Po wyborach w Rosji

Po wyborach w Rosji

Z okazji wyborów prezydenckich w Rosji polskie media znowu wypuściły na kraj masę nielogicznych sądów i zwietrzałych komunałów. Wybory zostały uznane za farsę. Mimo to zainteresowanie nimi było ogromne i pełne podniecenia. Czy tak się reaguje na farsę? Pani Anne Applebaum mieszkająca obecnie w strefie zdekomunizowanej jako żona ministra Radka Sikorskiego pytała w „Gazecie Wyborczej”, „dlaczego w ogóle zorganizowano te wybory?”, skoro wynik był wiadomy z góry, a Putin mógł po prostu wyznaczyć swojego następcę lub pozostać nadal prezydentem. Co do wyniku wiadomego z góry to nikt ze strefy zamerykanizowanej nie robił zarzutu prezydentowi Gruzji Saakaszwilemu z tego powodu, że jego wybór był wiadomy z góry, mimo że większość mieszkańców gruzińskich miast szczerze go nienawidzi. Ma ów Saakaszwili przewagę nad Putinem dlatego, że to jest nasz sukinsyn. Pani Applebaum odpowiada na swoje pytanie, suponując, że widocznie „klika” rządząca na Kremlu „ma poczucie niepewności” i boi się pomarańczowej rewolucji. Czy gdyby tych wyborów nie było – miałaby lepsze wyobrażenie o Rosji i Putinie?

Żyjemy w epoce demokratycznej, a to znaczy, że wybory muszą się odbywać ciągle i wszędzie. Bez wyborów nie można sobie wyobrazić ani demokracji, ani totalitaryzmu. Stalin, któremu nie brakowało poczucia pewności, i który nie bał się pomarańczowej rewolucji, regularnie urządzał wybory do wszystkich rad i komitetów. Łatwo powiedzieć, że były one pozorne, ale pozory mają swoje znaczenie. Jeżeli rosyjskie wybory były „ponurą farsą”, jak mówią moskiewscy liberałowie, to wybory amerykańskie można nazwać wesołym miasteczkiem wędrującym przez rok po wszystkich stanach Ameryki. Czy wybory odbywają się po amerykańsku na wesoło, czy nudno na sposób rosyjski, najważniejszych problemów narodowych one nie rozstrzygają. Gdy kandydaci zaczynają kampanię, różnice między nimi dają się zauważyć; gdy dochodzą do finałowej rozgrywki, głoszą mniej więcej to samo.
Amerykanie wyruszyli w świat z misją podzielenia się z innymi narodami tym, co mają u siebie najlepszego, to znaczy demokracją. Społeczeństwo amerykańskie ma (ciągle jeszcze) niezwykle silną konstrukcję opartą na pieniądzu, własności i etyce pracy. Takiemu społeczeństwu demokratyczne wesołe miasteczko nie może zaszkodzić. Pomyślmy jednak, co się musi dziać w kraju, w którym społeczeństwo jest w rozsypce. Które nigdy nie istniało bez obudowy autorytarnej, a któremu jako formę władzy proponuje się demokratyczne amerykańskie wesołe miasteczko. Amerykanie nie są głupi i dobrze o tym wszystkim wiedzą; demokrację stosują za granicą w tym celu, aby rozkruszyć państwa, które chcą od siebie uzależnić.
Rosję i inne państwa będące w podobnym do niej położeniu, to znaczy zagrożone anomią, anarchią i rozpadem, krytykuje się za naruszanie praw człowieka. Te prawa układają się według porządku hierarchicznego, to znaczy, że jedne są ważniejsze, a drugie mniej ważne, jedne pilne, a drugie mogą poczekać. Edmund Burke, liberalny konserwatysta, o którym dość dokładnie uczą na lepszych amerykańskich uniwersytetach, pisał, że pierwszym prawem człowieka jest prawo do dobrego, zewnętrznego wobec jego woli rządu. Bez urzeczywistnienia tego prawa wszystkie inne muszą pozostać niespełnione. „Mając prawo do wszystkiego, ludzie pragną wszystkiego. Do pragnień człowieka (…) należy pragnienie skutecznego powściągania namiętności innych ludzi. Społeczeństwo wymaga ujarzmienia nie tylko namiętności jednostek, nawet w masie i grupie (…), często hamować trzeba skłonności ludzi, kontrolować ich wolę, powściągać namiętności. A może dokonać tego tylko władza wobec nich zewnętrzna, w wypełnianiu swoich funkcji nie ulegająca tej woli i tym namiętnościom, do których okiełznania i pokonania została powołana. W tym sensie zarówno ograniczenia narzucane ludziom, jak i ich swobody zaliczyć należy do ich praw. Lecz skoro swobody i ograniczenia zmieniają się wraz z epokami oraz okolicznościami i mogą przybierać nieskończoną liczbę postaci, nie można ich określić przez odwołanie się do jakiejkolwiek abstrakcyjnej zasady i nie ma rzeczy bardziej niemądrej od rozważania ich w odniesieniu do takiej zasady”.
Nie to jest najważniejsze, że zachodni misjonarze demokracji nie rozumieją położenia narodów, które chcą demokracją uszczęśliwić. Gorsze jest to, że nie wiedzą, dzięki czemu demokracja u nich jest możliwa. Teoria Edmunda Burke’a tłumaczy nie jedną, przejściową sytuację polityczną. Ma ona znaczenie prawie powszechne.
Polityka jest zawsze decyzjonistyczna, ale w demokracjach zachodnich tego nie widać. Ulega się złudzeniu, że tam porządek państwowy utrzymuje się mocą praw, cywilizowanych konwencji, wolnych wyborów itp. Przyczyny i źródła tego porządku – rewolucje, wojny domowe, dyktatury, oświecony absolutyzm – poszły w niepamięć, aktualne są tylko uciechy, jakie daje wolność i bezpieczeństwo. W Rosji decyzjonizm jest widoczny jak na dłoni, prawo jest niepewne, a pozytywne rezultaty państwa radzieckiego – musiały być i takie, skoro system trwał przez siedemdziesiąt lat – zostały zmarnowane. Likwidatorzy rosyjskiego państwa komunistycznego, mówiąc słowami Edmunda Burke’a, „roztrwonili cenny kapitał swych zbrodni, w sposób marnotrawny i dziki spustoszyli zasoby represji (kapitału stanowiącego dla państwa ostatnie źródło okupu)”.
Demokracja światowa bierze odwet na jedynowładztwie, systemie monarchicznym. Przez wiele stuleci za jedyny ustrój prawowity uchodziła monarchia dziedziczna. Demokracja była uznawana za niebezpieczne dziwactwo. Fakt, że Polska po Jagiellonach miała królów z wyboru, sprawiał, że już z tego tylko powodu (a były też inne) uchodziła za kraj nienormalny, co dodatkowo ułatwiło rozbiory. Dziś za prawowity ustrój uchodzi jedynie demokracja. Rosjanie jednakże, którzy nie brali udziału w ewolucji idei politycznych świata zachodniego, są świadomie czy podświadomie przywiązani do jedynowładztwa. Ten system wzmacnia państwo lub je osłabia zależnie od osobowości „cara”. Gorbaczow i Jelcyn zrobili z mocarstwem radzieckim, co chcieli, i nikt – żadna grupa, żadna elita – nie czuł się uprawniony do tego, żeby im się przeciwstawić. Putin odwrotnie – wskutek pozycji jedynowładcy państwo rosyjskie odbudowuje. Dzięki temu, czego już dokonał, ma zagwarantowane miejsce w historii Rosji obok Piotra Wielkiego i Katarzyny II. (W Warszawie „popaprańcy” czują się dotknięci, gdy ich ktoś przypadkowo porówna z Putinem, któremu do pięt nie dorastają).
Ostatnie wybory prezydenckie w Rosji mogą wywołać kryzys na szczytach władzy, ale z nie mniejszym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że oznaczają przejście do zrównoważenia władz prezydenta, rządu i parlamentu. Wiele będzie zależało od tego, jak naród będzie postrzegał panowanie dwu „carów”, z których jeden został powołany na urząd według republikańskiej i demokratycznej procedury, a drugi uznany za przywódcę narodu przez aklamację, czyli jawne masowe poparcie. Zachód opowie się za formalnie wybranym prezydentem, ale naród rosyjski może aklamacji przypisać wyższy stopień prawomocności. Takiemu stanowisku nie brak uzasadnień teoretycznych: Carl Schmitt, a także Jean-Paul Sartre, na przykład, twierdzili, że wolę ludu lepiej wyraża aklamacja niż tajne wybory: pierwsza forma integruje naród, umacnia wspólnotę, druga składa decyzję w ręce odizolowanych w danym momencie od społeczeństwa jednostek. Tego rodzaju myślenie panowało w demokracji szlacheckiej w Polsce i nie mam poczucia, że zostało całkowicie wykorzenione z polskiej mentalności. Wystarcza zdrapać demokratyczne frazesy, żeby się o tym przekonać.

Wydanie: 11/2008

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy