Czy musimy być idiotami?

Czy musimy być idiotami?

Rzecz jasna, można by tę samą kwestię opisać całkiem odmiennym pytaniem, np. „Czy istnieją ludzie, którzy nie są idiotami?”, „Czy wszyscy jesteśmy idiotami?”, „Czy jesteśmy skazani na bycie idiotami?”. Nie wchodząc w historię terminu, który miał swoją krótkotrwałą medyczną złotą erę (XIX w.), kiedy opisywał przypadki pewnego typu upośledzenia umysłowego, niekiedy określano jego graniczne zdefiniowanie bardzo niskim IQ. Nauka nie znała jeszcze wówczas bardzo wielu precyzyjniejszych określeń, kategorii, jednostek odmienności, wszystkiego, co dzisiaj możemy odnaleźć we współczesnej psychiatrii. Dzisiejszym problemem nie jest jednak określanie tym słowem pacjentów (czy, jak to już często się mówi w praktyce terapeutycznej, „klientów”) bądź osób wymagających opieki i pomocy psychiatrycznej. To słowo, którym żywo reagujemy, określając kogoś jako głupka, kogoś, kto nie rozumie podstawowych spraw, nie ogarnia, komentuje bez żadnego powodu coś, na czym się nie zna, o czym nie wie nic albo wie zbyt mało. Idiota wcale nie musi oznaczać kogoś niewykształconego – na poczekaniu moglibyśmy zrobić listę utytułowanych naukowo „idiotów”, profesorów takoż. Mamy zapewne tendencję do zajmowania stanowiska (i chyba jednak prawo) nawet w sprawach, w których mamy liche rozeznanie, marną wiedzę, luźną orientację. Równocześnie technika (sieć) pozwala błyskawicznie to weryfikować (przynajmniej na podstawowym poziomie).

I tu zaczyna się problem. Kiedy wygłaszając „idiotyczne” przekonania, mieszając fakty, nie łącząc kropek logicznego łańcucha rozumowania, zostajemy przyłapani na swoim „idiotyzowaniu”, nie mamy obyczaju wycofania się, przyznania do błędu, douczenia się. Obserwuję od lat zjawisko nieodróżniania sfery faktów od przestrzeni poglądów. Jestem przywiązany (może to jeszcze inny idiotyzm?) do tego, że o faktach się nie dyskutuje.

Zbliża się rok kopernikański (będzie zalew publikacji, oj będzie, po czym i tak ktoś wyskoczy ze swoim „A ja uważam, bo mam prawo do własnego poglądu”), więc weźmy tę umęczoną nami (ludzkością) bryłę, nazywaną Ziemią. Wiemy z całą dostępną ludzkości pewnością, że jest nieregularnie okrągła, zbliżona do kuli i krąży w obrębie naszego układu planetarnego wokół Słońca, naszej najbliższej, życiodajnej i śmiercionośnej gwiazdy. Ale zdarzało mi się spotkać osoby, które mówiły o tak: „Wiem, że Ziemia nie jest płaska i krąży wokół Słońca, ale uważam, że ktoś inny ma prawo mieć inne zdanie”. A ja tak nie uważam, bo trzeba by umieć tego dowieść; to na kimś, kto buduje tezę o istnieniu czegoś, ciąży konieczność dowodzenia. Jako ateista nie muszę dowodzić nieistnienia boga, bogów – próby dowodzenia jego istnienia nie są powszechnie akceptowane. W kwestii kształtu i ruchu Ziemi nie ma poglądów, możesz spróbować dowieść, że Kopernik nie miał racji. Ale jak ma to zrobić człowiek, który nie wie np., co to całka, pierwiastek trzeciego stopnia, paralaksa czy orbita?

Ale właściwie chciałem o czymś innym. Najciekawsze w terminie idiota wydaje mi się starogreckie znaczenie tego słowa. Otóż w niedoskonałej, niesprawiedliwej, nierównościowej demokracji ateńskiej, która w swój własny wykluczający sposób (bez kobiet, bez niewolników, bez niemajętnych) promowała wartości życia wspólnotowego, zaangażowania społecznego – słowem idiota określano kogoś aspołecznego, zajętego prywatnymi sprawami, niezaangażowanego w życie polityczne, publiczne. Pozostaję pod dużym wrażeniem takiego widzenia spraw, żyjąc 2,5 tys. lat później, gdy formalnie nasza demokracja jest doskonalsza (kobiety mogą głosować na równi z mężczyznami, nie ma kryterium zamożnościowego, niewolnictwo teoretycznie nie istnieje), ale jednym z ważnych słów określających naszą epokę jest postpolityczność. Polityka jako namysł nad doskonalszym funkcjonowaniem wspólnot, społeczności, rozumiana jako bezustanna dyskusja, spór, debata, ustępuje mechanizmowi zdobywania władzy i paramerytokratycznemu zarządzaniu masami, majątkiem (kiedyś dobrem wspólnym). Zamiast poczucia, że wszyscy jesteśmy politykami, czyli zależy nam na tym, jak wygląda nasze życie: edukacja, praca, odpoczynek, ochrona zdrowia i reguły życia wspólnego – mamy wrażenie, że nas to nie dotyczy, oddajemy to wszystko kaście zawodowych polityków. Zdecydowaliśmy się, rezygnując z polityki jako naszego prawa, obowiązku i codziennego uczestnictwa we wspólnym, na skrajną prywatność i troskę wyłącznie o „swoje”, na bycie poza polityką. Wybraliśmy bycie poza polityką. I tak zostaliśmy idiotami. Na własne życzenie. Możemy jednak nie być idiotami, czego sobie i Państwu życzę. Czas odzyskać politykę z prywatnych rąk. Nie stać nas na świat sprywatyzowany, na świat idiotyzmów. Ziemia też nie jest idiotką, nie ma powodu, żeby nas takich akceptowała. Wysyła czytelne sygnały – no, niestety nie dla idiotów.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 34/2022

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy