Tragikomedia

Tragikomedia

Staram się uciekać od pisania i myślenia o naszej polityce, ale jak można udawać, że nic się nie dzieje? To niemal jak ucieczka z miejsca wypadku. Na moim do niedawna oddziale psychiatrycznym przebywały trzy panie – stare znajome i bywalczynie tego miejsca, spały w jednym pokoju. Dobrały się też politycznie, były antypisowskie. Uciekały do szpitala na jakiś czas, jak niektórzy jeżdżą do sanatorium. Wszystkie miały za sobą próby samobójcze. Szpital wtedy zawsze przyjmie, jeśli to jest odnotowane i jak się powie, że takie myśli znowu przychodzą do głowy. Miejsce zdaje się paskudne na pierwszy rzut oka, ale nawet ja po dwóch tygodniach zacząłem doceniać jego zalety. Jest poza normalnym światem, a ten świat to jest dopiero dom wariatów.

Ekipa z pobliskiej biblioteki po książki, które gromadziłem do oddania. Mieli duży samochód, ale i tak trzeba było odbyć kilka kursów. „Czy panu nie żal tych książek?”, pyta bibliotekarka. Nic a nic. Czuję ulgę. Coraz trudniej było dojść do mojej pracowni przez góry książek zalegających korytarz. A przecież niektóre z nich przez pół wieku patrzyły na gabinet mojego ojca, pamiętają, jak bywali u niego Iwaszkiewicz, Szymborska, Różewicz i Herbert. Jedna ściana gabinetu wspinała się pod sufit półkami pełnymi książek, których grzbiety tworzyły niezwykłe, kolorowe i gęste pnącze. Ojciec rzadko szukał książki, zwykle wiedział i sięgał po tom pewną dłonią. To pnącze było nieco wyblakłe, tam gdzie padało słońce zachodu, rosło przez wiele lat po śmierci ojca. A nad jego łóżkiem wisiał piękny obraz Hanny Rudzkiej-Cybisowej, znajomej malarki, kapistki, która dała mu go w prezencie. Wisiał w mojej pamięci zawsze.

Kiedy sprzedawałem mieszkanie na Iwickiej, musiałem zniszczyć bibliotekę ojca. Książki zdawały się żywym organizmem, w którym krążyła krew. Wyszarpując je z półek, uśmiercałem go. A kiedy zdejmowałem obraz ze ściany, bałem się, że rozsypie się cały dom, jakby za plecami tego obrazu był ukryty jakiś centralny węzeł budynku. Dramatyczne było potem odrywanie półek od ścian, wrosły w nie, zostawiając bolesne ślady.

Dzwoni do mnie M., znany kompozytor. Mówi o tym, jak PiS ujawnia pokłady zła i agresji, które były przyczajone w Polakach, ale nie spały. On ma lepiej niż ja, ucieka w komponowanie, w muzykę, która jest apolityczna. Ale należy do ludzi z genem społecznym, więc mimo muzyki nie potrafi się odciąć od życia politycznego i nawet chodzi na manifestacje KOD. Mój ojciec też był poetą z głową w chmurach, ale miał pasję polityczną. Po nim ją odziedziczyłem. Było to moim przekleństwem w epoce PRL i teraz jest z tym wielka bieda. Znajoma pisze mi: „Wszystko to widzę jak stan wojenny, tylko ograniczony, pełzający, bez czołgów i godziny policyjnej. Bez internowania, ale z upokarzaniem wszystkich, całego narodu”. Tak, to jest nie do zniesienia, myślę; też dlatego, że odbywa się tak, jakby nic się nie działo, bez przemocy, przy bierności lub pomocy części społeczeństwa. Trzeba być pozbawionym pasji politycznej, mieć idealną pracę, związek i optymistyczne usposobienie, by sobie z tym jakoś radzić. Inaczej stan rzeczy jest chroniczną dolegliwością.

Byłem w stresie, bo śniadanie wielkanocne mieliśmy zjeść w towarzystwie rodziny, rodziców żony brata mojej żony, którzy są gorliwie pisowscy. Jej ojciec jest rolnikiem, ale człowiekiem oczytanym. Cokolwiek to znaczy, oboje to porządni i uczciwi ludzie. Na szczęście ich nie było. Oczywiście zastrzegłbym, że o polityce ani słowa, tak zresztą jest bez umawiania się w Skandynawii czy w Wielkiej Brytanii, to ważny element tamtejszej kultury współżycia między ludźmi. Z krajów, które znam, najwięcej mówi się o polityce w czasie spotkań rodzinnych w Izraelu, co powoduje monstrualne kłótnie domowe. Podobnie jest w Polsce, chociaż mam wrażenie, że pomału uczymy się – nic o polityce.

Pytanie, co PiS chce zrobić Polsce, że tak się boi niezawisłego Trybunału Konstytucyjnego. Kompromis w tej sprawie teraz wyszedłby tylko tej partii na zdrowie. Ktoś mógłby nawet pomyśleć: może nie są tacy okropni, na jakich wyglądają. Bezkompromisowość prezesa świadczy o skali przyszłych planów i zamiarów i jak dalece wykraczają one poza to, co reguluje konstytucja, uczciwość i zdrowy rozum.

Sprawa opony w prezydenckim samochodzie jako kolejny przykład polskiego niechlujstwa i nieprzestrzegania procedur, mówiąc bardziej fachowo – reguł gry. Zjawisko nadal powszechne i wszędobylskie. I właśnie to było przyczyną katastrofy smoleńskiej. Pomysł prezesa na ruchome pomniki smoleńskiej katastrofy – na Krakowskim, ruchome, by oszukać prawo, jeden jego brata, drugi innych ofiar i męczenników zamachu – to skrzyżowanie konia trojańskiego z wozem Drzymały. Tak, sytuacja w Polsce jest tragikomiczna, ale boję się, że tragizm będzie szybko zjadał komiczność.

Wydanie: 13/2016

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy