Podstawowy konflikt przyszłości

Zapiski polityczne

Od wielu lat toczy się na świecie jawna wojna, różnie nazywana. Jest to wojna – mówiąc ogólnie – pomiędzy Zachodem a światem muzułmańskim, względnie – ściślej to ujmując – arabskim. Formą tych zmagań jest osławiony terroryzm, stosowany w różnych częściach świata przez obie strony z tą różnicą, że samobójczy zamach w Izraelu bywa zazwyczaj nazywany zbrodnią, zaś amerykańskie bombardowanie wiejskiego wesela na południu Azji jest określane jako pomyłka. Tylko ofiary tych działań są jednoznacznie określane jako trupy.
11 września Ameryka doznała dotkliwej klęski. Oto mały oddziałek samobójczych komandosów upokorzył gigantyczny aparat wywiadowczo-wojenny Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Strona mahometańska dokonała straszliwego wynalazku, jawnie zbrodniczego. Narzędziem walki stali się pasażerowie cywilnych samolotów użyci jako część zabójczych pocisków. Amerykanie mimo posiadanej wcześniej sporej wiedzy o tajemnych poczynaniach strony muzułmańskiej, mogących być sygnałem o zamierzonym ataku na ich państwo, zachowali się biernie, czego teraz specjalnie się nie eksponuje w przeciwieństwie do patetycznego rozgłosu otaczającego klęskę wojenną USA.
Trudno się zresztą zorientować, ile w tym patetycznym rozgłosie, jaki upokorzeni Amerykanie nadają zamachowi z 11 września, jest chęci zemsty czy rewanżu, a ile rzeczywistego zagrożenia terroryzmem. Mówi się głośno i dobitnie, że cały świat został zagrożony terroryzmem właśnie dopiero teraz, jakby w najnowszych dziejach ludzkości nie było zbrodni kolonialistycznych Belgów w Kongo, Turków wobec Ormian w latach I wojny światowej, Niemców i Sowietów wobec Polski w latach 1939-1945, wreszcie najstraszliwszej ludobójczej zbrodni Amerykanów w Hiroszimie i Nagasaki, kiedy gigantycznym atakiem terroru atomowego postanowiono zakończyć II wojnę światową, a w rzeczywistości otworzono drogę do nieznanych dawniej przeogromnych zniszczeń ludzi i rzeczy.
Nową marnotą Amerykanów jest atak na Irak, którego skutki są bardzo trudne do przewidzenia, chociaż zapewne pokonanie Saddama Husajna będzie stosunkowo łatwe, to jednak upokorzenie, jakiego tym razem dozna świat muzułmański, nie zostanie zapewne łatwo i szybko zapomniane oraz spowoduje trwanie międzycywilizacyjnego konfliktu przez następne długie lata.
Do tego dochodzi trwała zadra pomiędzy Zachodem a światem mahometańskim w postaci utworzenia państwa Izrael, którego zaistnienie było swoistą formą zadośćuczynienia społeczności żydowskiej na świecie za cyniczną bezradność Zachodu wobec niespotykanej dotąd w historii na tę skalę zbrodni holokaustu. Gdyby nie to niemieckie opętanie zbrodnią, ruch syjonistyczny długo by jeszcze kołatał do bram wielkich mocarstw o własne państwo na Ziemi Świętej tylu narodów, a przede wszystkim muzułmanów, którzy gospodarzyli na tym terytorium przez setki lat. Kłopot z tym, że Zachód, którego los mordowanych Żydów zbytnio nie obchodził, rachunek za tę obojętność zapłacił z arabskiej kieszeni, oddając ich pradawne terytorium pretendentom mającym do tych ziem jeszcze starsze roszczenia. Żydzi postawieni u samego zarania swojej nowo-starej ojczyzny przed perspektywą „wrzucenia do morza” zaczęli się bronić tyleż brutalnie, ile skutecznie i w Ziemi Świętej panuje teraz trudna do przezwyciężenia nienawiść, rozchodząca się stamtąd na cały świat. Nie sądzę, by bez szybkiego rozwiązania problemu zaistnienia na serio państwa palestyńskiego dało się wyciszyć ten fragment konfliktu Zachodu że światem mahometańskim.
Zachodowi bowiem przychodzi łatwiej lokować gigantyczne pieniądze w nowe rodzaje broni, czyli w przyszłe wojny, niż sfinansować pokój w Ziemi Świętej, bo za darmo się teraz już tego nie da zrobić. Nigdy to zagadnienie nie było łatwe ani tanie do rozwiązania, ale teraz konflikt jest zbyt wielki na samorozwiązanie przez zainteresowane strony, tym bardziej że Arabowie wcale nie są i nie byli zainteresowani wyciszeniem sprawy. Niech się jątrzy – uważali – zawsze to będzie dobre dla Arabów w dziele usunięcia żydowskich agresorów na prastare arabskie terytorium.
Nasza polska mała żabka też podstawia swoją nogę do kucia razem z wielkimi zachodnimi rumakami i głośno propaguje konieczność walki z terroryzmem, przekonując swych obywateli, że im też zagraża ta współczesna zmora. Kolejne ekipy sprawujące władzę szukają w tym podkreślaniu naszego zagrożenia terroryzmem raczej uznania w oczach przepotężnych Amerykanów, niż wierzą w realność tego niebezpieczeństwa na wielką skalę. Myślę, że prawda jest inna. Nam wszystkim ze Wschodu i z Zachodu zagraża gigantyczna bomba demograficzna gotująca się do zbrojnej akcji biednych przeciw bogatym. Jakieś 40 lat temu na samym początku mojej drogi publicystycznej mój opiekun i mistrz w tym zawodzie, Gustaw Gottesman, polecił mi wziąć udział w organizowanym w Polsce Kongresie Unii Międzyparlamentarnej. Napisałem wówczas korespondencję do „Przeglądu Kulturalnego” o rysującej się poważnej sprzeczności pomiędzy bogatą Północą i biednym, wręcz nędznym Południem. Był to w prasie polskiej pierwszy głos czy raczej alarm w tej sprawie. Tak to zostało ocenione przez opinię wyrażaną przez zorientowanych w zawiłościach nadchodzącej powojennej epoki.
Od tego czasu Południe zbiedniało i wzbogaciło się o miliony głodnych ludzi, zaś Północ wzbogaciła się nie tyko o luksusowe dobra konsumpcyjne, ale i o wymyślne rodzaje narzędzi do zabijania ludzi. Coraz trudniej jest jednak z nich korzystać, gdyż nabierają siły i znaczenia idee pacyfistyczne. Polski papież głosi zarówno jawną krytykę ustroju, którym posługują się bogaci, jak i ubolewa nad nędzą biedaków przez nich samych mało zawinioną. Te piękne słowa nie łagodzą jednak konfliktu biedy i bogactwa. To będzie podstawowy konflikt przyszłości.

20 września 2002 r.

 

 

Wydanie: 39/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy