Nowa Polska nie jest w niebie

Nowa Polska nie jest w niebie

Bohaterami publicystyki ostatnich tygodni są tzw. symetryści, czyli ci z komentujących wydarzenia polityczne, którzy nawet kiedy krytykują PiS, nie zapominają o przewinach poprzedników, czyli głównie Platformy Obywatelskiej. Symetryzm polega też na zauważaniu pozytywnych ruchów PiS, co może osłabiać wrażenie czystej, sterylnej, idealnej diabelskości formacji Jarosława Kaczyńskiego. Zarzut symetryzmu, czyli fałszywej i pozornej równowagi w działaniach PiS i PO, ma uświadomić symetrystom/kom, że pozornie krytykując PiS, de facto wspierają je, gdyż: wyciągają podobne (choć istnieje różnica skali) przewiny poprzedników, przez co zdejmują odium wyjątkowej odrazy, jaką winno budzić PiS zawsze i wszędzie, i z każdego powodu. Nie wolno np. pochwalić programu 500+, który – jak wynika już z szacunków badaczy – w istotny sposób osłabił wymiar skrajnego ubóstwa tysięcy rodzin. Przemoc policji jest nagle niesłychana i nieznana (wbrew faktom opisanym choćby w raportach Rzecznika Praw Obywatelskich). Słusznie polemiści zauważają, że lepiej byłoby uprawianie polityki opozycji wobec PiS oprzeć na obronie wartości życia politycznego, państwowego, kształtu i charakteru instytucji publicznych, a nie „na kierunku partyjnym”: PiS zawsze złe, Platforma zawsze dobra. Rzadko w historii rządy robią same głupstwa, a wszystkie ich ruchy są całkowicie pozbawione sensu i mają wyłącznie destrukcyjny charakter – jest to raczej rodzaj płynnego balansu między głupotą, dobrymi chęciami, żądzą rewanżu i odrobienia lat chudych, mniej lub bardziej (przeważnie mniej) spójnym pomysłem na zmianę, celnymi posunięciami, które poprzednikom nie zaświtały w głowie – albo nie wystarczyło im odwagi lub wyobraźni, by je przeprowadzić.

W Polsce odbywa się rodzaj rządowo-parlamentarnej rewolucji zmieniającej państwo w jego konstytucyjnym wymiarze. Choć do formalnej większości konstytucyjnej rządzącym daleko, uważają swoje partyjne jedynowładztwo (w rzeczy samej to pierwszy taki przypadek po roku 1989, więc jest coś na rzeczy) za wystarczającą legitymację do zmian fundamentalnych – takich jak naruszenie struktur trójpodziału władz (operacja podporządkowania sobie sądownictwa jest w toku i na najlepszej dla rządzących drodze), wywrócenie do góry nogami pomysłu na nasze relacje z Europą i budowanie nowych, egzotycznych sojuszy czy w końcu okraszona rasistowską, nierzadko antyunijną retoryką manifestacyjna obstrukcja antyuchodźcza. Poza tym niemal każdy resort prowadzi swoją intifadę, a wszystkie one owocują dziesiątkami nowych otwartych frontów: likwidacja gimnazjów, pomysły na opłaty za leczenie, demolka w Puszczy Białowieskiej, budowa amatorsko-bojówkarskiej podarmii, szastanie publicznymi pieniędzmi na lewo i prawo, w końcu jawna polityka kadrowa o charakterze czysto nomenklaturowym. I o tym wszystkim Polcy i Polaki wiedzą, są poinformowani, choć z gigantycznym dodatkiem propagandy w wykonaniu tzw. mediów narodowych, czyli spartyjnionych przez PiS mediów publicznych (którymi wszak nie były niemal nigdy w ciągu prawie 30 ostatnich lat; degrengolada postępowała stopniowo: teoretycznie publiczne, były najpierw bardziej państwowe, potem rządowe, teraz partyjne, a dyktatorskie już chyba nie są nawet konieczne). I PiS osiąga relatywnie maksymalne, rosnące poparcie w sondażach. To znaczy, że obywatele i obywatelki nie przykładają aż takiej wagi do poczynań partii Jarosława Kaczyńskiego, w całościowej ocenie plusy przeważają nad minusami, a tęsknota za minionym czasem łagodnie szemrzącej ciepłej wody bynajmniej nie jest jakąś potęgą.

Rzecz jasna, nie absolutyzuję wyników sondaży, zauważam jednak potężny rozziew między oceną i językiem oceny PiS przez regularną i mniej regularną opozycję a efektem, jaki to przynosi. Może zatem warto zadać sobie pytanie, czy nie należałoby przenieść ciężaru politycznego sporu z dominującego pola krytyki władzy (warsztatowo zgódźmy się nawet, że jest to krytyka totalna, choć nie jest) na pole nowej oferty politycznej, która nie jest przywróceniem dawnej normalności, bo na taką normalność nie ma już nie tyle miejsca, ile żadnej szansy i zgody. Polsce Kaczyńskiego (żeby nie pisać Macierewicza, Ziobry, Pawłowicz, Kuchcińskiego, Przyłębskiej) należy przeciwstawić Polskę nie nazwisk, lecz pomysłów politycznych, nowej, otwartej wizji demokracji, która nie zapomina o milionach swoich obywateli, demokracji, która gotowa jest bronić nie tylko formalnych ram procedur demokratycznych (nikt nie będzie ginął za Trybunał Konstytucyjny, choć sposób rozprawienia się z nim uważam za zbrodnię polityczną). PiS zmusza nas do opowiedzenia sobie Polski na nowo, Polski zasad i wartości, których chcemy żywych i rzeczywistych, a nie literalnych i półmartwych. Bronić z determinacją można państwa, które wznoszone jest dla nas wszystkich, a nie dla politycznych rozprowadzaczy. Tak więc demolka, jaką Polsce zaaplikowało PiS (i seria celnych posunięć politycznych), jest dla nas wielką szansą na nowe otwarcie. Także w polityce. Historia się nie skończyła ani nie zatoczyła koła, historia wyrwała nam drzwi na oścież i mamy szansę dokonać wyboru: dokąd, z kim, jak i po co wyruszyć w nową drogę.

Wydanie: 26/2017

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy