Święte prawa własności?

Święte prawa własności?

Po wojnie w ramach realizacji dekretu o reformie rolnej, a czasem z naruszeniem tego dekretu, zabierano dawnym właścicielom dwory i pałace. W niektórych urządzono muzea, w niektórych szkoły, sanatoria, domy opieki społecznej, instytucje kulturalne, a czasem umieszczano administrację PGR-ów. Niektóre obiekty zdewastowano, doprowadzono do ruiny. Inne utrzymywano w dobrym stanie, konserwując, remontując, otaczając opieką konserwatorską. Są i takie, które za publiczne pieniądze doprowadzono do takiej świetności, o jakiej nie marzyli nawet ostatni właściciele. Bo ziemiaństwu przed ostatnią wojną, wbrew temu, co się dziś powszechnie wydaje, wcale nie wiodło się najlepiej. Płody rolne były tanie, gospodarka rolna w Polsce, podobnie jak cała gospodarka, była na ogół zacofana, wydajność rolnictwa niższa niż nie tylko np. w Danii czy Niemczech, ale nawet na Litwie. Był to efekt wieloletnich zaniedbań zarówno z okresu zaborów, jak i z czasów wcześniejszych. W końcówce XVIII w. Polska była gospodarczo daleko w tyle za Austrią czy Prusami, nie mówiąc już o Francji. Poza tym przez ziemie polskie przetoczyły się fronty I wojny światowej, czyniąc ogromne spustoszenia. Ledwie się skończyła, wybuchła wojna ukraińska, później bolszewicka. Zniszczone były zabudowania gospodarcze, zniszczone i zrabowane maszyny rolnicze, wybite bydło. Brakowało kapitałów. W efekcie wiele gospodarstw ziemiańskich było zadłużonych. Także w urzędach skarbowych.
Po roku 1989, a więc po blisko półwieczu, o zabrane dwory i pałace zaczęli się upominać ostatni właściciele, a częściej ich spadkobiercy lub spadkobiercy spadkobierców. Zaczął się także handel prawami spadkowymi: spadkobiercy sprzedawali swe prawa rozmaitym nowobogackim. Osobnym problemem był zwrot nieruchomości Kościołowi katolickiemu. Temu ostatniemu III RP gorliwie zwróciła nawet to, czego nie stracił, a także to, co zabrano w XIX w. To jednak temat na oddzielny felieton, ba, na długą rozprawę. Pozostańmy przy potomkach ziemian i arystokracji.
Brak ustawy reprywatyzacyjnej, której kolejne rządy III RP nie potrafiły (bały się?) przygotować, powoduje, że zwracanie dworów i pałaców odbywa się bądź na podstawie wyroków sądowych, bądź na podstawie decyzji administracyjnych władz terenowych. W tych ostatnich wypadkach w oparciu o nader wątpliwą podstawę nie tylko prawną, ale nawet moralną. Zwolennicy reprywatyzacji, która z braku wspomnianej ustawy siłą rzeczy jest reprywatyzacją „dziką”, zwykle mówią, że zagrabione mienie trzeba oddać, powołują się też na rzekomo święte prawo własności.
Zacznijmy od tego ostatniego. Zasada „świętości prawa własności” doznaje licznych ograniczeń. Gdyby była bezwyjątkowa, trzeba by wrócić do czasów nie tylko sprzed reformy rolnej, ale jeszcze wcześniej – do czasów sprzed uwłaszczenia chłopów. Wszak uwłaszczenie dokonało się ewidentnie z naruszeniem „świętego prawa własności”. Może więc z tym „świętym prawem własności” nie należy przesadzać?
Prawdą jest, że rzecz zagrabioną należy zwrócić. Ale po pierwsze, zwrócić powinien ten, kto zagrabił, po drugie, temu, komu zostało zagrabione. Jeśli nawet przyjąć, że coś zagrabiono w 1945 r., to dlaczego ma oddawać dzisiejsze społeczeństwo? Dlaczego ma za to płacić dzisiejszy Kowalski ze swoich podatków? Czy miał udział w tym grabieniu? Poza tym czy oddawanie na koszt współczesnego pokolenia Polaków dzisiejszemu spadkobiercy (często spadkobiercy spadkobiercy) na pewno jest aktem sprawiedliwości? Można mieć wątpliwości. Ja je mam.
Zaniedbanie państwa nie ogranicza się do tego, że nie uchwalono dotąd ustawy reprywatyzacyjnej, która generalnie regulowałaby te problemy. Przy zwrocie zabytkowych nieruchomości państwo z zasady nie żąda zwrotu poniesionych na ich utrzymanie nakładów, których wysokość przewyższa niekiedy wartość samej nieruchomości. Nikt też nie próbuje sprawdzić, czy aby przed wojną nieruchomość nie była obciążona i zadłużona wobec państwa.
Na fali zwracania „zagrabionego” krakowskie Muzeum Narodowe zwróciło (?) Fundacji Książąt Czartoryskich zbiory eksponowane od XIX w. w Muzeum Czartoryskich w Krakowie. Po wojnie zbiory wraz z całym muzeum włączono do Muzeum Narodowego jako jego oddział. Muzeum Narodowe opiekowało się nimi, konserwowało je, udostępniało, opłacało personel, oświetlenie, ogrzewanie. Remontowało też i konserwowało budynek mieszczący zbiory, dany swego czasu przez miasto Kraków księciu Czartoryskiemu do eksponowania zbiorów przywiezionych z Puław via Paryż do Krakowa. Ile to wszystko kosztowało? Nikt tego nie liczył. Na początku lat 90. postanowiono zbiory „zwrócić” Czartoryskim. Specjalnie w tym celu utworzono Fundację Książąt Czartoryskich, która robi za spadkobiercę ostatnich właścicieli kolekcji. W statucie fundacji zapisano, że jej prezesem będzie każdorazowy dyrektor Muzeum Narodowego w Krakowie, a zbiory będą odtąd traktowane jako depozyt. Muzeum nadal będzie się nimi opiekowało, konserwowało je, opłacało personel etc. I co najważniejsze, udostępniało publiczności. Wyglądało to bardzo sensownie. Aliści rada fundacji szybko zmieniła statut, dyrektor Muzeum Narodowego przestał być prezesem fundacji, robiąc miejsce dla przedstawiciela Rodziny (chciałoby się napisać Familii). Odtąd podział ról jest taki: Muzeum Narodowe płaci za wszystko, o zbiorach decyduje fundacja. Ostatnio uczyniła stały proceder z komercyjnego wypożyczania „Damy z gronostajem” Leonarda da Vinci, planuje też podzielić zbiory, część ulokować w Puławach, część jeszcze może gdzieś. Na nic nie zdają się protesty muzealników i historyków sztuki. Fundacja robi, co chce, bo ma do tego prawo. To prawda. Tyle że to prawo ktoś jej łatwowiernie dał! Nikt też na czas nie oprotestował zmiany w statucie.
Jest jeszcze gorzej. Eksponaty (w liczbie kilkudziesięciu tysięcy!) wypisane z inwentarza Muzeum Narodowego nie zostały wpisane do rejestru zabytków. Trzeba dodać, że jak długo były w inwentarzu Muzeum Narodowego, miały status taki, jakby były w rejestrze zabytków. Nie zostały wpisane do tego ostatniego, bo nie zrobił tego wojewódzki konserwator zabytków, choć mógł i co więcej, powinien. Status prawny zbiorów Czartoryskich jest więc taki, że nie ma przeszkód, aby wywozić je z Polski na stałe.
Jak fundacja zechce, to sobie np. „Damę z gronostajem” wywiezie na stałe.
Stracą na tym Polacy i kultura polska? Stracą, ale za to „święte prawo własności” nie dozna uszczerbku.
Ale może fundacja nie zechce i nie wywiezie. W końcu „łaskawe państwo” też się trafiało.

Wydanie: 4/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy