Kto zapłaci za kryzys?

Kto zapłaci za kryzys?

Liberałowie lubią powtarzać, że nie ma darmowych obiadów. Święta to prawda. Tam, gdzie rządzą liberałowie, nie ma chęci do żadnych form pomocy społecznej. Ale nie tylko to jest znakiem firmowym rodzimej prawicy. Jak tylko interesy zaczynają gorzej iść, szuka się winnych. Wszędzie, byle nie w środowiskach, które ją tradycyjnie popierają. A że jest kryzys, ktoś musi za jego skutki zapłacić. Kto? Ostatnie tygodnie pokazują, że wszystkie opowieści o potrzebie solidarności społecznej w obliczu coraz większych kłopotów gospodarczych są zwykłym pustosłowiem produkowanym na użytek mediów. I tych naiwnych, którzy wierzą, że solidarnościowy rodowód jakiejś partii może się rozciągać na jej solidarność z bezrobotnymi pracownikami, bankrutującymi firmami czy niewypłacalnymi kredytobiorcami. Nic z tych rzeczy. W kapitalizmie słaby jest jeszcze słabszy. I świetnie nadaje się do tego, by na niego przerzucać kolejne ciężary. PO postępuje zgodnie z taką zasadą. Te grupy zawodowe i społeczne, które i tak tej partii, z różnych powodów, nie popierają, są w pierwszej kolejności obciążane skutkami kryzysu.
W kryzysie każda władza ma większe niż zwykle możliwości dyktowania warunków gry. Naturalny strach przed utratą pracy czy obniżeniem zarobków nie sprzyja buntom i protestom. Wiedząc o tym, zarówno władza, jak i pracodawcy, korzystają z tej sytuacji. Dyżurnym chłopcem do bicia stały się przy tej okazji związki zawodowe. Słabe, a przy tym niezwykle rozdrobnione i mało skuteczne, skupiają się na obronie swoich członków. Bardziej liczą się tylko OPZZ i NSZZ „Solidarność”.
Działające w oparciu o coraz bardziej leciwych działaczy stały się związki niewybrednym obiektem krytyki ze strony prorządowych mediów. Pełnych tak finezyjnych określeń jak tłuści faceci, pazerni bonzowie o bajecznych przywilejach i żerujące na spółkach pasożyty.
Klimat niechęci wobec związkowców więc już jest. I choć gwoli prawdy powiem, że sam znam takich związkowców, którzy by do tego opisu pasowali, to potraktowanie w ten sposób wszystkich jest zamierzoną manipulacją.
Najwięcej dostaje się przy tym związkowcom z KGHM, którzy twardo protestują przeciwko częściowej prywatyzacji ich firmy. By lepiej rozumieć podłoże tego konfliktu, warto przypomnieć wydarzenia sprzed 17 lat, kiedy to w 1992 r. rząd chciał sprzedać pakiet kontrolny kombinatu miedziowego za 400 mln dol., czyli ówczesne 1,5 mld zł. Ta kwota to było około jednej trzeciej rocznego zysku netto firmy. Kombinat wówczas stanął. Po długim strajku generalnym pomysł prywatyzacji upadł. Jego autorami, którzy za wszelką cenę chcieli doprowadzić do prywatyzacji KGHM, byli wówczas Donald Tusk, szef klubu parlamentarnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego, i Janusz Lewandowski, minister przekształceń własnościowych. Kto miał wówczas rację? Załoga. Bo w ciągu kolejnych lat budżet państwa dostał z KGHM wielokrotnie więcej niż to, co oferowano przy prywatyzacji. Gdzie więc sens? Gdzie logika? Gdzie interes państwa? I co naprawdę się kryje za tą powtórką z historii? Za puentę tego tekstu niech posłuży fragment listu internauty do premiera: „Jak widzę osiągnięcia w gospodarce i finansach, to sam mam zamiar założyć związek. Tylko jeszcze nie wiem jaki, w każdym razie skuteczny”.

Wydanie: 33/2009

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy