Co wolicie – popyt czy podaż?

Co wolicie – popyt czy podaż?

Bez uprzedzeń

Waldemar Kuczyński zarzuca nowemu ministrowi finansów uznawanie popytu wewnętrznego za główny czynnik pobudzania produkcji i zmniejszania bezrobocia. Obawia się, że Grzegorz Kołodko będzie prowadził politykę popytu zamiast pożądanej polityki podaży („Wojna o popyt czy o podaż”, „Gazeta Wyborcza”). Sądzę, że ten zarzut jest nieuzasadniony, ale chciałbym zwrócić uwagę na te twierdzenia Kuczyńskiego, które są słuszne i mają znaczenie wykraczające poza tematykę ekonomiczną. W obecnych warunkach nie można z wielką pewnością liczyć, że popyt wewnętrzny przyczyni się do wzrostu produkcji krajowej. Polska gospodarka – twierdzi Kuczyński – jest już w ogromnym stopniu włączona do rynku międzynarodowego, na którym dominują najbardziej rozwinięte, najsilniejsze ekonomicznie kraje Unii Europejskiej. Gdy autor mówi o dominowaniu krajów UE, a nie np. przedsiębiorstw unijnych, kieruje się myślą merytoryczną, a nie względem stylistycznym, co zauważam nawiasem. Za parę lat, może za dwa, nasz rynek będzie cząstką rynku Unii, ale już obecnie prawie nią jest. „Przy tak otwartym rynku – pisze Kuczyński – rola popytu krajowego w pobudzaniu wzrostu gospodarczego spada na dalszy plan, bo nabywcy krajowi (…) mogą zwiększyć zakup zarówno dóbr krajowych, jak i – w pełni dostępnych – z importu”. Rząd może łatwo zwiększyć popyt, ale nie ma wpływu tak samo łatwego na to, żeby produkty krajowe wytrzymywały konkurencję z importowanymi. „Przy mało konkurencyjnej podaży zwiększenie popytu napędza raczej import i wzrost gospodarczy w krajach, z których import pochodzi”. Główny problem polskiej gospodarki polega na niedostatku konkurencyjnej podaży. Siła danego kraju nie bierze się z rozbudzonego w nim popytu. Kraj jest silny na rynku międzynarodowym, gdy jest użyteczny dla świata. Polska takim krajem nie jest.
Waldemar Kuczyński pisze dalej: uspokajamy się, że polska gospodarka nie znajduje się w stanie recesji, bo produkt krajowy przecież nie spada. Mamy coś gorszego od recesji: nasza gospodarka jest cherlawa. Nie pomogą jej remedia, jakie zaleca się organizmom żywotnym, które zapadły na taką czy inną chorobę. Autor zaleca skierowanie uwagi rządzących i pretendujących do rządzenia na fakt podstawowy, jakim jest słaba konkurencyjność nie tylko gospodarki, ale też społeczeństwa polskiego w stosunku do świata otaczającego nas przynajmniej z trzech stron. Na pytanie, co trzeba zrobić w celu wydobycia gospodarki z cherlawości, autor daje odpowiedzi moim zdaniem dosyć oczywiste, a więc też słuszne, nie są to jednak propozycje dla jednego rządu. Nazwać jakiś program wielorządowym to tyle, co nazwać go wielopartyjnym, a to już oznacza niemożliwość. Kuczyński lekceważy, a nawet gorzej: dezawuuje program rządowy mający przynieść sukces w krótkim terminie, tak by partie rządzące mogły zdyskontować ożywienie gospodarcze już przy najbliższych wyborach. W tym punkcie zachowuje się jak człowiek partii i nie ma racji. To, co rząd robi w celu szybkiej poprawy sytuacji (ja nie mówię, że dużo robi), nie musi szkodzić programowi dalekosiężnemu, którego zresztą na razie nikt nie zgłasza. Usiłowania, a raczej chęci rządu, aby „osłabić” złotego, są uzasadnione ze względu na cele krótkoterminowe i nie szkodzą celom długoterminowym.
Niejako na marginesie swoich rozważań Kuczyński trafnie uściśla pojęcia dotyczące wartości pieniądza. Mocna złotówka, słaba złotówka – co to znaczy? Są to źle dobrane metafory. Złoty obecnie jest drogi, ale to nie znaczy, że jest silny. Niektóre kłopoty naszej gospodarki biorą się właśnie stąd, że mając słaby pieniądz, doprowadziliśmy (to znaczy rządzący, z NBP włącznie, doprowadzili) do tego, że jest on drogi. Złoty stał się obiektem, używając modnego słowa, kreatywnej polityki pieniężnej. Kreatywnej, czyli w pewnym sensie oszukańczej.
„Trzeba uwolnić się od mitów, jakimi obrosło minione dwunastolecie” – pisze Kuczyński. Z całą pewnością jest to konieczny wstęp do postulowanej przez autora zmiany podejścia do problemów gospodarczych. Ale w sprawie, co było największym i najszkodliwszym mitem, chyba nie będzie zgody. Profesor Witold Morawski powiedział gdzieś, że polska gospodarka zastała przedwcześnie zglobalizowana, i to w takim stopniu jak być może żadna inna. W istocie mit globalizacji niezmiernie zaciążył i na prywatyzacji, i na wystawieniu się na konkurencję gospodarek silniejszych.
Kraj, który ma tak niewiele, że prawie nic do zaoferowania światu, zaufał regułom ustanowionym po to, by zwyciężali ci, co mają do zaoferowania najwięcej.
Po przyłączeniu w roku 1957 liczącego około jednego miliona mieszkańców kraju Saary do Republiki Federalnej słusznie podziwiany Ludwig Erhard wprowadził ustawy chroniące gospodarkę tego małego landu przed konkurencją wewnątrzniemiecką. Chodziło o to, aby produkcja w tym landzie na tyle się wzmocniła, aby następnie mogła konkurować na rynku zachodnioniemieckim. Stanowczo zbyt powierzchownie myśli się o polityce gospodarczej Niemiec.
Ja na miejscu kolejnych polskich rządów nie byłbym taki zadowolony z siebie jak one. Byłoby mi wstyd reprezentować jeden z najbardziej zacofanych krajów Europy, który ma mało do zaoferowania w handlu światowym, a nawet tego, co ma, sprzedać nie może, bo zafałszował sobie własny pieniądz.

 

Wydanie: 30/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy