Jak nie kijem go, to prawem

Szczerze mówiąc, powoli tracę ochotę do pisania felietonów, ponieważ zauważam pierwsze oznaki obłędu związane z nadmierną chęcią zrozumienia naszych czasów, by potem w lekkiej i przystępnej formie przekazywać czytelnikom plony tej stresującej roboty. I czuję, że powinienem zaszyć się w jakiś kąt, gdzie nie ma prądu i kiosków z gazetami, albo wyjechać z kraju co najmniej na dwa tygodnie, żeby utrzymać przynajmniej cząstkę równowagi psychicznej, bo doszedłem do wniosku, że skoro moje państwo jest normalne – a podkreśla cały czas, że jest – to obłęd automatycznie spada na mnie.
Typowym przykładem powodującym lęki jest teraz sprawa obywatela Gdyni, właściciela sklepu, który wywiesił na ścianie delikatesów zdjęcia złodziei okradających go z jego własności. Prokurator, który zabrał głos w tej sprawie, powiedział bardzo mądrze, że człowiek nie może być szykanowany, zanim sąd nie udowodni mu winy. Ale sąd nie udowodni mu winy, ponieważ policjanci nie chcą przyjść do sklepu chociażby po to, żeby obejrzeć fotografie tych, którzy kradną w okolicy ich posterunku, z tym że polskie prawo nie znosi próżni i dlatego skazany zostanie najprawdopodobniej właściciel za szykanowanie. Chociaż ten z kolei, mając dobrego adwokata za plecami, może udowodnić, że szykany w żadnym przypadku nie przekraczały 200 zł, to wtedy zostanie również uznany za niewinnego z powodu znikomej szkodliwości społecznej.
Dwa lata temu trafił do aresztu inny sklepikarz, ten z kolei za nielegalne, jak stwierdzono, złapanie złodzieja i przykucie go kajdankami do krat. Od biedy zrozumiałbym jeszcze sąd, który by skazał za nielegalne posiadanie kajdanek, a tak zaczynam się czuć, jakbym już siedział w zakładzie dla psychicznie chorych, co staje się zrozumiałe, kiedy słucham oświadczenia sądu, że policjanci nic złego nie zrobili, oglądając z należną im powagą bicie prezesa spółdzielni przez jego pracowników albo przyglądając się niewinnie, jak taksówkarze tłuką pasażerów, być może czyniąc nawet zakłady, który z klientów pierwszy padnie.
Z drugiej strony, tworzącej to prawo, dowiaduję się, że posłanka Samoobrony, Maria Zbyrowska, w roku 2001 trafiając do Sejmu, miała ukończoną podstawówkę, w roku 2002 ukończyła szkołę średnią i zdała maturę, i w tym samym została studentką uczelni, o której istnieniu wiedzą tylko jej rektor i ona sam. Teraz w 2003 r. podobno planuje napisać pracę magisterską, by na koniec kadencji zostać doktorem, tylko jeszcze nie zaplanowała, czy doktorem prawa, czy filozofii, czy zwykłym chirurgiem, co i tak jest bez znaczenia dla nas, zwykłych zjadaczy chleba, krojonych na rożne sposoby.
Mój narastający obłęd bierze się z obawy, że któregoś dnia, lekceważąc drobnych złodziejaszków i karząc tych, którzy z nimi dają sobie radę, prawo rozlezie się nam w rękach jak zużyte rękawiczki, co mnie zresztą nie dziwi, skoro ustawy tworzą hodowca drobiu z agrotechnikiem.
Ale to, co mnie najbardziej uświadomiło, że znajduję się na granicy szaleństwa, to sen, jaki miałem wczorajszej nocy. Był on o tym, że budzę się rano, włączam radio i słyszę, że w nocy nasz parlament uchwalił, że Ziemia jest znowu płaska.

Wydanie: 7/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy