Odzyskana książka

Habent sua fata libelli. Tak powinienem zacząć ten felieton, ale ponieważ już prawie nikt nie uczy się łaciny, nawet księża, którzy odprawiając nabożeństwa po polsku, nie muszą uczyć się łaciny na pamięć, jak papież polskiego, powiem po prostu, że dziwne są losy książek.
Iskry wydały właśnie książkę „W perspektywie czasu” Tadeusza Boya-Żeleńskiego, która stanowi wybór tekstów Boya dotyczących literatury polskiej, francuskiej oraz polskiego języka i obyczaju kulturalnego. Wyboru tego dokonał sam Boy, przygotowując go do wydania w roku 1941 we Lwowie, w Wydawnictwie Mniejszości Narodowych. Kilka tygodni później do Lwowa weszli Niemcy i rozstrzelali Boya wraz z innymi profesorami uniwersytetu. Rękopis przeleżał się dobrze ponad pół wieku, aż kupił go na aukcji p. Wiesław Uchański, prezes Iskier, i wydał.
Niezła historia. Polska książka mająca się ukazać w zajętym przez Sowietów Lwowie jako „literatura mniejszości”, którą wówczas Polacy we Lwowie z pewnością nie byli; Boy po raz pierwszy w życiu jako profesor uniwersytecki i za to – choć nie tylko za to – rozstrzelany przez hitlerowców; no i tradycja Boya-Żeleńskiego dzisiaj, którego życie i twórczość omawiają dwie, wydane już w III Rzeczypospolitej, świetne książki, Barbary Winklowej i Józefa Hena, lecz także książka potworek Jacka Trznadla pt. „Kolaboranci – Tadeusz Boy-Żeleński i grupa komunistycznych pisarzy we Lwowie 1939-41”, mająca niejako dokończyć, tym razem w oczach współczesnych czytelników, lwowskie rozstrzelanie.
Wręczając mi książkę „W perspektywie czasu”, p. Uchański, od stóp do głów wielbiciel Boya, którego wydawnictwo mieści się zresztą w dawnym mieszkaniu Żeleńskich na Smolnej w Warszawie, obawiał się, że pisarstwo to może odrobinę zwietrzało. Otóż nic podobnego! Nie zwietrzał Boy, skoro dzisiaj budzi nadal literacko-polityczne namiętności. I nie zwietrzały jego teksty. Jeśli zaś już coś się tu stało, to można się raczej obawiać, że to myśmy nieco zwietrzeli czy też wypłukali się z czegoś bardzo ważnego, co zauważyć można dość wyraźnie przy lekturze „W perspektywie czasu”.
Boy, przygotowując do druku swoją książkę w zajętym przez ZSRR Lwowie, nie był oczywiście „komunistą”, jak chce tego Trznadel, ale był człowiekiem znienawidzonym przez polski ciemnogród. Nienawidzono go za „Naszych okupantów”, książkę o klerykalnej okupacji kraju, dorównującej niemal stanowi obecnemu, oraz za „Dziewice konsystorskie” i „Piekło kobiet”, książki o terrorze obyczajowym, antykoncepcji i aborcji, podobnie zakazanych wówczas jak i dzisiaj i podobnie skazujących na piekło ubogie zwłaszcza kobiety, co dzieje się też obecnie. Trznadel kontynuując tamte porachunki i tamtą nienawiść prawicy do autora tych książek, nazywa go „kolaborantem”, wzbogacając po prostu napaści na Boya o nowy epitet.
Tymczasem zobaczmy, co proponuje ów „kolaborant” do wydania w okupowanym Lwowie. Nie ma w jego wyborze słowa o naszych klerykalnych okupantach, nie ma też słowa o mrokach kołtuńskiej obyczajowości, panujących w podbitej teraz i rozdartej „pańskiej Polsce”. Teksty takie z pewnością przyjęte by zostały z aplauzem przez Wydawnictwo Mniejszości Narodowych, ale Boy zdaje się przestrzegać wskazań aresztowanego już wówczas przez NKWD Władysława Broniewskiego: „Są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli…”. I układa ze swoich dawnych szkiców książkę o polskiej kulturze, o Mickiewiczu, Słowackim, o Fredrze, o przecinku w polskiej prozie i o tym, że grafomański język polityki polskiej bierze się z panującej w szkołach dominacji poezji nad prozą. O polskich bogactwach kulturalnych, którym wytyka „pańskość”, ale tylko o tyle, że było ich tak wiele, że traktowaliśmy je rozrzutnie, po „sobkowsku”, jak pisze. Jest w tym wyborze także literatura francuska, którą on przecież przyswoił Polsce jako dorobek uniwersalny, oraz Kraków, stałe liryczne wspomnienie miasta młodości. Kraków był już wtedy stolicą Generalnej Guberni, urzędował w nim na Wawelu Hans Frank, ale Boy traktuje to jako zwykły pryszcz, jako niesmaczny epizod w dziejach prawdziwego Krakowa.
Trzeba być ślepym, aby nie widzieć w tym wyborze mądrego namysłu mądrego człowieka. Boy we Lwowie nie był, jak twierdzą niektórzy, „pijanym dzieckiem we mgle”, nie bardzo zdającym sobie sprawę, co się dzieje dookoła. Jego wybór potwierdza natomiast podstawową zasadę, że w chwilach dramatu należy wracać do źródeł, do rzeczy podstawowych, do wartości i celów nadrzędnych.
W okupowanej Warszawie środowisko, które wówczas znałem, socjalistycznych architektów i urbanistów, przemykając pomiędzy łapankami i rozstrzelaniami, pracowało nad wizją Warszawy za 50 lat. Boy w swoim wyborze, układanym w okupowanym Lwowie przypomina to, co było najważniejsze dla niego: światłe, racjonalistyczne, uwolnione od kadzidła i szlacheckiego bełkotu odczytanie polskiej tradycji literackiej.
Znakomicie i z zazdrością czyta się dzisiaj jego dokładne odczytanie „Pana Tadeusza”, w którym precyzyjnie, opierając się na tekście Mickiewicza, pokazuje autor drugie dno Soplicowa, które Sędzia dostał przecież od Targowicy, a Tadeusz dając te dobra Zosi jako swojej żonie, w rzeczywistości zwraca jej tylko to, co Soplicowie odebrali Horeszkom. To samo dzieje się ze Słowackim, z jego „Snem srebrnym Salomei” na przykład, gdzie w samym poecie „zmagają się jakby dwie dusze: polska i ukraińska”.
Kto dzisiaj tak czyta literaturę? Wybór Boya pojawia się nie tylko jako dziwaczna książka, bohaterka dziwacznej i tragicznej przygody, ale także jako wyrzut pod adresem współczesności. Wchodzimy bowiem w okres kadzidlany i bogoojczyźniany, a pojęcie patriotyzmu, międlone uparcie przez rządowe usta, stanie się niedługo – co nietrudno przewidzieć – przedmiotem satyry. Wchodzimy także w festiwal przebierańców, co oglądaliśmy już 3 Maja. Żołnierze przebrani za Księstwo Warszawskie, ktoś przebrany za Canaletta udaje, że maluje w Łazienkach, Wajda oddaje swój szamerowany frak i szpadę Uniwersytetowi Jagiellońskiemu, para statystów w kostiumach z XVIII w. przechadza się w parku. „Nie musimy nawet znać szczegółów życia w XVIII w.”, przyznaje „Gazecie Stołecznej” statystka, wystarczy tylko schować zegarek i uważać, żeby nie zadzwoniła komórka.
No właśnie.
Na kulturę Polski wali się dzisiaj kubły kostiumowego kitu, Instytut Wychowania niechybnie zaniesie go do szkół. Wszystko zaś po to, aby zapomnieć o tym, o czym przypomina Boy, że była to kultura żywa, sprzeczna, pełna paradoksów, w której ciemnota zawsze walczyła z postępem, a Konstytucję
3 maja, którą niedawno zachwalał nam sam prezydent, opracowali i spisali masoni, co oczywiście nie przeszłoby mu przez gardło.
Boy nie zwietrzał. Nabrał aktualności, o jakiej mu się chyba nawet nie śniło.
Chociaż nie jestem pewien, czy by się z tego szczególnie cieszył.

Wydanie: 19/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy