Duszny zapach

Duszny zapach

Ciekawy wywiad z Ludwikiem Dornem w weekendowej „Gazecie”, która nagle zaczęła kosztować 4,50 zł. Słyszałem, że mają poważne kłopoty. Pamiętam, jak na progu słynnych wyborów powstawała „Gazeta” powołana na czas ich trwania. Ale ich wynik pozwolił pismu nadal istnieć. Pamiętam, jak Helena Łuczywo w naszym mieszkaniu zastanawiała się, czy po wyborach może zostać taki tytuł, zdawał się dziwny. Były też spekulacje, kto ma być szefem dziennika. Powstało pismo pełne niezwykłych i ważnych tekstów, krzewiące w Polsce liberalne myślenie, ale też zrobione z lęku, że stanie się to, co się właśnie stało, że dojdzie u nas do władzy prawica narodowa. Była to również moja obawa. Nieraz o tym rozmawiałem z Jerzym Giedroyciem w Maisons-Laffitte. Giedroyc nie znosił endecji i bał się tego myślenia w nowej Polsce – pamiętał je sprzed wojny, poza tym był piłsudczykiem. Dlatego w swoim piś­mie lubił moje teksty, w których ostrzegałem. Ale czy lęk „Gazety” nie zaszedł za daleko? Czy mimowolnie nie zaczął napędzać skrajnie narodowego myślenia i nie zadziałał na zasadzie samospełniającej się przepowiedni?

Dorn był trzecią osobą w PiS, teraz jest po drugiej stronie barykady. Uspokaja, że PiS nie posunie się za daleko, że nie wprowadzi dyktatury, tylko bałagan. Pyta: „Czego polski polityk się dowiaduje, jak zostaje premierem, ministrem?”. Sam odpowiada: „Nie da się”. Tak, to prawda, że w Polsce wiele grzęźnie w biurokracji, w układach, układzikach (nie wszystko, bo jednak wiele się udało). Przez cztery lata kierowałem Instytutem Polskim w Sztokholmie i nawet tam doświadczyłem różnych niemożności. Nie ma w Polsce jakiegoś układu, który ma centralę, są duże i małe sitwy, układy, układziki, nepotyzm. Dorn twierdzi, że dlatego wyleciał z PiS, że nie mógł zaakceptować spiskowej wizji, którą mają prezes i Macierewicz. Jest pewien, że PiS przegra najbliższe wybory, że nie da się ich sfałszować. Nie zauważa skali kłamstwa w mediach publicznych. Ani do czego są zdolni ci, którzy tak kłamią. Jestem pewien, że coś zachachmęcą przy wyborach, a wtedy Polska stanie na krawędzi prawdziwej wojny domowej. Dorn lepiej niż ja zna ludzi z PiS, ale zna ich z innego czasu. Władza w połączeniu z traumą dawnej przegranej zmienia ludzi radykalnie. Nie oddadzą półdemokratycznego państwa w ręce swoich śmiertelnych wrogów – tych, którzy zamordowali brata prezesa, doprowadzili kraj do ruiny, morderców płodów, krzewicieli zgniłego liberalizmu i gender. Obym się mylił, a Dorn miał rację.

Moja osobista historia, jak każda zapisana w mózgu autobiografia, to są sceny i scenki nagrane jak na filmie (stąd sceny w filmie, one wzorują się na naszej pamięci). Jest rok 1981, trwa karnawał Solidarności. Stoję przy oknie na korytarzu w siedzibie związku w Warszawie. Redagowałem wtedy „IKS”, pisemko ścienne rozwieszane w fabrykach. W innym piśmie wydawanym w regionie Ludwik Dorn napisał tekst, który mnie oburzył (już tam był podział na liberałów i prawdziwych Polaków). Wdałem się w ostrą polemikę. Zbliża się do mnie lisim krokiem Macierewicz i krytykuje mój tekst, mówi jednak w puencie: „Muszę ci przyznać, że tekst jest świetnie napisany”. Niepokoiło go, że dobre pióro może służyć złej sprawie. Już wtedy uważaliśmy, że jest jakiś dziwny, oczy mu płonęły.

Z listu nauczycielki z niewielkiego miasta: „W szkole wieje grozą. »Dobra zmiana« dotrze w swoim czasie i tutaj. Szczęśliwie nie pracuję w gimnazjum, szkoły średnie na zmiany trochę poczekają. Ale walec ruszy. Ważne, by nie dać się zwariować i robić swoje. W sercu udręka. Problem tkwi w tym, że facet, którego kocham, kibicuje »dobrej zmianie«. Różnimy się światopoglądowo. Teraz widzę, że trudno mi będzie powściągać emocje, dyskutujemy, a we mnie aż się gotuje. Na szczęście w żaden zamach nie wierzy”.

Oto Polska w roku 2016. Nie jest tragicznie, ale też nie jest wesoło. Zdecydowana większość zwolenników PiS wierzy w zamach smoleński, ale spora grupa wierzy tylko w „dobrą zmianę”, a w zamach już nie. Ten „zamach” narusza podstawy zdrowego rozsądku. To są potencjalni heretycy. A czy prezes wierzy w zamach? Nie, ale jest głęboko przekonany, że brata zabiła mu III Rzeczpospolita. Dlatego konieczna jest wielka zmiana. Pozwala na idiotyzm religii smoleńskiej, bo sądzi, że to służy przerabianiu Polski na lepsze. Jeśli wszystko było takie złe, to nawet zmiana dla samej zmiany jest dobra.

Kiedy szukam w radiu muzyki i przypadkiem wpadnę na serwis informacyjny, od razu rozpoznaję, że to radio publiczne. Pierwsza wiadomość dotyczy armii, druga też, podobnie trzecia. W czwartej jest jakiś wariacki cytat z „Gazety Polskiej Codziennie”. Ze wszystkich mediów pisowskich zionie chwała polskiego oręża, dawna i nowa. Kiepska pociecha, że pod koniec życia marszałka Piłsudskiego i po jego śmierci było podobnie. Kiedy czytam podręczniki, broszury z tamtego czasu, uderza ten duszny zapach nacjonalizmu i uwielbienia armii. Nic nie pomogło, wiemy, jak to się skończyło w 1939 r.

Wydanie: 46/2016

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy