Śmierć wielkiego człowieka

Do nieuniknionych, smutnych wiadomości dołączyła wczoraj wieść o śmierci Jana Kozielewskiego, znanego w świecie pod pseudonimem – profesor Jan Karski. Kiedyś Wańkowicz oburzył się na mnie i na Jana Józefa Lipskiego słowami: “Co wy tak rozpaczacie nade mną, jestem przecież w wieku, w którym się umiera. Ważne jest to, że powiodło mi się w życiu jako człowiekowi i jako pisarzowi. Teraz muszę odejść”. Podobnie mógłby powiedzieć o sobie profesor Karski. Powiodło mu się i jako żołnierzowi podziemnego państwa, i jako uczonemu, i pisarzowi. Dla mnie najważniejsze w “sprawie Karskiego” jest jednak przede wszystkim to, iż mimo arcysędziwego wieku nie zaskorupiał w jakimś starym myśleniu, jeśli idzie o Polskę. Był zdolny, choć opuścił kraj przed kilkudziesięciu laty, trafnie oceniać to, co się dzieje w Polsce. Był mi jeszcze bliski dlatego, iż surowo oceniał nieodpowiedzialne marnotrawstwo krwi mojego pokolenia w czasie wojny przez zawodowych wojskowych, których lekkomyślność – czy też może brak elementarnych kwalifikacji dowódczych – naraziły młodzież na straty porównywalne z tymi, jakie nam sprawili najeźdźcy.
Miał wreszcie odwagę mówić, wypowiadać surowe prawdy i nagany skierowane przeciw temu, co teraz, po nastaniu suwerenności, wyprawiają elity polityczne. Zacytuję teraz fragmenty felietonu, jaki napisałem pod wrażeniem wystąpienia profesora w telewizyjnym programie. Tekst mój został opublikowany w “Wiadomościach Kulturalnych” w lipcu 1996 r. “Profesor… powiedział ostre słowa o bezmyślnym szafowaniu polską krwią w czasie okupacji niemieckiej. Mówił, że wojna nie trwałaby ani o dzień dłużej, gdyby lekkomyślnie nie rzucano na pewną śmierć tysięcy młodych ludzi, gdyby nie zgubiono Warszawy. Ja od siebie dodałbym jeszcze Monte Cassino, a może i więcej walk na Zachodzie – które nie przyczyniły się w najmniejszej mierze do powstrzymania naszych sojuszników od jałtańskich decyzji…”. Później dostało się od profesora Karskiego elitom politycznym naszego kraju – i to nie tylko współczesnym. “Elity polityczne w Polsce – mówił – są na niskim poziomie od wielu pokoleń. Następnie przedstawił wyjątkowo w historii korzystną sytuację – jaką ma obecna Polska. Nikt jej nie zagraża, a Europa nie potrzebuje żadnego przedmurza przed Wschodem, potrzebny jest raczej pomost, ale, by stać się takim, Polska musi mieć dobrą politykę wschodnią, a takiej nie ma. Jakiś ważny polityk z Warszawy miał w Waszyngtonie niedawno wykład o sytuacji politycznej naszego kraju i ani słowem nie wspomniał o Rosji. Jakby jej nie było tuż za granicą”.

Cała prelekcja profesora dowodziła, że jego poglądy są zbieżne z tym, co myślą ludzie poważni w Polsce. Chwalił np. Aleksandra Kwaśniewskiego na długo przedtem, zanim osiągnął on rekordową popularność w społeczeństwie, która do rozpaczy doprowadza prawicę, szczególnie tę o skłonnościach chuligańskich. Ostro krytykował Wałęsę, choć uznawał go za wielkiego syna Polski. Chwalił Okrągły Stół. O rządzącej prawicy usłyszeliśmy opinię, której prawie nikt z liczących się publicystów nie odważyłby się głośno wypowiedzieć. Są to na ogół, wedle Karskiego, ludzie mający poparcie Kościoła lub o takie poparcie się starający. Życzył im jak najgorzej. To obrzydliwi ludzie, demagodzy, niewykształceni. Wreszcie mówił o Żydach. Znowu cytuję mój stary tekst: “Zdaniem profesora, wbrew utartym opiniom, w Kongresie USA wielu Żydów popiera Polskę, natomiast twierdzenie, że nie ma u nas antysemityzmu, jest błędne. Antysemityzm istnieje i jest tak głęboko zakorzeniony w mentalności Polaków, że wszedł do ich świadomości; nawet nie rozumieją, że są antysemitami. Natomiast Żydzi, jacy zostali w Polsce, to wspaniali ludzie. W każdym innym kraju mieliby się znacznie lepiej. Siedzą tu, bo to jest ich ojczyzna”.
Gdy słuchałem Karskiego, zdumiewało mnie zawsze jego rozumienie naszych wewnętrznych krajowych spraw. Mimo olbrzymiego oddalenia profesor ma niezwykłą intuicję w odgadywaniu tego, co i jak myśli oświecona część społeczeństwa. Podkreślam to, gdyż często narzekamy na społeczeństwo jako całość niby jednolitą. W rzeczywistości nie brakuje nam ludzi na intelektualnym i moralnym poziomie profesora Karskiego, lecz tuż obok nich żyje wielomilionowa masa adoratorów tego myślenia i działania, jakie jest popularyzowane przez ogromną wszak rzeszę słuchaczy Radia Maryja. Nie piszę tu o ogromnych zasługach profesora w ujawnieniu prawdy o holokauście i o jego osobistej odwadze, gdyż wszyscy to znają. Przypomniałem tylko trafność jego diagnoz i osądów, które są jednym z istotnych fundamentów moich przekonań o przeszłości, o teraźniejszości Polaków.
Kilka jeszcze słów o moim patrzeniu na niektórych ludzi ich polskiej prawicy w związku z ich stosunkiem do uczciwości. Na podstawie jakiejś plotki agencyjno-prasowej premier Buzek surowo napiętnował postępowanie delegacji lewicowych polityków w Brukseli, gdy przebywali tam na rozmowach z przedstawicielami Unii Europejskiej. Mieli ponoć wyrażać całkiem inne stanowisko, niż rząd to czyni, chociaż kilka dni wcześniej dogadali się z premierem, że będą mówić jednym głosem.
Szczegółowe relacje z tego spotkania, ogłoszone dopiero dzisiaj, udowodniły błąd premiera. Uwierzył plotkom. SLD-owcy mówili jednym głosem z rządem. Profesor Buzek lojalnie odwołał swoje insynuacje, ale nie przeprosił. Zdziwiło mnie to, gdyż uważam go za człowieka wielkiej klasy, choć się z nim nie zgadzam w większości spraw, o jakich mówi. Najgorzej wypadł, co nie jest zaskoczeniem, Jan Maria Rokita, który rozkrzyczał się na całe gardło w tej sprawie i też popadł w insynuacje. Nie wiem, czy się wycofa. Kiedyś Rokita budził nadzieje, że zostanie politykiem wielkiego formatu. Było, minęło. Niedaleko odbiega od przeciętnej w prawicy. Nie jest to poziom zachwycający.

14 lipca 2000 r.

Wydanie: 30/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy