobie jednego i szepną: „Ech, świecie. Ciebie wszyscy źle fotografują”. I będzie im dobrze ze sobą i światem. Wkrótce przyjdzie wiosna, wola życia im się wyczerpie, mechanizm wyparcia zatnie i zaliczą na wstępie przednówkową deprechę. Silną jak szlag. Bo równowaga musi być (w naturze). Dobrze, że obie grupy tak sprytnie się podzieliły, bo dzięki temu PKB nie sczeźnie – wiadomo przecież, że człowiek smutny mało kupuje. A tak i zimą, i latem ktoś będzie kupował.

Najtrudniej się smucić latem, kiedy wszystko „chce żyć na sygnale”, życie okazuje się nieustępliwe i wypuszcza kłącza. I nagle pęka nasza mała sztama ze światem. Ale teraz? – Hulaj dusza! Wszystkich boli i wszystkim smutno! Idźmy więc razem na nowego Dolana albo Almodóvara, wychodząc z kina, miejmy tak samo załzawione oczy. Pijmy na smutno w dobrym towarzystwie, zjedzmy ryż za 5 zł w mlecznym barze. Bukiniści nam sprzedadzą tanio jakąś smutną książkę, pies z kulawą nogą nam w oczy popatrzy i świat będzie na chwilę tak bardzo harmonijny, spójny z nowym rządem. Bądźmy smutni, romantykom to wyszło na dobre. W czarnych swetrach będzie nam do twarzy.

Komentarze

  1. Agu
    Agu 9 grudnia, 2016, 16:36

    o co tyle szumu? listopad to idealny czas na smutek 😀

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy